piątek, 23 grudnia 2016

How I lost my Sky 2

Czekam w milczeniu dziesięć sekund. Nic się nie dzieje. Po kolejnych dziesięciu uchylam powieki. Sky kuca na ziemi, a jego poważne spojrzenie wbite jest w miejsce, w którym staliśmy chwilę temu. Już mam się odezwać, kiedy moją uwagę przyciąga kobieta. Idzie wzdłuż ulicy w wysoko podniesionym podbródkiem i pełnym wyższości spojrzeniem. Ma na sobie drogie futro i buty, które musiały kosztować więcej niż cały mój pokój. Mija nas szybkim krokiem, w ogóle nie podejrzewając, że ktoś ją obserwuje. Gdy znika z pola widzenia, Sky oddycha z wyraźną ulgą i odchyla się do tyłu.
- Fałszywy alarm – stwierdza i spogląda na mnie z delikatnym uśmiechem. Ja nie podzielam jego zadowolenia.
- Co ci odbiło? – wrzeszczę na niego, starając się podnieść z ziemi. Po chwili jednak żałuję tego, bo włosy zaplątały się w gałęzie, boleśnie ciągnąc mnie w dół.
- Wybacz – zaczyna się tłumaczyć i pomaga mi się wyplątać. – Jestem ostatnio dość nerwowy.
- To była zwyczajna k o b i e t a – mówię z wyrzutem  i krzyżuję ramiona na piersi. – Boisz się starszych pań?
Sky jest zdenerwowany. Masuje powoli kark, unikając mojego rządnego wyjaśnień wzroku.
- Przepraszam – powtarza, a kiedy w końcu na mnie spogląda, powstrzymuję się, by samej nie odwrócić wzroku. Tym oczom mogłabym wybaczyć wszystko.
- Ja już chyba wrócę do domu. Muszę pomóc w przygotowaniach na wieczór – oznajmiam nagle i robię krok w tył. Spojrzenie chłopaka dramatycznie się zmienia. Wygląda, jakbym odebrała mu cały jego świat. Bezradnie wyciąga dłoń w moim kierunku.
- To nie tak, jak myślisz. Wcale nie oszalałem. Ja po prostu… Ja chcę cię chronić.
- Przed czym? Przed zwykłymi ludźmi? A może powinieneś mnie chronić przed sobą samym? – obrzucam go pytaniami. Doskonale wiem, że każde moje słowo rani jego serce, ale nie mogę nic na to poradzić. Mogę tylko mówić. – Chciałabym ci uwierzyć, ale nie wiem, czy po tym, co zrobiłeś mam jeszcze na to siłę. A teraz wybacz, muszę iść. Cześć – rzucam jeszcze i odwracam się. Koncentruję się na jednej myśli. Nie odwracaj się. Nie odwracaj się. Nie odwracaj się. Zaciskam dłonie w pięści i nie mogąc wytrzymać natarczywego spojrzenia Sky’a, rzucam się biegiem kierunku willi Jane. Przez pierwsze kilka chwil mam wrażenie, że zacznie mnie gonić, ale gdy zatrzymuję się i zerkam za siebie, jego tam nie ma. Pomimo uczucia ulgi w moim sercu rodzi się coś jeszcze. Staram się stłumić to uczucie, bezskutecznie. Ogromny zawód na dobre rozlał się po moim ciele i zmusił ponownej utraty nadziei. Chciałam, by za mną pobiegł. By nie odpuścił. Ale on jednak mnie zostawił. Tak samo, jak ja jego.

***

Gdybym mogła cofnąć czas, nie wyszłabym tego przeklętego dnia z domu. Nie poszłabym do szkoły. Nie spotkałabym Sky’a. Oddałabym wszystko, żeby tylko zniknął z mojej głowy. Już na zawsze. Jeszcze chwila, jeszcze tylko moment i się do niego przywiążę. Przyzwyczaję się do naszych spotkań. Do jego spojrzeń i uśmiechu. Nie będę mogła żyć bez widoku jego nieziemskich oczu. Wiem, że odejdzie. Wszyscy odchodzą, prędzej czy później. Mogą być dzień, tydzień, rok albo całe swoje życie. Ale w końcu i tak odejdą.

***

Kiedy wchodzę do domu, uderza mnie zapach makowca. Jane zawsze robi go wspólnie z Angelą. Ja nigdy nie czułam potrzeby pomagania im. Przechodząc obok, zaglądam do kuchni od niechcenia. Jane natychmiast mnie zauważa.
- Szybko wróciłaś – zauważa, mierząc mnie uważnym spojrzeniem.
- Miałam wrócić po godzinie – wzruszam ramionami i opieram się o ramę drzwi. – Wróciłam nawet przed czasem.
- Wasze spotkania z Sam zwykle trwają dłużej – ciągnie Jane, odciągając Angelę od pierogów. – Coś się stało?
Powiedziałam jej, że spotykam się z Sam. Nie chcę, by moje spotkania ze Sky’em stały się tematem do rozmów.
- Nieszczególnie – zbywam ją, odpychając od siebie wspomnienia ostatnich przeżyć związanych z Sam. – Po prostu nie miała czasu i pomaga mamie w gotowaniu.
Już w pierwszej sekundzie wiem, że Jane nigdy nie uwierzy w coś takiego. Jej uśmiech jedynie to potwierdza.
- Też kiedyś byłam zakochana.
Moja twarz kolejny raz zaczyna płonąć. Nie chcę się zwierzać z moich spraw sercowych. A już zwłaszcza nie Jane.
- Ja przecież nie… - zaczynam wyrzucać z siebie niewyraźnie słowa, ale to tylko utwierdza Jane w jej przekonaniu.
- Nie wykręcaj się! – do rozmowy dołącza uradowana Angelika. – Jesteś zakochana!
Tylko tego brakowało.
- Nieprawda – w sumie to nie jest aż tak dalekie od prawdy. Sama nie wiem, kim jest dla mnie Sky. Czy ja naprawdę go kocham?
- Za dziesięć minut widzimy się w salonie – oznajmia poważnie Jane i wyciera dłonie w zieloną ścierkę. – Tylko Layla – dodaje po chwili, na co Angela wyraźnie markotnieje.
Nogi uginają się pod ciężarem mojego strachu i niepewności. Co znowu zrobiłam źle?
Dokładnie dziesięć minut później siedzę na skórzanym fotelu w salonie. Obok mnie na kanapie rozsiada się Jane. Jest spokojna, a jej delikatny uśmiech nadaje dość tajemniczego wyrazu jej twarzy. Ma na sobie ciemną sukienkę za kolana o długich rękawach. Wygląda pięknie. Przyglądam jej się. Dostrzegam wydłużone rzęsy i błyszczyk na ustach. Gdyby ktoś mnie spytał, ile ma lat, bez wahania powiedziałabym, że poniżej trzydziestu, choć w rzeczywistości ma już swoje lata.
- Layla – zaczyna powoli – opowiedz mi – dokańcza po dłuższej przerwie.
Nie ma mowy. O niczym jej nie powiem.
- Ale o czym? – udaję zdziwioną. Coraz częściej udaję i kłamię. Jeszcze trochę i sama nie będę wiedziała, co jest kłamstwem, a co prawdą.
- Ciągłe wychodzenie, wymykanie się z domu, zmiana stylu ubioru i bujanie w obłokach. Tu musi chodzić o chłopaka – zakłada nogę na nogę.
- Aż tak to po mnie widać? – pytam z zażenowanym uśmiechem.
- Ja też kiedyś byłam w twoim wieku, wiesz?
Wiem, oczywiście, że wiem. Problem w tym, że nigdy nie dopuszczałam do siebie tej myśli. Zaczęłam traktować Jane jak mojego opiekuna. Jak kogoś, komu zlecono opiekę nade mną. Kogoś, kto nie darzy mnie żadnym uczuciem.
- Miał na imię John. Poznaliśmy się w liceum. Oboje byliśmy na profilu medycznym. I oboje poszliśmy potem w zupełnie innym kierunku, znacznie odbiegającym od medycyny. Ale nawet to nie zdusiło uczucia, jakie narodziło się między nami. Spotykaliśmy się codziennie. Wyznał mi miłość. Mówił, że jestem dla niego wszystkim. Że już zawsze będziemy razem. Po trzech latach związku oświadczył mi się. Byłam najszczęśliwszą kobietą na świecie. Rok później odbył się nasz ślub i wszystko było dobrze. Odszedł, kiedy narodziła się Angelika. Po prostu odszedł. Zostawił nas. Nie miał powodu – dostrzegam w jej oczach z trudem powstrzymywane łzy. – Kochaliśmy się, rozumiesz? Mieliśmy być razem do samego końca – na tym kończy.
A ja zaczynam płakać. Cały żal, jaki kiedykolwiek do niej żywiłam, nagle znika. Poddaję się. Dlaczego o tym mówi? Nawet nie chcę wiedzieć, co musiała wtedy czuć.
Jane nachyla się do mnie i po chwili czuję jej ramiona, które oplatają mnie i przyciągają do siebie. Chyba nigdy tak bardzo nie pragnęłam jej bliskości. Zaciskam w dłoniach materiał jej sukienki. I znów obie płaczemy. Z bólu, tęsknoty, bezsilności. Z miłości. Wystarczyło kilka jej słów, spojrzenie, bym w jednej chwili zapragnęła być przy niej cały czas. Ta kobieta zrobiła coś, na co ja nie miałam odwagi. Otworzyła się.
W końcu Jane odsuwa się ode mnie. Cała jej twarz jest czerwona, a policzki są mokre od wciąż płynących łez. Znowu lekko się uśmiecha.
- Przepraszam cię.
Fala płaczu, którą zdążyłam już opanować, powraca ze zdwojoną siłą. Ona chce przeprosić mnie? Za co? Przecież to ja powinnam błagać ją o wybaczenie za te wszystkie lata, przez które uważałam ją za nieczułą kobietę, niezdolną do miłości.
- Przepraszam, że przez cały czas myślałam o sobie i o swoich problemach. Że tak strasznie cię zaniedbywałam.
Nie jestem w stanie wydobyć z siebie głosu.
- Tyle mnie ominęło – mówi dalej Jane, wstrząsana szlochem. – Twoja Pierwsza Komunia. Pierwsza kłótnia z przyjaciółką. Wszystkie zakończenia roku. Twoje występy na szkolnych apelach. Nie towarzyszyłam ci podczas żadnego z tych wydarzeń. Byłam zajęta sobą i swoim małym światem. Nie zwracałam uwagi na to, jak możesz się czuć. Nie wiedziałam, że możesz być w gorszym położeniu niż ja. I teraz prawie przegapiłam twoją pierwszą miłość. Jestem okropną matką.
Serce mi staje. Powiedziała to. Przyznała, że jest moją matką. Że jestem jej dzieckiem. Że jestem dla niej choć trochę ważna. Nie wiem, co mam robić. Nigdy tego nie czułam. Tej niesamowitej wdzięczności do Jane. Jakby teraz tylko ona liczyła się w moim życiu. Nagle czuję, że nie mogę dłużej powstrzymywać słów, które chcą się wydostać z moich zwykle zamkniętych ust.
- Nie masz za co przepraszać. To ja zachowywałam się jak egoistka. Nie liczył się dla mnie ból innych. Byłam tak zapatrzona w siebie, że nie mogłam… Nie chciałam myśleć o innych.
Jane ściska mocno moją dłoń, a ja rzucam się w jej ramiona, cicho popłakując. Sama nie mogę uwierzyć w to, co się ze mną dzieje. Dlaczego to się dzieje?
- Powiesz mi, kim on jest? – pyta spokojnie, kiedy moje ciało przestaje drżeć. Jeszcze chwilę temu nic bym jej nie powiedziała, ale teraz jestem gotowa to zrobić. Ona mi zaufała i powiedziała, co czuje. Teraz moja kolej.
- Poznałam go w lesie. Wtedy, gdy nie wróciłam do domu – zaczynam niepewnie. Boję się, że zaraz mi przerwie i zacznie krzyczeć, wspominając tamto wydarzenie, ale nic takiego się nie dzieje. Słucha mnie, a jej oczy przyjemnie błyszczą. Opowiadam jej więc o wszystkim. O naszych spotkaniach, o jego uśmiechu i o tym, co wtedy czuje moje serce. Z początku czuję się nieco zawstydzona swoim zachowaniem względem Sky’a. Ona jednak wciąż milczy.
Odzywa się dopiero, kiedy kończę mówić.
- Kochasz go?
To pytanie zbija mnie z tropu. Myślałam, że przyjmie to inaczej. Że będzie dawać mi rady, pocieszać mnie. Mimo wszystko zamyślam się. Czy naprawdę mogę kochać kogoś, praktycznie go nie znając? Nigdy wcześniej tak nie miałam.
- Nie – rzucam – ale chciałabym – dodaję pośpiesznie. Uśmiech Jane poszerza się. Pewnie nie zrozumiała. Niewiele osób mnie rozumie. Od zawsze byłam dziwna.
- Masz jeszcze czas na miłość – oznajmia tonem trochę zbyt poważnym.
Marszczę brwi. Miłość jest czymś, czego nie można mierzyć latami. Miłość to jedyna rzecz, która stoi ponad czasem.
- Kiedy mówię sobie, że najchętniej uderzyłabym go w twarz, tak naprawdę chcę go pocałować.
Moje serce zaczyna bić dwa razy mocniej. Otworzyłam się przed nią, zrobiłam to. Zaczynam się zmieniać. A może to wszyscy wokół mnie się zmieniają? Biorę głęboki wdech, jakby z obawą, że zaraz powietrze może zostać mi odebrane.
Jane wciąż się uśmiecha, jej oczy skryte są w cieniu. Pewnie ma mnie za idiotkę, mogłam siedzieć cicho.
- Oddaj mu swoje serce – radzi, a ja prawie tracę przytomność.
Kto to jest? Gdzie Jane?
- Ale ja…
- Nie możesz dyskutować z uczuciami – przerywa mi i mierzy uważnym spojrzeniem. – Albo go kochasz, albo nienawidzisz. Między jednym i drugim jest bardzo cienka linia. Sama musisz ją znaleźć i nauczyć się rozumieć swoje serce.
Patrzę na Jane z przestrachem. Nigdy nie znałam jej o tej strony. Ta Jane przejmuje się moimi uczuciami, moim życiem i moim sercem.
- Co mówi ci twoje serce, Laylo? – pyta ze spokojem, starając się wyczytać prawdę z moich oczu. Wzdycham z rezygnacją.
- Nie mam pojęcia – wyznaję i spuszczam wzrok. – Ostatnio mówi tak wiele, że nie jestem w stanie skupić się na jednej z tych wszystkich rzeczy.
Jane uśmiecha się ze współczuciem i pokrzepiająco ściska moje ramię. Po chwili milczenia podnosi się z miejsca.
- Angelika zaraz spali nam kuchnię. Muszę iść jej pomóc, ale jeszcze wrócimy do tej rozmowy. A na razie przemyśl, proszę, moje słowa.
Kobieta wolnym krokiem wychodzi z salonu, zostawiając mnie sam na sam z moimi myślami. Nie chcę tego przyznawać, ale ta krótka rozmowa była mi bardzo potrzebna. Jane wiele w życiu przeszła i czuję się winna za to, że przeze mnie musiała sobie to wszystko przypominać. Jestem jej niesamowicie wdzięczna. Kiedy mijam kuchnię, idąc do swojego pokoju, do moich uszu dolatuje dźwięczny śmiech Angeli i głos Jane, która tłumaczy jej, że rozsypywanie mąki po całym pomieszczeniu nie jest niezbędną częścią gotowania. Z delikatnym uśmiechem na ustach zamykam się w pokoju i siadam na łóżku. Pogrążona w półmroku wracam myślami do mojego spotkania ze Sky’em. Im dłużej z nim przebywam, tym staje się dziwniejszy. Jakby chciał mnie do siebie zrazić. Nie wiem, dlaczego to robi. Dlaczego stale mi się przygląda. Dlaczego nalega na nasze spotkania.
Dlaczego, kiedy przy nim jestem, moje serce jest bliskie eksplozji. Nie czułam tego jeszcze nigdy przy żadnym chłopaku. Tak jakby on był wyjątkowy. Jakby był jedynym, który tak usilnie chce pozbawić mnie zdrowego rozsądku i zabrać ze sobą do miejsca, z którego już nigdy nie będę mogła wrócić.
Czemu uwziął się akurat na mnie?
Zza zamkniętych drzwi dobiega mnie dźwięk starego zegara z kukułką, który obwieszcza, że nadeszła piętnasta. Mam jeszcze dwie godziny do naszej kolacji wigilijnej. Rozglądam się bezsilnie po pokoju. Już dawno zdążyłam się przyzwyczaić do jego niezmienności i niektórych szczegółów, które nieustannie będą mu towarzyszyć. Podłogę w pokoju pokrywa stara wykładzina z licznymi plamami wosku i gorącej czekolady. W niektórych miejscach można nawet znaleźć resztki lakieru do paznokci. Mimo iż Jane wielokrotnie proponowała oddanie wykładziny do czyszczenia, ja nigdy się na to nie zgodziłam. Jestem przywiązana do najmniejszego zabrudzenia. Podobnie jest z wiszącymi na ścianach starymi obrazami. Jane powiesiła je tutaj kilka lat temu, starając się jakoś urozmaicić wcześniej zupełnie pusty pokój. Po dłuższym czasie stwierdziła, że jeśli chcę, to mogę się ich pozbyć. Nie byłam w stanie wyrzucić żadnego z nich. Zdążyły stać się częścią mnie i mojego życia. Jeden z obrazów przedstawia zachód słońca, który złocistymi kolorami odbija się w tafli spokojnego morza. Wielokrotnie wpatrywałam się w jego ciepłe barwy, mieszające się z zimną głębią wody. Na innym widnieje samotne drzewo. Jego powyginane, gołe gałęzie pną się ku burzowemu niebu, które w niektórych miejscach rozjaśniają błyskawice. Trzeci obraz to twarz kobiety. Jest uśmiechnięta, a po policzku spływa jej łza. Namalowana w najróżniejszych odcieniach szarości wzbudza w człowieku wiele scen, do których może się odnieść dzieło. Ja za każdym razem widzę kobietę, która za wszelką cenę stara się walczyć o kolejny dzień, kolejny powód do szczerego uśmiechu.
Wielokrotnie zastanawiałam się, dlaczego Jane wybrała akurat te obrazy. Są zdecydowanie inne niż te, które wiszą w salonie lub na korytarzu na piętrze. Zmuszają do tego, by choć na chwilę się zatrzymać i dłużej zastanowić się nad tym, co przedstawiają. I właśnie dlatego nigdy nawet nie pomyślałam, by zdjąć je ze ściany.
Wzdycham przeciągle i podnoszę się z łóżka. Delikatnie głaszczę dłonią materiał przewieszonej przez krzesło sukienki. Jej czarny kolor przywodzi mi na myśl jedynie jego oczy, które uparcie szukają mojego wzroku. Teraz wszystko kojarzy mi się tylko z nim. Czuję się tak, jakby cały czas był przy mnie, jakbym wciąż widziała jego czuły uśmiech. Zaciskam dłonie w pięści i z gotującymi się we mnie emocjami wchodzę do łazienki. Mam już serdecznie dość, że na wspomnienie ciepłego dotyku Sky’a cała zaczynam drżeć. Nie jest to jednak dreszcz obrzydzenia, wręcz przeciwnie.
Powoli odkręcam wodę, która gorącą strugą napełnia wannę, a sama siadam na sedesie. Głośny szum wody w pewnym stopniu zagłusza moje myśli i pozwala mi się trochę odprężyć. Pewnym ruchem ręki zrzucam z siebie spodnie, które bezwładnie lądują na ziemi. Moje serce przyspiesza, kiedy drżącymi rękoma odwiązuję bandaż z lewej nogi. Spod białego opatrunku wyłania się zaszyta szwami rana. Wciągam powietrze ze świstem. Mimo zdecydowanej poprawy nadal nie jest zbyt dobrze. Siniaki zaczęły powoli znikać, zostały tylko te najbliżej rany. Ich kolor wciąż był zielono-fioletowy, co nie szczególnie mnie cieszyło. Sama rana wciąż była świeża, więc nie mogłam ocenić jej stanu. Angela powiedziała, że szwy muszą zostać, przynajmniej do końca roku. Dziękowałam w duchu, że jest zima i nie muszę odkrywać swoich nóg.
Z wyraźnym uczuciem ulgi zanurzam się w ciepłej wodzie, która delikatnie okala moje zesztywniałe ciało. Przymykam powieki i staram się już o niczym nie myśleć i na chwilę zapomnieć, że w ogóle istnieję. Mimo że zraniona noga przypomina o sobie nieprzyjemnym pulsowaniem, to staram się ją ignorować. Mój umysł wisi gdzieś między jawą a snem, uparcie walcząc o zachowanie świadomości. W końcu daję za wygraną. Moja głowa delikatnie opiera się o brzeg wanny, a ja zasypiam.


- Laylo!
Rozglądam się dookoła, starając się znaleźć źródło głosu. Małymi rączkami pcham drzwi od mojego pokoju i wychodzę na korytarz.
- Laylo!
Głos wydaje się znacznie bliższy. Mam wrażenie, że skądś go znam. Idę dalej, po drodze upuszczając ściskaną wcześniej w niewielkich rączkach zabawkę. Kto mnie woła? Po drodze mijam drzwi do pokoju rodziców. Ostrożnie zerkam do środka. Słyszę ich ciche, miarowe oddechy, dochodzące od strony łóżka. Po drugiej stronie korytarza, za zamkniętymi drzwiami, śpi mój brat.
- Laylo! Jestem tutaj!
Odwracam się w stronę schodów. Powoli schodzę na dół, przez cały czas patrząc przed siebie. Mój wzrok natrafia na uchylone drzwi wejściowe, od których bije chłód. Z wahaniem wyglądam na zewnątrz. Jest ciemno. Jedynym źródłem światła jest ogromny księżyc, który bacznie mnie obserwuje. Znów rozglądam się, zdezorientowana.
- Laylo.
Wtedy ją zauważam. Sylwetka kobiety wyłania się z mroku i wyciąga do mnie swoją dłoń. Widzę, jak się do mnie uśmiecha. Stoję w miejscu, nie mając dość odwagi, by się ruszyć.
- Chodź, Laylo. Pójdziemy się pobawić.
Niewiele myśląc zaczynam stawiać niepewne kroczki w jej kierunku. Uśmiech kobiety się poszerza, kiedy chwytam jej dłoń. Nie widzę jej twarzy zbyt dobrze. Jest ukryta przed moim wzrokiem.
Nagle coś rozprasza moją uwagę. Odwracam się, by spojrzeć, co się stało. W miejscu, gdzie chwilę temu stał mój dom, rozpętuje się piekło. Moje oczy rozszerzają się w niemym przerażeniu. Ogniste języki pochłaniają budynek, deski trzeszczą przeraźliwie. Moje serce gwałtownie przyspiesza, ciało zaczyna drżeć. Z mojego gardła wydobywa się nieludzki krzyk. Rozpacz ogarnia całe moje wnętrze, niszcząc wszystko, co tylko się da.
Nawet nie zauważam, że dłoń, którą wcześniej tak usilnie ściskałam, teraz zniknęła.


- Laylo!
Podskakuję w wannie, z przerażeniem starając się cokolwiek zrozumieć z tego, gdzie jestem.
- Laylo! Pospiesz się, zaraz kolacja – zza drzwi łazienki dobiega mnie stłumiony głos Angeliki.
- Dobrze, już wychodzę – odpowiadam, starając się uspokoić szalejące tętno. Kiedy w końcu mi się tu udaje, stoję na środku pokoju, owinięta ręcznikiem. Całe moje ciało jest pomarszczone od zbyt długiego przebywania w wodzie, na co krzywię się lekko. Przywykłam już do koszmarów, które nawiedzają mnie co jakiś czas, ale jeszcze nigdy nie wyglądały w ten sposób. Z westchnieniem sięgam po sukienkę i nieśpiesznie ją zakładam. Jest na tyle długa, by zakryć moją ranę i bym mogła czuć się swobodnie w towarzystwie niczego nieświadomej Jane. Szybko przeczesuję palcami włosy i wybiegam z pokoju. Z salonu dobiegają ciche dźwięki kolęd, a w powietrzu czuć przyjemny zapach przyprawy korzennej. Wchodzę do jadalni, chłonąc przyjemną świąteczną atmosferę. Angela niespokojnie wierci się na swoim miejscu. Ma na sobie błękitną sukienkę za kolano, która podkreśla kolor jej roześmianych oczu. Włosy upięła na czubku głowy w taki sposób, że blond loki okalają lekko zaróżowioną twarz. Na mój widok uśmiecha się szeroko.
- Wyglądasz pięknie! – wykrzykuje z entuzjazmem, prawie przewracając dzbanek z kompotem.
- Dziękuję – odpowiadam powoli nieco zaskoczona jej reakcją. – Ty też.
Z kuchni wychodzi Jane, wycierając ręce w fartuch. Zielona suknia i mocny makijaż sprawiają, że nie mogę oderwać od niej wzroku. Kobieta podnosi na mnie wzrok i posyła mi ciepłe spojrzenie. Staram się odpowiedzieć tym samym. Kiedy już wszystkie zajmujemy swoje stałe miejsca przy stole, Jane zaczyna modlitwę. Zerkam na nią przelotnie. Ma przymknięte powieki, a słowa, wypływające z jej ust zdają się mieć jakieś szczególne znaczenie. Jakby odprawiała rytuał. Po skończonej modlitwie bierze do ręki opłatki i rozdaje mi oraz Angelice. Teraz czas na najgorszy moment całego wieczoru. Składanie życzeń nigdy nie było moją mocną stroną. A zwłaszcza jeśli mam się nimi wymieniać z osobami, które nieszczególnie lubię. Choć jeśli chodzi o Wigilię w tym domu,  to nie ma co narzekać. Z Jane wymieniam się może dwoma zdaniami, a Angel nawet nie raczy na mnie spojrzeć. Tak było od zawsze, więc kiedy Angelika staje przede mną z uśmiechem, wprost nie mogę ukryć zdziwienia. Wyciąga w moim kierunku biały opłatek.
- Życzę ci, żeby przyszły rok był lepszy niż ten poprzedni i żebyś częściej się uśmiechała – mówi szczerze, a mi aż zapiera dech. Nigdy nie spodziewałabym się po niej czegoś takiego. Zastanawiam się chwilę, czy aby nie jest chora.
- Dziękuję – mamroczę pod nosem i spuszczam wzrok. Gorączkowo zaczynam się zastanawiać, czego mogę jej życzyć. Wcześniej nie miałam takiego problemu. – A ja tobie życzę, żebyś została najlepszą kucharką na świecie.
Mam ochotę zapaść się pod ziemię. Czuję, jak moje policzki płoną niemiłosiernie, gdy niepewnie spoglądam na twarz Angeli. Moje oczy rozszerzają się ze zdziwienia, gdy jej uśmiech się poszerza.
- Dziękuję! – piszczy i mocno mnie ściska. Jestem tak skołowana, że nie mam czasu odwdzięczyć się tym samym. Dopiero po jakimś czasie orientuję się, że mnie puściła. Mrugam szybko, starając się cokolwiek z tego zrozumieć. Dlaczego nagle zaczęła mnie zauważać? Podskakuję z przestrachem, czując na ramieniu czyjąś dłoń. Natrafiam spojrzeniem na zielone oczy Jane.
- Coś się stało? – pyta z troską, delikatnie dotykając mojego policzka. – Jesteś strasznie zimna.
Co za ironia. Wewnątrz mnie wszystko się gotuje.
- Nie, to nic – zbywam jej uwagę i silę się na uśmiech. – Jestem tylko trochę zmęczona.
Jane kiwa głową ze zrozumieniem i przyciąga mnie do siebie. Na to też nie jestem przygotowana. Drżącymi dłońmi powoli ją obejmuję.
- Życzę ci pogodzenia się z samą sobą. Żebyś w końcu zrozumiała, co czujesz i do kogo – mówi cicho tuż przy moim uchu, wciąż trzymając mnie w uścisku. – Wtedy na pewno będziesz wiedziała, co robić dalej.
Stoimy tak przez dłuższą chwilę. W brzuchu czuję nieprzyjemny ucisk, a w oczach zbierają mi się łzy. Już od dawna tak bardzo chciałam usłyszeć od niej te słowa, że teraz nie mogę wydobyć z siebie głosu.  Kiedy w końcu zbieram się w sobie i otwieram usta, by wyznać jej, co czuję, w domu rozlega się dzwon. Obie zastygamy w bezruchu. Czuję, jak ciało Jane napina się nieznacznie. Po jej reakcji wnioskuję, że nie spodziewa się dziś gości. Spoglądam w stronę Angeliki, która zastyga widelcem w dłoni. Jest równie zaskoczona, jak my. Wstrzymuję oddech.
Jane w końcu rusza się z miejsca. Wypuszcza mnie z objęć i zdecydowanym krokiem wychodzi z jadalni. Po chwili otwiera drzwi frontowe. Jej głos jest przytłumiony, ale słyszę, jak z kimś rozmawia. Moje serce przyspiesza. Czy to może być Sky? Czy jest na tyle zdesperowany, by przeszkadzać nam w czasie Wigilii? Powoli opadam na krzesło, nie spuszczając wzroku z pogrążonego w półmroku korytarza.
Po chwili słyszę jej kroki. Jane wchodzi do jadalni i rzuca mi niepewnie spojrzenie spod zmarszczonych brwi. Już mam spytać, co się stało, kiedy z przedpokoju wyłania się ktoś jeszcze. Powinnam czuć ulgę, że to nie Sky, ale niepokój tylko się powiększył. Nowo przybyła kobieta wydaje mi się dziwnie tajemnicza. Jej długa do ziemi czerwona suknia z odsłoniętymi ramionami delikatnie połyskuje w świetle lampy, podkreślając egzotyczną urodę. Ciemne, hipnotyzujące oczy sprawiają, że mój żołądek skręca się w supeł. Czarne włosy poprzetykane są koralikami, a złote kolczyki cicho brzęczą przy najlżejszym ruchu. Jej egzotyczna uroda sprawia, że po plecach przechodzi mnie zimny dreszcz.
- Dziewczynki – zaczyna Jane, starając się brzmieć spokojnie. – Ta pani zostanie u nas na kolację.
Patrzę na nią z niedowierzaniem. Czy ona mówi poważnie?
- Bardzo mi miło – kobieta uśmiecha się promiennie i spogląda w moją stronę. Jej spojrzenie wywołuje we mnie falę mdłości. – Nazywam się Maria.
Maria. Dość rzadko spotykane imię. Jestem ciekawa, skąd pochodzi. Angela wpatruje się w gościa nieprzytomnym wzrokiem. Wydaje mi się, że ma łzy w oczach.
- Kto to? – szepczę do Angeli. Nie odpowiada. Słyszę, jak przełyka ślinę.
O co tu, do cholery, chodzi?
Kobieta siada po mojej prawej stronie. Staram się ukryć mimowolne drżenie ramion. Skurcz w żołądku pogłębia się. Tak, jakbym się bała. Wlepiam wzrok w talerz przede mną.
- Lay, wszystko w porządku? – pyta nagle Jane, jakby wyczuła, że coś złego dzieje się z moim ciałem. Nie potrafię dokładnie określić tego, co się ze mną dzieje. Nagle zaczęłam panikować. Nie krzyczę, nie płaczę. Po prostu cos we mnie pękło. Niebezpieczna maź dostała się do mojego organizmu, niszcząc wszystko, co napotka. Mój organizm nie jest w stanie sobie z tym poradzić. I co najgorsze, nie wiem, jak się tego pozbyć. Mam w sercu truciznę.
Jedyne, co potrafię zrobić, to pokiwać głową i liczyć na to, że Jane nie będzie zadawać więcej pytań. Ta zajmuje miejsce koło Angeli i już nic nie mówi, ale jej oczy zdradzają niepokój. Po dłuższym czasie milczenia zbieram się w sobie i sięgam w stronę barszczu. Jego nalewanie zawsze było moją powinnością. Wytężam całą wolę, żeby tylko nie poplamić białego obrusu szkarłatnymi kroplami. Kiedy sięgam w stronę miski Marii, z moich ust wydobywa się cichy jęk. Szybko napełniam jej miskę i siadam na miejscu, licząc na to, że nikt mnie nie usłyszał. Angelika po cichu je swoją porcję, nieznajoma kobieta idzie w jej ślady. Jane nawet na chwilę nie spuszcza ze mnie wzroku.
Staram się skupić na jedzeniu przede mną, ale strach paraliżuje całe moje ciało. Nawet nie wiem, czego tak strasznie się boję. Mam ochotę wstać i wybiec z tego pokoju, z tego domu, w którym powietrze przesiąknięte jest zabójczą trucizną. Zaciskam dłonie w pięści, za wszelką cenę starając się uspokoić.
Nagle kobieta pochyla się w kierunku dzbanka z kompotem. Jej łokieć ociera się o moje ramię. To jest już ponad moje siły. Gwałtownie wstaję. Krzesło pode mną przewraca się na podłogę z głośnym trzaskiem. Ignoruję skierowane ku mnie zdziwione spojrzenia i wybiegam na korytarz. Panicznie staram się znaleźć drogę ucieczki. Moje spojrzenie zatrzymuje się na drzwiach wyjściowych. Biorę głęboki wdech i wybiegam na zewnątrz. W powietrzu wirują płatki śniegu, ciemne niebo błyszczy od gwiazd. Za sobą słyszę trzask drzwi, więc zaczynam biec.
Biegnę. Biegnę. Biegnę. I wpadam.
W jego ramiona.
Nagle ucieka ze mnie cały strach. Trucizna, która chwilę temu pulsowała mi w żyłach znika w jednej sekundzie. Teraz liczą się tylko jego oczy, wpatrujące się we mnie intensywnie. Jego ramiona oplatające moje ciało. Jego usta będące tak niebezpiecznie blisko moich. Wstrzymuję oddech, boję się poruszyć. On uśmiecha się. Rozchyla wargi. Już ma cos powiedzieć, kiedy jego wzrok unosi się i zatrzymuje na czymś za moimi plecami. Marszczy brwi. Z całą pewnością nie jest zachwycony.
Odwracam się. Przed domem stoją Jane i Angela, a zaraz za nimi stoi Maria. Śnieg osiada na jej ciemnych włosach, rozjaśniając lekko mroczną sylwetkę. Wszystkie trzy patrzą na chłopaka z nieskrywanym zdziwieniem. Stoimy tak w milczeniu, Angelika uczepiona ramienia Jane, ja w ramionach Sky’a. Z oddali dobiega nas szczekanie psa. Wiszące między nami napięcie jest niemal namacalne. W końcu Jane się odzywa.
- Laylo – mówi ostrożnie, wciąż wpatrzona w chłopaka. – Przestań się wygłupiać i wejdź do domu. Zaraz wystygnie jedzenie, a pół dnia siedziałam w kuchni. Chodź już.
- Nie mogę – szepczę ledwie słyszalnie, ale doskonale wiem, że to usłyszała. Jej twarz wykrzywia grymas.
- Laylo…
- Dziękuję za gościnę – głos Marii rozchodzi się po osiedlu, wprawiając wszystkich w osłupienie. – Bardzo mi przykro, ale chyba już pójdę. Muszę się pospieszyć, bo przede mną jeszcze długa droga.
Kobieta zawiesza na mnie spojrzenie i uśmiecha się delikatnie. Nie odwzajemniam uśmiechu. Ta odwraca się na piecie i odchodzi wzdłuż ulicy. Po chwili znika w mroku. Jane nie wygląda na zadowoloną. Ja wręcz przeciwnie. Cały ciężar spowodowany jej obecnością, zupełnie znika.
- Widzisz, co zrobiłaś? – wzdycha poirytowana Jane. – My wracamy do domu. Masz przyjść za pięć minut albo osobiście tu po ciebie przyjdę.
Po tych słowach obie z Angelą znikają wewnątrz domu, zostawiając po sobie dźwięk zatrzaskiwanych drzwi.
- Ktoś tu jest przewrażliwiony – chichocze Sky. Jego głos znów sprawia, że skupiam całą uwagę wyłącznie na nim.
- Martwi się o mnie – wzruszam ramionami, szukając wzrokiem jego spojrzenia. Gdy w końcu je znajduję, jego uśmiech się poszerza. Mam wrażenie, jakby całe nasze wcześniejsze spotkanie nie miało miejsca.
- Nie sądzisz, że to trochę… obciachowe? – pyta ostentacyjnym szeptem, po czym wybucha głośnym śmiechem.
- Jesteś idiotą – stwierdzam, starając się powstrzymać cisnący się na usta uśmiech.
- Powtarzasz się, skarbie – mruczy chłopak i nachyla się w moją stronę. Moje serca staje w miejscu. Zapach mięty przemieszany z wonią papierosów kompletnie mnie obezwładnia.
- Muszę już iść – mówię nieprzytomnie, uwięziona w jego sidłach. Sky wolno mnie puszcza, a ja ledwie powstrzymuję się od ponownego przyciągnięcia go do siebie. Wbijam wzrok w ziemię i mijam próg domu. Przed uchylone drzwi zerkam jeszcze w stronę Sky’a. Chłopak stoi, wpatrzony w miejsce, gdzie kilka chwil temu zniknęła Maria. Staram się wyczytać z jego twarzy jakiekolwiek emocje, związane z tą kobietą. Bezskutecznie. W końcu odwraca się i idzie w przeciwnym kierunku.
Zamyślona wracam do jadalni, gdzie Jane i Angelika już na mnie czekają. Czuję się niezręcznie, kiedy śledzą moje ruchy z niewinnymi uśmieszkami na twarzy. Siadam na swoim miejscu, starając się je ignorować.
- Ładny jest – wypala w końcu Angela, przełykając kawałek ryby. – Ten chłopak.
Moja twarz płonie. Szklanka z wodą, którą trzymam, zawisa kilka centymetrów od mich ust.
- Jaki chłopak? – udaje mi się wykrztusić. Zgrywanie głupiej jest w tym momencie jedynym ratunkiem. Angelika marszczy gniewnie brwi.
- Ten przed domem. Wydajecie się być bardzo zżyci. Jesteście parą?
Zdaje się, że nie do końca mnie zrozumiała. Upijam łyk i uśmiecham się lekko. Postanawiam ciągnąc to dalej.
- Ale przed domem nie było przecież żadnego chłopaka. Prawda, Jane?
Kobieta patrzy to na mnie, to na Angelikę. Wygląda, jakby się zastanawiała, czy mieszać się w to wszystko. Ostatecznie jednak milczy. Angela spogląda na mnie z tryumfem.
- Widziałam, jak się przytulaliście! Zresztą, nie tylko ja.
- Nikogo nie przytulałam – wciąż wypieram się prawdy, powstrzymując wybuch śmiechu.
- Kłamiesz!
Po dłuższej chwili kłótni obie zaczynami się głośno śmiać. Jeszcze nigdy nie śmiałam się w jej towarzystwie. Jane przez ten cały czas siedzi cicho, pozwalając nam się wykrzyczeć. Nagle wstaje od stołu, a my momentalnie milkniemy.
- Może przejdziemy do salonu? – pyta spokojnym głosem, w którym pobrzmiewa zmęczenie. Wymieniam z Angelą porozumiewawcze spojrzenia. Bez słowa przemykamy do pomieszczenia obok. Naprzeciw wejścia do salonu jest ogromny kominek, w którym teraz wesoło połyskuje ogień. Obok kominka w rogu stoi choinka, której prawie nie widać pod warstwą różnych ozdób. Czerwone i złote bombki nadają pomieszczeniu ciepła i radości, a świecące lampki nie pozwalają oderwać wzroku od drzewka. Wszystkie razem siadamy na kanapie przed kominkiem, w ciszy podziwiając choinkę. Po krótkim czasie Angela nie wytrzymuje i rzuca się w kierunku leżących pod nią prezentów. Nie mogę powstrzymać uśmiechu na widok jej zachwyconej twarzy. Po pokoju latają skrawki ozdobnego papieru, a paczek pod drzewkiem powoli ubywa. Po chwili przenoszę uwagę palący się w kominku ogień. Po plecach przechodzi mi dreszcz niepokoju na myśl o tym, co mogłoby się stać, gdyby jeden z płomieni liznął dywan lub stojący obok stolik. Wracam myślami do koszmaru, który przyśnił mi się w wannie. Kim była ta kobieta? Czy to ona wznieciła pożar? A nawet jeśli, to dlaczego? Staram się przywołać w pamięci jej twarz, ale bezskutecznie. Tak jakby moje własne wspomnienia nie chciały mi się ujawnić.
Nagle z zamyślenia wyrywa mnie znaczące chrząknięcie Angeliki. Mrugam kilka razy i podnoszę na nią zdezorientowane spojrzenie. Ona uśmiecha się do mnie, podtykając pod nos niewielką paczuszkę. Niepewnie ją od niej odbieram. Na twarzy dziewczynki dostrzegam rumieńce radości, kiedy odbiega w kierunku swoich prezentów. Wbijam wzrok w zawinięte w zielony papier ozdobny pudełko. Chwilę się waham, poczym zaczynam ostrożnie zdzierać papier. Na moje kolana wypada niewielka paczka. Moje oczy rozszerzają się w zdziwieniu. Drżącymi dłońmi chwytam prezent, wciąż nie mogąc uwierzyć. Telefon. Dostałam telefon. Osłupienie jest tak wielkie, że nie bardzo wiem, co powinnam z nim zrobić. Moje spojrzenie automatycznie ucieka w stronę Jane, która przygląda mi się z ciepłym uśmiechem. Jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się żebym od skończenia 12 roku życia dostała coś tak drogiego pod choinkę. W moje dwunaste urodziny Jane powiedziała, że wkraczam w świat dorosłych i powinnam się nauczyć żyć ze świadomością, że niczego nie otrzymuje się w życiu za darmo. Od tamtej chwili relacje między drastycznie się zmieniły. Trzymałam się myśli, że ona zrobiła to specjalnie. Że odsunęła mnie celowo na drugi plan, by więcej czasu spędzać ze swoją prawdziwą córką. A może to właśnie ja zamknęłam się przed nią i nie pozwoliłam, byśmy swobodnie czuły się w swoim towarzystwie. Momentalnie dopada mnie poczucie winy, którego nie mogę w żaden sposób stłumić. Zaciskam dłonie da pudełku, starając się zapanować nad drżącym ciałem. Powoli podnoszę się z kanapy i wolno idę w kierunku schodów. To, czego mi teraz potrzeba, to położenie się w łóżku, schowanie pod kołdrą  i zostanie tam do końca świata. Szybko przemykam ciemnym korytarzem i zamykam za sobą drzwi pokoju. Oddycham z ulgą, gdy odcinam się od dochodzących z dołu dźwięków. W półmroku odnajduje moje łóżko i rzucam się na nie bezsilnie.
- Ała!
Błyskawicznie odskakuję, słysząc dobiegający spod kołdry stłumiony głos. Z przerażeniem wycofuję się w kąt pokoju, usilnie starając się wymacać włącznik światła. Na tle wpadającego przez okna księżyca dostrzegam czyjąś przygarbioną postać. Biorę głęboki wdech, starając się powstrzymać rosnący strach. Z mojego gardła wydobywa się przeraźliwy krzyk. W wyobraźni widzę dyrektora Allonsa, który pochyla się nade mną z groźnym błyskiem w oku. Nagle czyjaś dłoń zasłania mi usta i zmusza do zamilknięcia. Panicznie staram się znaleźć jakieś wyjście z tej rozpaczliwej sytuacji. Moje serce przyspiesza, słyszę jego przeraźliwe bicie. Szarpię się na wszystkie strony i staram się odepchnąć napastnika. Ten jedynie zacieśnia uścisk i nachyla się do mojego ucha.
- Przestaniesz się w końcu rzucać? – znajomy głos sprawia, że ucieka ze mnie cały niepokój, choć serce nie zwalnia. Chłopak odsuwa się, a ja nawet w ciemności jestem w stanie wyczuć, że się uśmiecha.
- Sky – wzdycham i opieram się ścianę. – Czy ty naprawdę…
Milknę, gdy słyszę szybkie kroki od strony schodów. Cholera. Jane musiała usłyszeć jak krzyczę. Nie mogąc wymyślić niczego innego, wpycham chłopaka do garderoby. Kiedy zatrzaskuję drzwi, do pokoju wpada spanikowana Jane. Momentalnie zapala światło i szuka mnie spojrzeniem.
- Co się stało? – stara się na mnie skupić swój rozbiegany z przerażenia wzrok. – Słyszałam krzyk. Nic ci nie jest?
Staram się przywołać na twarzy wiarygodny uśmiech.
- Przez chwilę mi się wydawało, że widziałam czyjąś sylwetkę w roku pokoju – zaciskam dłonie na sukience, próbując ukryć zdenerwowanie. – Ale to tylko moja wyobraźnia.
Jane wyraźnie się uspokaja ostatni raz obrzuca spojrzeniem mój pokój, po czym uśmiecha się z ulgą.
- To dobrze. Jakbyś czegoś potrzebowała, to jestem na dole – i po tych słowach wychodzi, zamykając za sobą drzwi. Wolno wypuszczam z ust powietrze, zawroty głowy powoli przechodzą. Cudem udało mi się ją spławić. Gdyby nakryła tutaj Sky’a, mogłoby się zrobić nieprzyjemnie. Na miękkich nogach podchodzę do garderoby i pociągam za klamkę. Chłopak siedzi tuż przede mną ze spuszczoną głową. Kiedy robię krok w jego kierunku, on podnosi rozpromienioną w uśmiechu twarz. W ręce ściska czerwony materiał.
- Czy to… - zaczynam, ale milknę, gdy Sky się podnosi.
- Czemu nigdy cię w niej nie widziałem? – pyta, wyciągając materiał w moją stronę. Jest to czerwona sukienka do połowy ud. Momentalnie oblewam się rumieńcem.
- A chciałbyś? – odpowiadam pytaniem i staram się wypchnąć go z garderoby, jednocześnie wyrywając sukienkę.
- Nawet nie wiesz, jak bardzo – mruczy, odwracając się do mnie. W jego oczach dostrzegam znajome rozbawienie.
- Bardzo mi przykro, ale raczej nie będziesz miał okazji – obojętnie wzruszam ramionami. Kiedy upewniam się, że bacznie mnie obserwuje, wrzucam sukienkę do kosza pod biurkiem. Z satysfakcją dostrzegam między jego brwiami dostrzegam niewielką zmarszczkę. – Jak w ogóle się tutaj dostałeś?
Sky wskazuje głową w kierunku okien. Jedno z nich jest otwarte. Przeklinam się w myślach. Pewnie zapomniałam je wcześniej zamknąć.
- To nie jest takie trudne. Sama kiedyś powinnaś spróbować – mówi chłopak, bujając się na piętach. Przygryzam dolną wargę i spuszczam wzrok. Między nami nastaje krępująca cisza, a ja nie mam pojęcia, jak ją przerwać. Odwracam się w stronę łóżka i wolno idę w jego kierunku. Na moje nieszczęście musiałam się potknąć o walającą się po ziemi torbę. Tracę równowagę i z cichym piskiem lecę do tyłu. Zanim jednak moja głowa uderza o kant biurka, Sky mocno mnie chwyta i przyciąga do siebie. Staram się wyrównać oddech i pozbyć się niepożądanego szumu w uszach. Spuszczam wzrok, zasłaniając twarz kosmykami włosów i za wszelką cenę starając się ukryć moją czerwoną twarz. Słyszę nad głową jego przyciszony chichot.
- Jesteś taka słodka, kiedy się rumienisz.
Napinam wszystkie mięśnie, kiedy przykłada swoje czoło do mojego. Znów słyszę jego serce, które powoli bije pod moimi palcami. Wiem, że najlepsze, co mogę teraz zrobić, to wyrwać się i wyrzucić go z domu. Problem w tym, że tak naprawdę tego nie chcę. Czuję, że to właśnie przy nim jest moje miejsce. Ciekawa jestem tylko, ile dziewczyn przede mną czuło się podobnie.
Cierpliwie czekam, aż wypuści mnie z objęć. Nic takiego jednak się nie dzieje. Zerkam w jego stronę. Sky patrzy na mnie z uśmiechem. Swoje spojrzenie powoli przenosi z moich oczu na usta, lekko przygryzając przy tym wargę. Z gardła wydobywa mi się ciche jęknięcie, którego w żaden sposób nie potrafiłam powstrzymać. Czekam na jego reakcję w napięciu, lekko drżąc. A on wybucha śmiechem. Jego śmiech roznosi się po pokoju, a ja już wiem, że po prostu ze mnie zakpił. Odsuwam się, starając się ukryć zażenowanie. Chłopak podpiera się o biurko, nie mogąc się pohamować. W końcu się uspokaja i patrzy na mnie z litością.
- Wybacz, nie mogłem się powstrzymać – tłumaczy, krztusząc się ponownym chichotem. – Aż tak na ciebie działam, że wystarczy moje spojrzenie, żebyś się roztopiła. Wiedziałem, że w końcu uda mi się ciebie złamać.
Nie patrzę na niego. Nie mam odwagi spojrzeć w oczy komuś, kto ma mnie za nic i kto przed chwilą zdeptał moje uczucia. Czemu, kiedy już mam nadzieję, że jednak nie jest taki zły, on z chorą satysfakcją pokazuje mi moją uległość.
- Po cholerę tu przyszedłeś – warczę, obejmując się ramionami i powstrzymując napływające do oczu łzy. – Czego ode mnie chcesz?
Chłopak poważnieje. Kątem oka dostrzegam, jak zaciska dłonie w pięści. Z jego twarzy zniknął nawet cień złośliwości. Tego się nie spodziewałam. Patrzę na niego z rezerwą, obawiając się następnego ruchu. Sky podnosi na mnie wzrok, w jego oczach dostrzegam nieme błaganie.
- Layla – zaczyna cicho, ale głos mu się urywa. To jedno słowo sprawia, że moje serce rozpada się wciąż od nowa, od nowa, od nowa. – Wiesz, ile dla mnie znaczysz, prawda?
Tego jest już zbyt wiele. Przecież kilka dni temu sam mi wyznał, że jestem jedynie jego kolejnym celem, kolejną bezrozumną ofiarą. Teraz widzę przed sobą zupełnie innego człowieka. Jakby mógł zmieniać swoją osobowość na zawołanie, jakby jego prawdziwa twarz cały czas ukrywała się w cieniu. Opadam bezsilnie na łóżko i chowam twarz w dłoniach. To wszystko mnie przerasta. Moje myśli to jedna, niekończąca się gonitwa.
Czuję jak David siada obok.
- Spójrz na mnie – prosi żałośnie, a ja czuję, że lada moment cała się rozlecę. Za wszelką cenę staram się go ignorować. Delikatnie odciąga moje dłonie od twarzy i przyciąga mnie do siebie. Znowu. Unoszę wzrok i natrafiam na jego pełne bólu spojrzenie. Każdy jego gest, każda część jego ciała uświadamia mi teraz jego cierpienie. Czy to moja wina?
Chwyta ostrożnie moją prawą dłoń i robi coś, przez co zupełnie zapominam o oddychaniu. Unosi ją do swoich ust i powoli zaczyna znaczyć każdy z palców pocałunkami. Jego wzrok wciąż utkwiony jest w mojej twarzy. Jestem zbyt oniemiała, żeby jakkolwiek zareagować. Kiedy kończy, kładzie sobie nasze złączone dłonie na sercu. Jego spokojne bicie niemal doprowadza mnie do szaleństwa.
- Wiem, że mi nie ufasz – mówi zrezygnowanym głosem. Jego oddech owiewa mnie z każdej strony. – I wiem też, co o mnie myślisz. Masz ku temu słuszne powody, bo jestem skończonym kretynem. Ale bez względu na to, co kiedykolwiek powiedziałem na twój temat, to ja naprawdę nie mogę przestać o tobie myśleć. O twoim głosie. O uśmiechu, włosach i zapachu. O oczach koloru jeziora, obok którego zawsze cię widzę. Każdej nocy przywołuję w głowie nasze spotkania i przeklinam się za to, jak cię potraktowałem. Śnisz mi się. I dlatego codziennie pragnę znów zobaczyć twoje zaczerwienione policzki i wzrok, którym przeszywasz moje ciało.
Z oczu powoli spływają łzy. Te słowa bolą, a jednocześnie sprawiają, że moje serce skacze z radości. Tak bardzo bym chciała, żeby mówił szczerze.
- I może jestem egoistą, ale będę przychodzić. Będę stał przed drzwiami twojego domu tak długo, dopóki nie otworzysz. Może to zająć całą wieczność, ale będę na ciebie czekał.
Nie chcę przy nim płakać, ale nie mam już sił dłużej powstrzymywać wzbierających we mnie emocji i daję im upust. Łkam, odwracając się od niego i zamykając zaczerwienione już oczy. Nie chcę, żeby poznał też tą część mnie. Czuję, jak jego ciepła dłoń ociera mi łzy, a później nachyla się i delikatnie całuje mój policzek, zostawiając w tamtym miejscu kawałek siebie. Jeszcze mocniej zaciskam powieki i zmuszam się do bezruchu, ignorując każdy otaczający mnie dźwięk. Wsłuchuję się jedynie w bicie własnego serca. Sky kładzie coś na moich kolanach, po czym powoli się odsuwa.
Otwieram oczy dopiero po dłuższym czasie. Ostrożnie rozglądam się po pokoju i mój wzrok zatrzymuje się na otwartym oknie. Zniknął. A wraz z nim zniknęło moje serce. Zabrał je ze sobą. Podchodzę do miejsca, z którego najprawdopodobniej wyskoczył  i wyglądam na podwórko. Zdążył już uciec, zostawiając na śniegu płytkie odciski stóp. Wzdycham przeciągle i zamykam okno. Przecież sama w myślach błagałam, żeby zostawił mnie już samą, a teraz mam nadzieję, że za chwilę wróci. Przecieram twarz dłońmi, starając się pozbierać. Jestem zbyt słaba, by wytrzymać nasze codzienne spotkania. Znając życie, jutro pewnie od samego rana będzie walił w drzwi, domagając się wejścia do środka. Moje serce z pewnością długo tak nie wytrzyma. Wolno idę w stronę łóżka, po drodze zawadzając o coś stopą. Schylam się, żeby zobaczyć, co to takiego. Okazuje się, że to podłużne, drewniane pudełko, które Sky zostawił mi na kolanach. Przez moją nieuwagę pewnie je zrzuciłam. Teraz delikatnie, niemalże z czułością, kładę je na łóżku obok siebie. Kiedy podnoszę wieko, głos więźnie mi w gardle. W środku znajduje się około dwudziestu różnych rodzajów ołówków. Ale skąd on mógł wiedzieć? Nigdy ani słowem nie wspomniałam mu o tym, że rysuję. Między ołówkami dostrzegam również wetkniętą białą kartkę. Biorę ją do rąk i powoli rozkładam na kolanach. Już od pierwszych słów moje zdziwienie sięgnęło granic możliwości. Na kartce znajduje się zapisany starannym pismem wiersz:

„Zgubiłem się w moich myślach znów
I mam dość tych samych snów,
W których Ty i Twe cudne oczy.
Czy Bóg się ze mną droczy?
Czy śmieszy go to, że mnie boli
I głupieję już powoli?

Gdzie jesteś? Co teraz robisz?
Chcę wiedzieć, czy się boisz.
Choćbym miał upadać co krok
I trwałoby to okrągły rok,
Choćbym spotkać miał setki burz,
Obiecuję, znajdę cię i już.

Chcę oślepnąć,
bo jesteś tylko
gdy zamknę
oczy.”

Serce przyspiesza mi coraz bardziej z każdym wersem. Znalazło wspólny rytm ze słowami wiersza i razem sprawiają, że nic się już dla mnie nie liczy, poza tymi słowami. Chcę móc zachować je przy sobie już na zawsze, chcę nosić je ze sobą tak, jakby naprawdę były tylko moje.
Sky napisał wiersz.
Dla mnie.
Czytam wersy jeszcze kilka razy, by zapamiętać każdy wyraz, poczym zerkam na zestaw ołówków. Zagryzam wargę i zrywam się z łóżka. Coś, jakaś moc, zmusza mnie do wydobycia z czeluści biurka niezarysowane jeszcze białe kartki. W przypływie nagłej radości chwytam za nowy, naostrzony ołówek i zaczynam kreślić na kartce pierwsze linie. Do niedawna moim jedynym zajęciem pozaszkolnym było rysowanie. Teraz już wiem, że do tej krótkiej listy mogę dodać patrzenie w oczy mojego nieba.
Kiedy Jane ostatnio poprosiła mnie, żebym zastanowiła się nad własnymi uczuciami do Davida, to nie sądziłam, że odpowiedź na dręczące mnie pytania znajdę tak szybko. Może jest czasem irytujący, wredny czy po prostu obcy, to i tak mogę teraz otwarcie powiedzieć, że go kocham. Chłopak, który potrafi sprawić, że będę cierpiała, jest także moją prawdziwą miłością.
„Znam cię zbyt krótko, by mówić ci, że cię kocham. Za bardzo cię kocham, aby ci tego nie mówić”. Nie wiem, kto jest autorem tych słów, ale w tym momencie idealnie oddają one moje uczucia.
Rysik ołówka płynnie porusza się wraz z pewnym ruchem mojej dłoni. Biała przestrzeń zaczyna wypełniać się rysami twarzy. Trochę się sobie dziwie, że ze wszystkich rzeczy tego świata rysuję akurat jego. Sky z całą pewnością nadaje się na modela, ale boje się skończyć szkic. Nie wiem, cz jestem w stanie w pełni oddać jego cudowny uśmiech, zmierzwione włosy, wiecznie roześmiane oczy. Serce bije mi szybciej, kiedy patrzę na tkwiącego wewnątrz kartki chłopaka. Gdybym kiedykolwiek spotkała anioła, to jestem przekonana, że wyglądałby właśnie tak. Odkładam rysunek na bok. W pierwszym odruchu zastanawiam się, czy go nie podrzeć. Gdyby Sky znowu złożył mi wizytę i „przypadkiem” go znalazł, byłabym skończona. Ostatecznie jednak powstrzymuję się przed tym i wkładam kartkę pod łóżko. Mogę mieć tylko nadzieję, że nie przyjdzie mu do głowy, żeby tam zaglądać.
Wstaję z łóżka i zrzucam z siebie ubranie. Mam dość widoku sukienek na dość długi czas. Gaszę światło i z błogim uśmiechem zanurzam się w kołdrze. Zerkam jeszcze raz w kierunku szafki nocnej, na której leży wiersz, po czym zamykam oczy. Może to jedynie zwykły przypadek, ale tej nocy nie mam już żadnych koszmarów.

***

Miłość jest pojęciem względnym. Dla różnych ludzi ma ona odmienne znaczenia, oblicza, cechy.
Niektórzy widzą w niej zwykły dotyk, pocałunek lub spojrzenie. Taka miłość jest dla nich całym światem. Nie potrzebują niczego innego, jak właśnie jej, bezgranicznej i wiecznej miłości.
Inni poszukują miłości, żeby uciec. Uciec od bólu, który trawi ich serca. Od zapomnienia i samotności, które wystarczająco długo gościły w życiu codziennym.
Są również tacy, którzy chcą znaleźć pocieszenie po ogromnej stracie i do głębi oddać się nowemu uczuciu.
Ja przeszłam chyba przez wszystkie te fazy, od samotności po zawód. Teraz poznałam kogoś, kto wreszcie otworzył mi oczy i pokazał prawdziwe znaczenie tych słów. Uczuć nie powinno się dzielić, a już szczególnie tego jednego, niezwykłego. Powinno zostać jednością i pomagać wszystkim ludziom, którzy je odnaleźli.
Tak, jak pomogło mi.

Jak tylko otwieram oczy, błyskawicznie powracają do mnie wspomnienia z poprzedniego dnia. Cressida. Sky. Jego wiersz. Czerwona sukienka. Zrywam się z łóżka i wyciągam czerwony materiał z kosza. Jest lekko wygnieciony, ale to przecież nic. Przyciskam sukienkę do piersi i zaczynam kręcić się w koło ze śmiechem. David tu był. Naprawdę przyszedł. Może i się włamał, ale jakie to ma znaczenie? Ten chłopak dał mi coś, co mi odebrano. Dał mi nadzieję. Nadzieję na to, że nie muszę już być sama. Nadzieję, którą straciłam dawno temu. I może jest to ślepa nadzieja, to chcę się jej trzymać tak długo, jak tylko zdołam.
Czuję się pijana od szczęścia, kiedy zbiegam po schodach do kuchni. Angelika pewnie jeszcze śpi, Jane natomiast jest już na nogach i sprząta po wczorajszej Wigilii.
- Wszystko w porządku? – pyta z lekkim uśmiechem, gdy mijam ją w drodze do lodówki. Nieśpiesznie wyciągam ze środka mleko czekoladowe i spoglądam na Jane.
- Jest idealnie.
- Coś się stało? – brew kobiety unosi się znacząco.
- Po prostu posłuchałam twojej rady – odpowiadam zgodnie z prawdą i nachylam się, żeby pocałować ją w policzek. – Idę na spacer – oznajmiam jeszcze i wracam do pokoju. Sięgam po torbę, do której wrzucam kilka kartek i ołówki. Potem zarzucam ją sobie na ramię i biegnę w stronę wyjścia. Kiedy przebiegam korytarzem między kuchnią a salonem, mijam po drodze uśmiechniętą Jane.
- Ubierz się! – słyszę za sobą jej śmiech. Zerkam na to, co mam obecnie na sobie. Różowa piżama w fioletowe misie. Powstrzymuję się od wybuchnięcia śmiechem. Idę z powrotem do pokoju. Miłość czasami potrafi pozbawić ludzi racjonalnego myślenia.
Gdy w końcu jestem ubrana, wychodzę przed dom. Uśmiecham się sama do siebie i podziwiam płatki śniegu, powoli spadające z nieba. Zaczynam iść w kierunku jeziora. Teraz znam tę trasę lepiej niż jakąkolwiek inną w tym mieście. Do granicy lasu docieram w kilka minut. Wolno przedzieram się przez zaspy i długie gałęzie krzewów. W końcu docieram nad zamrożoną taflę jeziora. Wspinam się na złamaną gałąź, wzdychając błogo. Mimo przejmującego zimna ściągam rękawiczki i zaczynam szperać w torbie. Mój wzrok wciąż utkwiony jest w zamarzniętym jeziorze. Staram się zapamiętać jak najwięcej szczegółów, kolorów, kątów i kresek. Potem przenoszę uwagę na trzymane na kolanach kartki i wolno zaczynam rysować. Mimo iż kocham sztukę, to nigdy nie wiązałam z nią przyszłości. Nie chodziłam na żadne dodatkowe zajęcia ani nie rozwijałam się szczególnie pod tym kątem. Nie lubię tworzyć, kiedy obok znajdują się inne osoby. Zaczynam się rozpraszać, ręka mi drży, strasznie się denerwuję. Dlatego właśnie lubię to miejsce. Tę samotność, miejsce, w którym ze spokojem mogę się oddać swojej pasji.
Na kartce pojawiają się kolejne kontury drzew i krzewów. Nie spieszę się, do głębi rokoszując się tą chwilą. Wczorajszy dzień był pełen wrażeń, dlatego staram się uspokoić, na chwilę o nim zapominając. Nagle gdzieś obok słyszę delikatny szelest gałęzi.
- Sky? – pytam niepewnie, odwracając się za siebie. – Sky, wychodź.
Znów słyszę szelest, lecz nadal nikt się nie pojawia. Przecież na drzewach nie ma żadnych liści. Powinnam być w stanie go zobaczyć z takiej odległości. Już mam ponownie się odezwać, kiedy nagle jego sylwetka wyłania się zza pnia jakiegoś szerokiego drzewa. Dyskretnie wypuszczam powietrze, starając się nie pokazać mu mojego zdenerwowania.
- Jesteś jeszcze nudniejsza od Sam – rzuca chłopak na powitanie. – Naprawdę nie wiem, co takiego widzisz w tym lesie.
- Po pierwsze – zaczynam z uśmieszkiem, patrząc na niego z góry – Sam wcale nie jest nudna. Poza tym bardzo lubię to miejsce, a tobie nic do tego.
- Wczoraj raczej nie wyglądałaś na chętną do chodzenia po drzewach – zauważa obojętnie, bawiąc się kluczykami od samochodu. Przenoszę wzrok na kartkę, by skupić się na czymś innym niż wspomnienie wczorajszych wydarzeń.
- Siedzenie w samotności w lesie nie zawsze jest najlepszym rozwiązaniem – mamroczę pod nosem, z ociąganiem się przyznając. W tym momencie mówię bardziej do siebie niż do niego, ale Sky zdaje się tego nie zauważać.
- A szczególnie, kiedy jestem w pobliżu, co? – mruczy zalotnie, opierając się o pień.
Moje serce znów przyspiesza. Nie cierpię, kiedy ten pewny siebie dupek zaczyna gadać w ten sposób. Nie wiem, jak mam się wtedy zachować.
- Ty to powiedziałeś – zauważam, starając się zgrywać zupełnie niezainteresowaną. Od niechcenia przesuwam rysikiem ołówka po czystej powierzchni kartki.
- A ty nie zaprzeczyłaś.
Nasze spojrzenia nagle się spotykają. Nie odwracam wzroku, głównie dlatego, że nie jestem w stanie. Jest zbyt niesamowity. On też nie zamierza odpuścić. Patrzymy sobie w oczy, dopóki nie daję za wygraną. Moje policzki są całe czerwone, kiedy chłopak wnikliwie mi się przygląda. Staram się zejść z gałęzi, ale zamiast zgrabnie zeskoczyć zaczynam spadać. To było do przewidzenia. Podnoszę się z ziemi i klnąc w duchu, otrzepuję się ze śniegu. David wciąż na mnie patrzy, ale nie robi nic, żeby choć trochę mi pomóc. Czasem mam wrażenie, że mu w ogóle na mnie nie zależy, a kiedy indziej – że stara się wręcz za bardzo. Nigdy go nie zrozumiem.
- Przy każdym przystojnym chłopaku mdlejesz z wrażenia? – pyta sarkastycznie. Znów wyszłam na niezdarną. Dlaczego nigdy nic mi nie wychodzi?
Nie odpowiadam. Sky jest pierwszym chłopakiem, przy którym wszystko leci mi z rąk. Spuszczam wzrok, starając się skupić uwagę na przemoczonych od śniegu ubraniach. Stojąc tak przed nim, czuję wzbierające we mnie poczucie wstydu.
- No co jest? – pyta znów chłopak, a na twarz wraca mu złośliwy uśmiech. – Aż tak bardzo cię onieśmielam?
- Nie! – zaprzeczam gwałtownie, znów się czerwieniejąc. Moje nieudolne próby zyskania w jego oczach jedynie jeszcze bardziej go bawią.
- Do twarzy ci z czerwonym – mówi tonem, który pozbawia mnie wszelkiej dalszej woli walki z nim. Sky dobitnie chce mi udowodnić, że to on dominuje. Czuję, jak delikatnie głaszcze mój policzek. Nieruchomieję. Jego zimne palce wolno suną po mojej twarzy. Znowu to głupie uczucie niemocy. Znowu jestem przy nim bezbronna.
- Jesteś cała mokra – odzywa się nagle, mierząc mnie spojrzeniem bursztynowych oczu. Ta uwaga w końcu budzi we mnie gniew.
- Szybki jesteś – mówię z przekąsem. Czasami naprawdę zachowuje się jak dziecko. – Po co tutaj przyszedłeś?
- Wiedziałem, że cię tu znajdę. Chciałem cię po prostu zobaczyć, to wszystko.
Serce przestaje bić w mojej piersi. W ciągu kilku sekund zmienił swoje nastawienie do mnie. Uśmiech gdzieś zniknął, a oczy znów zapłonęły dobrze znanym mi blaskiem. Wszystkie moje nadzieje, sny i pragnienia spełniają się wraz z wypowiedzianymi przez niego słowami. Patrzę na niego, starając się znaleźć na jego twarzy jakikolwiek cień kłamstwa. Szybko zwiesza głowę, więc nie mam szansy, by cokolwiek wyczytać z jego oczu.
- Przepraszam.
1 słowo. 11 liter. Mój każdy oddech.
- Za co? – pytam szeptem, z trudem zmuszając się do zachowania spokoju. Zmienia się tak szybko, że za nim nie nadążam.
- Za wszystko – w jego głosie wyczuwam coś, co łamie mi serce. – Za to, że cię krzywdzę. Za to, w jaki sposób cię traktuję.
Trzy wdechy, dwa wydechy.
- Za to, że mnie pokochałaś.
W normalnej sytuacji byłabym wściekła. Jest niesamowicie pewny siebie, kiedy mówi o moich uczuciach do niego. Jakby od samego początku je znał. Tłumię to jednak w sobie i uważnie się mu przyglądam.
- Przepraszasz za moją miłość?  - nie wiem nawet, jakim cudem znajduję siłę, by zadać to pytanie.
- Tak.
Nagle chłopak odwraca się gwałtownie i rusza w kierunku krzaków. Już po chwili zupełnie znika mi z oczu. Ja stoję w jedynym, tym samym miejscu. Nie mogę się poruszyć. Nie mogę krzyczeć, choć tak bardzo chcę. Pytania bez odpowiedzi. Pytania, które trawią moje wnętrze, moją duszę, moje serce.
Nie wiem jak długo tam tkwię, wpatrzona w krzaki i odciski jego stóp na śniegu. W końcu jednak się otrząsam i zmuszam do ruchu. Powoli wracam tą samą trasą, którą tutaj dotarłam. Nawet nie zauważam, kiedy z nieba zaczynają spadać pojedyncze płatki śniegu. Podobno każdy z nich jest inny, jedyny w swoim rodzaju. I mimo że różnią się od siebie, to ludzie i tak widzą w nich tylko jedno: biały puch, otaczający wszystko, czego dosięgnie. Dlaczego nie starają się dostrzec ich odmienności? Są zbyt skupieni na własnym życiu, by choć na chwilę zatrzymać się i spojrzeć w niebo.
Cicho wchodzę do domu. Jest już po południu, Jane zwykle o tej porze śpi. Wbiegam po schodach i zamykam się w swoim pokoju. Robię to dość często. Lubię przebywać w moim własnym kącie. W miejscu, gdzie czuję się bezpiecznie. Oddalona od wszystkich, którzy mnie ranią.
Rzucam na ziemię torbę i siadam na ziemię, mocno przytulając do piersi poduszkę. Sky jest chłopakiem, o którym marzy dosłownie każda dziewczyna. Przystojny, zabawny, inteligentny, czasem wredny. Ale nawet ideał jego pokroju ma wady. On ma ich szczególnie dużo. Najbardziej jednak dziwi mnie fakt, że wcale mi one nie przeszkadzają. Od czasu naszego pierwszego spotkania, co noc widzę w snach jego złote, błyszczące oczy. Może mnie ranić, może mnie odrzucać i poniżać, ale wiem, że nieważne, co zrobi, ja nigdy nie zapomnę tych oczu, które chronią mnie każdej nocy.

***

Osiem lat. Metr pięćdziesiąt wzrostu. Tysiące nadziei. Jeszcze więcej ich braku. Sama sama sama. Rzadko się odzywa. Raczej nie odpowiada na pytania. Żyje w swoim własnym świecie z dala od wszystkiego i wszystkich. Chodzi do szkoły. Wraca. Czasami płacze. I nagle poznaje JĄ. ONA zachowuje się podobnie. Też rysuje. Też milczy. A na imię ma Sam.
Mijają lata, wszystko się zmienia, tylko nie one. Obiecały sobie wieczną przyjaźń. Nie wiedziały, że jest fałszywa. Niby nierozłączne, a jednak coś je dzieli. Brakuje zaufania. I miłości. A ludzie i tak z czasem zaczynają postrzegać świat inaczej niż wcześniej. Sam od zawsze pragnęła akceptacji. Nikt nie chciał jej tego dać. Gdy jednak dorosła, nauczyła się żyć w świecie. Zostawiła wciąż wierną jej przyjaciółkę na rzecz innych ludzi.
Teraz jednak różnice między dziewczynami są jeszcze bardziej widoczne niż osiem lat temu. Teraz mają inne pragnienia, zachowania, marzenia. A mimo to jedna z nich wciąż wierzy. Wierzy, że ich przyjaźń na nowo powróci. Odbuduje się, silniejsza niż kiedyś.
Wiara to jednak nie wszystko.

***

Następnego dnia zaraz po śniadaniu dzwonię do Sam. Odkąd zaczęłam spotykać się ze Sky’em mam dla niej bardzo mało czasu. Czekam, zastanawiając się nad tym, co w ogóle mogę jej powiedzieć. Kiedy nie odbiera po piątym sygnale, rozłączam się. Zwykle odbierała od razu. Teraz coś się zmieniło. Coś nas podzieliło. Ktoś nas podzielił.
Rzucam komórkę na łóżko obok mnie i sama wczołguję się pod kołdrę. Nasza przyjaźń i tak już od dawna była jakaś taka… inna niż kiedyś. Wcześniej jednak nie zauważyłam, że to może być moja wina. Ona kocha Davida, a ja jako przyjaciółka powinnam jej w tym pomagać. Zamiast tego potajemnie się z nim spotykam. Mam wrażenie, jakbym ją zdradzała. Nie chciałam tego.
Nie zamierzam jednak tak łatwo się poddać. Niegdyś Sam była jedyną osobą, która przy mnie była. A teraz ja powinnam być przy niej. Nie obchodzi mnie nic innego. Jeśli będę musiała stracić Sky’a, by zachować przy sobie jedyną przyjaciółkę, zrobię to. A przynajmniej będę się starała. Zależy mi na niej. Bardzo. Może ona już spisała nas na straty, ale ja nie przestanę wierzyć. Nie przestanę mieć nadziei, że znów będziemy mogły się śmiać.
Znowu dzwonię. Znowu nie odbiera. Może jest obrażona i już nigdy się do mnie nie odezwie? Drżącą ręką wybieram jej numer po raz trzeci. Jeśli teraz nie odbierze, to przestanę dzwonić.
- Halo?
Kiedy słyszę jej zaspany głos, mało co nie wybucham szlochem. Uśmiech mimowolnie pojawia się na mojej twarzy.
- Przepraszam – szepczę, starając się powściągnąć emocje. – Przepraszam, że tak cię traktowałam. Jestem kompletną idiotką, nie pomyślałam, jak możesz się czuć. To wszystko moja wina.
- Layla? – Sam wydaje się być zupełnie zdezorientowana.
- Przepraszam – powtarzam znowu. – Wybaczysz mi? Ja naprawdę nie chciałam.
- Co się stało? – w jej głosie pobrzmiewa wyraźny niepokój. – Layla, czy ty płaczesz? Ktoś ci coś zrobił?
- Nie – wycieram mokre od łez policzki. – Po prostu strasznie się martwiłam, że nie chcesz mnie znać.
Po drugiej stronie słuchawki słyszę głębokie westchnienie ulgi.
- Boże, jesteś nienormalna. To dlatego obudziłaś mnie tak wcześnie? Co ci znowu strzeliło do głowy?
Jest dziesiąta. Sam jeszcze spała. Powstrzymuję się od wybuchnięcia śmiechem.
- Przepraszam. Zapomniałam.
- O czym znowu zapomniałaś? – jest rozbawiona. To raczej dobrze. – I przestań w końcu mnie przepraszać.
- O wszystkim! Zapomniałam dać ci świąteczną kartkę. Zapomniałam zadzwonić po kolacji wigilijnej. Zapomniałam, że jeszcze o tej godzinie śpisz. Zapomniałam, że nienawidzisz, jak ktoś cię przeprasza. Jestem totalnie beznadziejna.
- Nie mów tak.
Jej słowa zatrzymują rwący potok słów, który wylewał się z moich ust.
- Co?
- Nie mów o sobie w ten sposób. Ja nigdy bym cię tak nie nazwała, więc sama tym bardziej nie powinnaś tego robić. Poza tym to ja powinnam cię przeprosić. Po spotkaniu z Davidem byłam zdruzgotana tym, że mnie odtrącił i zaczęłam cię ignorować. Zamknęłam się w sobie i użalałam się nad sobą, nie mówiąc ci ani słowa – urywa na chwilę. Jej głos lekko drży. – To on nas podzielił. Pozwoliłam, by uraza do niego przeszła na ciebie. Byłam na ciebie strasznie wściekła, ale nie wiedziałam czemu. Teraz rozumiem już, że byłam zazdrosna o to, że z tobą rozmawiał tak swobodnie. Wiem, to głupie, ale nie potrafiłam nad sobą zapanować. Bałam się wyznać ci prawdę. Bałam się, że tylko wszystko między nami pogorszę. Nie sądziłam, że do mnie zadzwonisz. Dziękuję ci za to.
Poczucie winy powoli zaczyna pochłaniać całe moje serce. Sam przyznała się do swojego błędu, bo jej na mnie zależy. Ja wciąż ją okłamuję. Ukrywam prawdę.
- Chciałam się z tobą spotkać w Sylwestra, ale mama mówi, że przyjeżdża ciocia Victoria i muszę siedzieć w domu – moja stara, dobra, poirytowana Sam. Tak długo czekałam, by znów usłyszeć jej głos. Znów się uśmiecham. – Poradzisz sobie beze mnie?
- Mam nadzieję – chichoczę cicho, starając się ukryć zdenerwowanie w moim głosie. – Pewnie cały wieczór spędzę na czytaniu książek.
Tak przeważnie spędzam większość wieczorów. A raczej spędzałam, zanim w moim życiu pojawił się Sky. Przez niego wszystko w się zmieniło.
- Tylko zadzwoń do mnie! – komenderuje Sam. – Będę czekała całą noc, a jeśli nie zadzwonisz, to… to coś wymyślę.
- Obiecuję, że zadzwonię – zapewniam ją, rozbawiona reakcją dziewczyny. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo może mi jej brakować. Nie rozmawiałyśmy zaledwie dzień, a ja już zatęskniłam.
Po jakimś czasie rozmowy rozłączam się i rzucam się na łóżko z szerokim uśmiechem. Potrzebowałam tej rozmowy. Postanowiłam, że od teraz żaden chłopak nie stanie między nami. A już w szczególności nie taki jak David. On nie zasługuje na to, by przez niego zniszczyła się nasza przyjaźń.
Nagle mój telefon zaczyna lekko wibrować. Zaciekawiona zerkam na wyświetlacz. Nieznany numer. Marszczę brwi. Znam numer Sam na pamięć, to nie ona dzwoni. Niepewnie podnoszę komórkę do ucha.
- Słucham?
- Długo mam jeszcze na ciebie czekać?
Serca momentalnie mi przyspiesza. Glos Sky’a zdradza jego poirytowanie. Nie widzieliśmy się może jeden dzień, a ja już czuję, że chcę go jak najszybciej zobaczyć. Nie miałam pojęcia, że aż tak na mnie działa.
- Cześć – witam się, starając się powstrzymać uśmiech. Podbiegam do okna, które wychodzi na ulicę przed domem. Chłopak stoi na chodniku.
- Ja ci dam „cześć”. Chyba palce sobie odmroziłem.
- Jak długo czekasz? – pytam, ignorując jego uwagę. Nawet z tej odległości widzę jego twarz, zaczerwienioną od chłodu.
- Straciłem rachubę. W każdym razie długo.
Sky przykłada dłoń do ust i chucha na nią. Wygląda niesamowicie uroczo. Tłumię w sobie chichot.
- Wybacz, ale twoje czekanie pójdzie na marne – z satysfakcją oglądam niezrozumienie, malujące się na jego twarzy. – Jane wyjechała na ważne spotkanie, a ja mam zostać i pilnować domu.
Wcale tak bardzo nie minęłam się z prawdą. Jane rzeczywiście wyjechała, ale nic nie wspominała o tym, co mi wolno przez ten czas robić. To ja sama z trudem powstrzymuję się, by nie zbiec na dół. Chwilę temu cos sobie obiecałam i będę się tego trzymać.
Sky prycha do słuchawki.
- To może chociaż wpuścisz mnie do środka? Cholernie tu zimno.
Serce mi zamiera. Nie spodziewałam się, że będzie taki śmiały. To lekko zbija mnie z tropu. Sky chce dobrowolnie wejść do mojego domu. Zaskoczył mnie. Przygryzam wargę i waham się przez chwilę. Nie ma jak się wykręcić, więc ostatecznie schodzę na dół. Gdyby Angeli nie było w domu, pewnie bym go nie wpuściła. Nie ufam mu na tyle, by siedzieć z nim sam na sam.
Chłopak ściąga kurtkę i buty. Uważnie obserwuję każdy jego ruch. We włosach ma pojedyncze płatki śniegu, a dłonie i twarz są całe czerwone. Staram się nie poświęcać mu całej mojej uwagi, ale tak jak wcześniej nie potrafię odwrócić wzroku.
- Layla?
Z góry dobiega zaciekawiony głos Angeliki. Zastanawiam się, jak mam jej to wszystko wytłumaczyć.
- Kto przyszedł?
- Znajomy – odpowiadam niepewnie.
Sky wydaje się być urażony. Chyba trochę go to zabolało. Ale skoro nie jest znajomym, to jak mam go nazywać? Spoglądam w stronę schodów. Onieśmielona Angela zatrzymuje się w ich połowie.
- Ty jesteś tym chłopakiem z wtedy – zauważa w nagłym przypływie olśnienia i wpatruje się w niego szeroko otwartymi oczami. Sky uśmiecha się pod nosem.
- Jestem David. Miło mi.
Dziewczyna oblewa się rumieńcem i szybko spuszcza wzrok. Wcale nie dziwi mnie taka reakcja. Sama z pewnością zachowałabym się podobnie.
- A-Angelika – przedstawia się nieśmiało i zaciska dłonie na koszulce. – Jesteś chłopakiem Layli.
Prawie krztuszę się powietrzem. Czy ona naprawdę to powiedziała? Chcę teraz zapaść się pod ziemię i nigdy stamtąd nie wychodzić.
Uśmiech chłopaka wyraźnie się poszerza.
- W pewnym sensie…
- Oczywiście, że nie! – wyrywa mi się, zanim jeszcze zdąży skończyć zdanie. – My po prostu… jesteśmy znajomymi i nic poza tym.
Modlę się w duchu, żeby Angela nie drążyła tematu i dała spokój swoim miłosnym rozważaniom na nasz temat. Niestety, ona ma dar do irytowania ludzi. Szczególnie mnie.
- To z nim codziennie się spotykasz? – jej niewinny głos sprawia, że prawie wierzę w jej przyjazne intencje. Przygryzam wargę, żeby się nie wygadać.
- Doskonale wiesz, że popołudniami spotykam się z Sam – odpowiadam wymijająco i krzyżuję ramiona na piersi, by sprawiać wrażenie pewnej siebie.
- Ale przecież…
Dziewczyna milknie, widząc moje gniewne spojrzenie. Nie mam humoru na kłótnie, ale jeśli mnie zmusi, to nie odmówię.
- Idziemy do mnie – oznajmiam niby od niechcenia i popycham Sky’a w kierunku schodów.
- Ale po co ten pośpiech? – pyta rozbawiony chłopak, uśmiechając się szeroko.
Nie odpowiadam. Jeszcze jedno słowo, a nie wytrzymam i zacznę być nieprzyjemna. Nieważne, dla którego z nich.
Angela obserwuje nas ze szczytu schodów. Czego ona tutaj chce? Przecież może spokojnie wrócić do pokoju i nas olać.
- Kiedy wraca Jane? – pytam, kiedy stwierdzam, że dalsze zmuszanie Sky’a do pójścia na piętro jest bezcelowe, a cisza zaczyna dźwięczeć mi w uszach. Dziewczyna milczy przez chwilę, uważnie mnie obserwując.
- Mama mówiła, że będzie wieczorem – odpowiada w końcu, nie spuszczając ze mnie wręcz napastliwego spojrzenia.
- Wszystko w porządku? – marszczę brwi. Mam wrażenie, jakby chciała dodać coś jeszcze.
- Tak – mówi obojętnie i typowym dla siebie sposobem odwraca się na pięcie, by po chwili zniknąć w pokoju.
Przechodzi mnie nieprzyjemny dreszcz. Dopiero co zaczęłam się z nią dogadywać, a teraz znów zamyka się w sobie. Będę musiała z nią potem porozmawiać, choć z pewnością nie będzie to przyjemne doświadczenie.
- Długo będziesz jeszcze tak stać czy może wreszcie pójdziemy na górę?
Spoglądam na Sky’a, który nonszalancko opiera się o poręcz schodów. Jego włosy sterczą dosłownie we wszystkich kierunkach, a policzki nadal są lekko zaróżowione od mrozu. Wzdycham przeciągle.
- Chodź – rzucam tylko i zaczynam wspinać się po kolejnych stopniach. Za sobą słyszę jego kroki i cichy chichot. Zwykle, kiedy czuję jego bliskość, jestem zupełnie sparaliżowana i nie mogę się ruszyć. Teraz zauważam, że jest inaczej. Oprócz onieśmielenia czuję coś jeszcze. W jakiś sposób jego obecność sprawia, że opuszczają mnie zmartwienia, które jeszcze chwilę wcześniej nie dawały mi spać. Przy nim jestem bezpieczniejsza. Mimo że na pierwszy rzut oka wydaje się być zwyczajnym ignorantem, to w głębi siebie z pewnością jest kimś zupełnie innym. Kimś, kto nigdy nie chciałby twojej krzywdy. Ja też byłabym gotowa zrobić wszystko, by uchronić go od nieszczęścia i bólu. Każdy jego uśmiech, każde spojrzenie i każdy oddech utrzymują mnie przy życiu. Bo to on nim jest.
Chyba to właśnie tak wygląda miłość.
Kiedy tylko wchodzimy do mojego pokoju, zamykam drzwi i siadam na łóżku, by ukryć zdenerwowanie. On siada obok mnie, stanowczo zbyt blisko. Kiedy ja staram się opanować nerwy, Sky z zainteresowaniem rozgląda się dookoła.
- Przecież już tu byłeś. I to kilka dni temu – mówię z wymuszonym rozbawieniem i przyglądam mu się uważnie. – Od tego czasu nic się tutaj nie zmieniło.
- Nie zdążyłem się uważniej przyjrzeć – odpowiada, a na jego twarzy znowu pojawia się uśmiech. – Odwracałaś całą moją uwagę.
Nie mam czym oddychać. Błyskawicznie powracają do mnie wspomnienia tamtego wieczoru. Blask w oczach chłopaka, jego usta na mojej dłoni. Wiersz, którego słowa wciąż błądzą po moim umyśle.
Spuszczam wzrok i mimowolnie się rumienię. Czerwona sukienka, którą wtedy zdjął z wieszaka leży teraz na fotelu w garderobie.
- Niby w jaki sposób? – pytam, starając się brzmieć tak jakbym miała to całkowicie gdzieś. Nie wiem, czy mi się udaje. Jego twarz pozostaje niewzruszona.
- Byłaś w sukience – wzrusza ramionami. – To był naprawdę przyjemny widok.
Staram się wymyślić jakąś ripostę, żeby ukryć swoje zażenowanie, ale nic nie przychodzi mi do głowy. Ostatnio jestem przy nim coraz bardziej skrępowana. Czując zapach chłopaka, moje myśli uciekają ku Sam. Gdyby się o tym dowiedziała, straciłabym ją na zawsze. Przecież chwilę temu z nią rozmawiałam. Miałam zignorować Sky’a, wyrzucić z mojego życia, zapomnieć o nim.
Ciężko jednak zapomnieć kogoś, kto dał ci zbyt dużo powodów, by pamiętać.
- Nudno – głos chłopaka przerywa panującą po jego wcześniejszej uwadze ciszę. – Co zwykle robisz, kiedy siedzisz w domu?
Rozmyślam, czytam książki, użalam się nad sobą, płaczę w poduszkę. Długo by wymieniać.
- Słucham muzyki – odpowiadam w sumie bez namysłu. Bo co innego mogłabym powiedzieć? Nie wiem, dlaczego akurat tą rzecz wypowiedziałam na głos.
- Muzyki? – Sky marszczy brwi, jakby intensywnie nad czymś myślał. – I tylko to robisz cały dzień?
Zaciskam dłonie na materiale spodni, żeby powstrzymać drżenie ramion. Ogarnia mnie panika, której uparcie staram się pozbyć. Dlaczego on musi zadawać takie pytania? Szybko rozglądam się dookoła. Mój wzrok zatrzymuje się na oknie i ogrodzie za nim.
- Pływam w ogrodzie – wypalam, czując, że moje paliczki robią się gorące. – Znaczy nie w ogrodzie, w basenie. A ten basen jest w ogrodzie.
David wygląda na jeszcze bardziej zdezorientowanego niż przedtem. Niedobrze.
- Pływasz… Tak w środku zimy?
Cholera. Zgrywa idiotę, żeby jeszcze bardziej mnie pogrążyć czy rzeczywiście aż tak go to obchodzi?
- Ludzie mają różne zajęcia – mówię wymijająco, licząc na to, że zmieni temat.
- A do twoich należą słuchanie muzyki i pływanie w basenie w ogrodzie, kiedy na zewnątrz temperatura jest poniżej zera - kończy chłopak.
Wzdycham z rezygnacją. Świetnie mnie podsumował.
- Dokładnie tak.
Nie wiem, ile trwa cisza między nami, ale nagle przerywa ją głośny śmiech Sky’a. Widocznie nie wytrzymał moich wcześniejszych wypocin i musiał dać sobie upust. Zwieszam głowę i chowam twarz za włosami. Czuję się fatalnie, a jego chichot tylko pogarsza ten stan.
- Naprawdę jesteś niesamowita – stwierdza, kiedy już mu przechodzi.
Marszczę brwi. Nie mogę go rozgryźć. Im bardziej staram się go zrozumieć, tym bardziej się gubię. Raz jest dla mnie miły i stara się pokazać, jak bardzo mu zależy. Następnego dnia traktuje mnie z góry i poniża na każdym kroku. Ma rozdwojenie jaźni? A może taki ma sposób na podrywanie dziewczyn?
- Tak myślisz? – pytam od niechcenia i wbijam wzrok w podłogę. Czuję na sobie jego palące spojrzenie.
- Tak, właśnie tak myślę. I chcę, żebyś to wiedziała i zaakceptowała mnie.
- Dlaczego? – pytam znowu i zerkam na niego. Jego twarz jest spokojna i poważna. – Aż tak ci zależy? Aż tak bardzo chcesz zranić kolejną osobę?
Jest zaskoczony. Tego z całą pewnością się nie spodziewał. Ale ja już nie mam zamiaru się powstrzymywać. Muszę mu powiedzieć, co myślę.
- Co? – na jego czole pojawiają się zmarszczki.
- To mnie boli. To, jak mnie traktujesz. Raz jesteś taki miły i uprzejmy, a raz złośliwy, wręcz oschły. Po co ci to wszystko?
- Naprawdę chcesz wiedzieć? – odwraca wzrok. Nie wiem, czy naprawdę chcę.
- Tak – mówię słabo, a on pochyla się w moją stronę. Kładzie głowę na moim ramieniu, czuję na policzku jego oddech. Przechodzi mnie dreszcz, kiedy muska ustami moje ucho. Na moich wargach pojawia się delikatny uśmiech.
- Dla zabawy.
Jego rozbawiony szept sprawia, że cały czar tej chwili momentalnie pryska. Szczęście i poczucie bezpieczeństwa, które przy nim do tej pory odczuwałam, znikają wraz z jego słowami. Czuję, jak oczy pieką mnie od napływających łez. Jak zwykle robiłam sobie złudną nadzieję. Jak zwykle zostałam jedynie z rozczarowaniem. Kolejny raz się zawiodłam. Na twarzy Davida pojawia się uśmieszek tryumfu. Wie, że udało mu się mnie zranić i czerpie z tego satysfakcję.
- To, jak się uśmiechasz czy smucisz po każdym moim słowie niezwykle mnie nakręca. Nie mogę się powstrzymać, kiedy widzę jak ci zależy. Taki po prostu jestem. Bawienie się innymi to dla mnie świetna zabawa. Zadziwiające jest to, że sama się tego nie domyśliłaś. Miałem cię za mądrzejszą od innych dziewczyn.
Nie powinno mnie to dziwić. W końcu widziałam, jaki jest. Wiedziałam, że nie powinnam mu ufać Ale w pewnym sensie miałam nadzieję, że on też jest inny. Kolejna pomyłka. Powinnam go teraz wywalić z pokoju, z mojego życia, ale czy mnie na to stać? I czy naprawdę chcę, by było jak kiedyś?
Sky kładzie się na poduszkach i mierzy mnie spojrzeniem spod przymrużonych powiek. Ja natomiast za wszelką cenę staram się go zignorować i całą uwagę skupić na krajobrazie za oknem. Co ma zrobić? Jak zareagować? W tym momencie czuję jedynie ból, który zagłusza wszystko inne.
- Nic nie powiesz? – pyta nagle jak gdyby nigdy nic. Przygryzam wargę, żeby powstrzymać wybuch płaczu. – No cóż… Skoro zamierzasz milczeć, mogę nakłonić cię do odpowiedzi w nieco przyjemniejszy sposób.
W momencie, kiedy nachyla się w moją stronę, ja gwałtownie wstaję i odskakuję na kilka metrów od niego. Zaciskam dłonie w pięści, nadal na niego nie patrząc. On był moim niebem. Aniołem, który miał już zawsze być przy mnie. Teraz jednak nie widzę w nim nikogo, poza zwykłym dupkiem.
- Wyjdź stąd – wypowiadam te słowa drżącym od rozpaczy i wściekłości głosem. Długo nie wytrzymam, łzy usilnie chcą się wydostać. Nie mogę dopuścić do tego, by je zauważył i by czuł się zwycięzcą. Chcę się uwolnić od tego uczucia beznadziei i w samotności krzyczeć w poduszkę.
Chłopak błyskawicznie wstaje i odwraca mnie przodem do siebie. Jestem zbyt otępiała, by się mu opierać.
- Layla… - zaczyna, a dźwięk czułości w jego głosie podsyca we mnie gniewny płomień.
- Powiedziałam, że masz się wynosić! – wrzeszczę i ostatkiem sił oswabadzam się z jego uścisku. Unoszę wzrok i widzę… łzy. I to bynajmniej nie moje. Ten widok tak mnie szokuje, że przez chwilę stoję i nie mam pojęcia, jak zareagować. Z jego złotych, błyszczących zwykle oczu teraz płyną łzy. To ja jestem ofiarą, a nie on, do cholery. Więc dlaczego…
- Przepraszam – mówi ledwie dosłyszalnie. Wyciąga do mnie rękę, ale po chwili ją cofa. – Wybacz – powtarza spuszczając głowę. Cały drży, jakby ledwie powstrzymywał się od histerii. – Może lepiej będzie, jak rzeczywiście pójdę.
Chłopak odwraca się, żeby odejść. Wiem, że tylko się bawi. Wiem, że właśnie na tym mu zależy. Wiem, że w ten sposób jedynie dołożę sobie cierpienia. Mimo to robię coś, czego nigdy bym się po sobie nie spodziewała. Zanim jeszcze opuszcza mój pokój, wyciągam dłoń i mocno chwytam jego nadgarstek. Sky zatrzymuje się, ale nic nie mówi. Patrzy na mnie tylko, a ja spuszczam wzrok, zmieszana.
- Przytul mnie – proszę szeptem, czując, jak moja twarz płonie żywym ogniem. Jeszcze nigdy tak otwarcie go o coś nie poprosiłam. Boję się reakcji, ale jednocześnie czuję jakiś taki wewnętrzny spokój. Mam świadomość, że ten dzień po prostu nie może już być gorszy. To, co właśnie zrobiłam, jest szczytem głupoty, ale nie bardzo mnie to obchodzi. Może mnie teraz wyśmiać, obrzucić wyzwiskami i szydzić ze mnie, ale cieszę się, że wypowiedziałam te słowa. Wolę to zakończyć w zgodzie z samą sobą, bez kłamstw i niedopowiedzeń.
- Chodź tu.
Silne ramiona Sky’a oplatają się wokół mnie. Przyciąga mnie do siebie zaborczo, a ja tracę oddech. Jest silny i zdecydowany. Więzi mnie w ciepłym uścisku, ukrywając przez bólem poprzednich kilku minut. Mimo że to on był jego powodem, to się teraz dla mnie nie liczy. Czuję, jak chłopak lekko unosi mnie w powietrze, a ja opuszczam swoje ciało. Staję się ptakiem, jego aniołem i pod żadnym pozorem nie chcę już wracać na ziemię. Wzlatuję ku Niebu, moje serce sięga świecących w jego oczach gwiazd. Zapominam o uczuciu słabości i do reszty oddaję się tej chwili, tym ramionom i oczom.
Już nie staram się go zrozumieć, bo wiem, że to daremne. Wyśmiewa mnie, a potem przeprasza i okazuje swoją słabą stronę. Jego nagłe zmiany strasznie mnie dezorientują, raz raniąc, raz składając moje serce od nowa. Wiem jednak, że cokolwiek zrobi, ja zawsze mu wybaczę. On jest moją słabością, jego spojrzenie i dotyk. Nigdy ich nie zapomnę. Nie odpuszczę.
Bo w końcu.. ciężko jednak zapomnieć kogoś, kto dał ci zbyt dużo powodów, by pamiętać.


***


Poczucie winy.
Uczucie, którego nigdy wcześniej nie doświadczyłam, teraz atakuje całe moje cialo.
Powinnam siedzieć w domu, dzwonić do Sam co godzinę i na dobre odciąć się od Davida. Nie chcę jednak robić żadnej z tych rzeczy.
Jestem najgorszą przyjaciółką na świecie.

Gdy docieram nad jezioro, on już tam czeka.
- Przepraszam, że tak długo – zaczynam, z trudem łapiąc oddech po każdym słowie.
- Wybaczę ci wszystko – odpowiada z uśmiechem. Jest zniewalający. Wygląda teraz jak prawdziwy anioł.
Mój anioł stróż.
I on, i ja zachowujemy się, jakby wydarzenia poprzedniego dnia nigdy nie miały miejsca. Myślałam, że kiedy już powiedział mi prawdę, to na dobre mnie zostawi. On jednak wciąż uparcie się mnie trzyma. Nie wiem, czy dobrze robię znów mu ufając, ale teraz przynajmniej mam świadomość, jaki naprawdę jest.
Podchodzę do niego przyspieszonym krokiem.
- Wyglądasz pięknie – wzdycha. Mam ochotę zapaść się pod ziemię. Teraz dotarło do mnie, że on wszystko widzi. Widzi moje niedoskonałości. Ja a każdym razem badam dokładnie wzrokiem każdy minimetr jego ciała. Za każdym razem się zachwycam. A on? Nigdy niewiadomo, co o mnie myśli. Przecież jeszcze wczoraj śmiał się ze mnie prosto w moją twarz.
Chcą mu powiedzieć, że wygląda piękniej.
Chcę mu powiedzieć, że codziennie zasypiam z myślą o im i jego uśmiechu.
Chcą mu powiedzieć, że go kocham.
Zamiast tego nic nie mówię.
- Chcesz gdzieś pójść czy zostajemy tutaj? – pyta po chwili. Wcale nie przejął się tym, że milczę. Rozumie mnie.
- Obojętnie – odpowiadam. Nigdy nie wiem, co odpowiedzieć, kiedy ktoś zadaje mi podobne pytanie. Boję się, że wybiorę źle i druga osoba będzie niezadowolona.
- Zawsze tak mówisz? – mierzy mnie swymi bursztynowymi oczami. Są tak cholernie hipnotyzujące.
- A żebyś wiedział. Możemy tu zostać, jeśli chcesz.
- Okej, w sumie, to mi wisi – rzuca oschle. Znowu to samo. Wzruszenie ramion, wywyższające spojrzenie, lekceważąca poza. Jest strasznie bezczelny. Skoro nie chciał się spotykać, mógł się nie umawiać.
Lub po prostu nie przychodzić.
- Jak wszystko – szepczę do siebie. Wyraźnie go to oburzyło. Nie spodziewałam się tego, przecież „wszystko ma gdzieś”.
- Co? Jak to „wszystko”?
- Nic cię nie obchodzi.
- Ty mnie obchodzisz.


***


Uśmiech Sky’a zwala mnie z nóg. Za każdym razem, gdy na niego spojrzę, czuję, jakbym na moment umierała. Jakby mnie zabijał i jednocześnie wskrzeszał. Dawał nową nadzieję. Nowe życie.
- Layla – mówi, a motyle w moim brzuchu nie dają mi spokoju. Sposób, w jaki wypowiada moje imię jest przesiąknięty uczuciem. Jakby zwracał się do bogini. Litera po literze.
Badam wzrokiem jego usta.
- Sky – unoszę wzrok na jego oczy, ale niemal natychmiast wlepiam spojrzenie w ziemię. Śmieje się. Nie rozumiem, dlaczego. Najwidoczniej zauważa moje zmieszanie, bo po chwili tłumaczy, że rozśmieszył go sposób, w jaki wciąż się tak do niego zwracam.
- To twoja ksywka, nie? – upewniam się. Nie wiem, co zrobić z rękami. Bezwiednie bawię się swoimi palcami.
- Tylko ty mnie tak nazywasz – jego zawadiacki uśmiech wprawia mnie w zakłopotanie.
- Co? To dlaczego kazałeś mi tak do siebie mówić? – udaję zirytowaną albo może nawet nie udaję.
- Chciałem, żebyś nazywała mnie niebem.
Tracę grunt pod nogami.
- A teraz nazwę cię frajerem – rzucam żartobliwie, starając się utrzymać równowagę i nie dać po sobie poznać, jak wielkie wywarł tym na mnie wrażenie. Oboje zaczynamy się śmiać.
I wtedy po raz pierwszy. Wreszcie. Zaskakująco.
- Kocham cię – wyznaje z ogromną lekkością. Jakby rozmawiał o pogodzie. Nawet na mnie nie patrzy. Przez moment zastanawiam się, czy się nie przesłyszałam. Może mam coś nie tak ze słuchem albo głową. Wbijam wzrok w jezioro. Sky też. Moje serce wali jak młot. On jest niczym oaza spokoju.
Ja też.
Ja też go kocham.
Znamy się przecież tak krótko. Ale to przed n i m się otworzyłam. To o n mi pomaga. O n sprawia, że żyję.
Dla n i e g o.
Sky jest jak wulkan. Wybucha w najmniej oczekiwanym momencie. Różnica polega na tym, że on erupcją nie sprawia mi bólu. Jego wybuch to jakieś słowo lub gest, który totalnie mnie dezorientuje.
To jedna z rzeczy, za które go kocham.


***


Zakładam niebieską sukienkę i kurtkę, która wszystko psuje. Na dworze jest cholernie zimno, więc nie mogę wyjść bez niej. Wyglądam dość dziwnie. Całe moje nogi są widoczne, pomimo cielistych rajstop. No, może nie całe. Lewa noga wciąż opleciona jest cienkim bandażem. Mimo tego opatrunku nadal widać, że są chude jak patyki. I długie. Muszę przyznać, że całkiem mi się podobają. Oczywiście pomijając bliznę. Z drugiej strony jednak chciałabym trochę przybrać na wadze. W szkole nazywają mnie wieszakiem. Nie jest to wyszukana obelga, ale i tak to boli. Nie mam kobiecych kształtów, jestem po prostu okropnie chuda. Wcale się tym nie przejmowałam, aż do czasu, kiedy jakiś chłopak nazwał mnie deską. To naprawdę mnie zabolało, choć przecież nie powinno.
Sky dzwoni do drzwi dokładnie o szesnastej osiem. Zawsze spóźnia się o o s i e m minut.
- Cześć – rzuca, omijając mnie wzrokiem. W ogóle na mnie nie patrzy.
- Hej – odpowiadam z uśmiechem, nie jest on niestety szczery. – Zawsze się spóźniasz – dodaję niby w żartach.
- A ty zawsze czekasz.
Rumienię się. Jestem tego pewna, bo moje policzki pieką, a Sky delikatnie się uśmiecha.
- Nie mam wyjścia – tłumaczę się. Nerwowo pociągam za nitkę, która wychodzi z mojej kieszeni. Wyrywam ją.
- Zawsze masz wyjście – oświadcza – ale za każdym razem wybierasz czekanie na mnie.
Jest całkowicie poważny. Coraz bardziej wydaje mi się, że to świr, który uciekł z jakiegoś szpitala psychiatrycznego. Jego oczy płoną. Dostrzegam w nich szaleństwo. Nigdy w życiu nie widziałam podobnych. Są niesamowite. Duże. Piwne. Szkliste. Czyste. Kosmiczne. Najpiękniejsze oczy świata. Gdybym mogła, patrzyłabym na nie do końca moich dni.
Przeraża mnie sposób, w jaki myślę o tamtym chłopaku.
- Ile masz lat? – pyta nagle ni stąd, ni zowąd.
- Prawie siedemnaście – odpowiadam z wcale nie udawaną dumą.
- Jesteś starsza – uśmiecha się. Jakby wiedział o tym od dawna. Ciężko mi w to uwierzyć. Prawdopodobnie kłamie. Może nawet nie ma na imię David.
Może nie istnieje.
- Serio? – pytam z nieskrywanym zdumieniem. Przecież prowadził samochód.
- Nie skończyłem jeszcze szesnastu lat. W sumie to…
- Skąd masz prawo jazdy? – przerywam mu, czując skurcz w żołądku.
- Nie mam.
O Boże. Jechałam z nim samochodem. Nie jego samochodem. Nie wiadomo nawet czyj jest lub był ten samochód. Mogliśmy zginąć.
- Sądziłam, że jesteś starszy. Ja za kilka dni mam urodziny – nie chcę podawać mu daty.
Sky wybucha śmiechem. Nie widzę w tym jednak nic zabawnego.
- Skończę te pieprzone szesnaście lat dopiero we wrześniu. Jeszcze szmat czasu.
On musi żartować.
To przecież niemożliwe.
- Dzieciak – uśmiecham się. Odpinam kurtkę, nagle zrobiło się strasznie gorąco.
- Wiesz co? – pyta po jakimś czasie.
- Nie wiem, oświeć mnie.
- Brzydko ci w tej sukience – stwierdza. – Ale nie waż się jej ściągać – dodaje. Moje serce przyspiesza.
Chyba naprawdę się w nim zakochałam.
Sky bez słowa odwraca się i podchodzi do krawężnika.
- Idziesz? – rzuca pytanie w przestrzeń, usilnie ignorując moją obecność. Niepewnie podążam za nim. Przez dłuższy czas idziemy w milczeniu, zajęci własnymi myślami. Od czasu do czasu rzucam mu spojrzenia z ukosa. W jego uszach dostrzegam małe białe urządzenia. Słuchawki. Pewnie nawet by nie zauważył, gdybym teraz wróciła do domu.
- Po co to robisz? – mamroczę, bardziej do siebie niż do niego. Otwarcie przyznał, kim jest, a teraz wygląda, jakby spotykanie się ze mną było dla niego irytującym obowiązkiem. Jeśli tak mu przeszkadza moja obecność, to niech w końcu zostawi mnie w spokoju.
W głębi duszy liczę jednak na to, że ta chwila nigdy nie nastąpi.
- Już ci mówiłem – na dźwięk jego głosu niemal się przewracam. Nie mógł mnie usłyszeć. – Mam w życiu cel. – Zerka na mnie znacząco. – I zamierzam go osiągnąć.
Spuszczam wzrok. Znów zaczęłam mieć nadzieję. Ale na co ja właściwie liczę?
- Dlaczego ja? – pytam, ale nie zwracam się do niego. Patrzę w przestrzeń, jakbym pytała samego Boga. Prawdopodobnie tylko on zna odpowiedź na to pytanie. Nigdy mi nie odpowiada.
- A dlaczego akurat mój samochód? – odpowiada pytaniem na pytanie. Robi to coraz częściej.
- Przypadek – oznajmiam wrednym uśmieszkiem. On mnie niezwykle irytuje, ale z drugiej strony ta jego tajemniczość mnie pociąga. Chcę zajrzeć w głąb jego duszy.
- Sama sobie odpowiedziałaś – rzuca. Miękną mi nogi.
Więc to tylko przypadek, że teraz się ze mną spotyka. Nigdy nie chciałam myśleć o naszym pierwszym spotkaniu w taki sposób. Dla mnie to było jak dar losu.
Przeznaczenie.
Dla niego – przypadek. Na moim miejscu mogłaby być jakakolwiek inna dziewczyna. Nie robiłoby mu to żadnej różnicy.
Przypadek.
Staram się ignorować jego tak samo, jak on ignoruje mnie. Wyciągam z kieszeni telefon, ale po chwili znów go chowam. Kiedy on jest w pobliżu, kiedy czuję jego bliskość i zapach, nie mogę się w żaden sposób skupić. Rozprasza mnie.
Zapinam kurtkę. Napięcie, które było między mną a Davidem dawno już zniknęło. Teraz została tylko pustka. Cisza.
Zapomnienie.
- Gdzie idziemy? – pyta chłopak, jakby przypominając sobie o moim istnieniu. Spoglądam w jego stronę lekko zdezorientowana.
- Myślałam, że masz jakiś pomysł – mamroczę pod nosem, a on gwałtownie się zatrzymuje.
- Naprawdę to ja muszę o wszystkim myśleć? – jest zły. Bardzo. – Związek to praca zespołowa. Nie będę wszystkiego robić za ciebie.
- Związek? – dociera do mnie tylko to jedno słowo.
- Nie wyobrażaj sobie za dużo.
- Sam to powiedziałeś – mówię z oburzeniem. Wkurza mnie to, co robi. Przesadza, powoli robi się chamski. Bardziej niż wcześniej.
O Boże.
- Nic takiego nie mówiłem – jest śmiertelnie poważny. Biorę głęboki oddech. Przy nim brakuje mi tlenu, jakby zabierał całe powietrze wokół.
Chcę go uderzyć.
- Nie znam zbyt wielu miejsc, w które moglibyśmy pójść – mruczę, odwracając wzrok i starając się zmienić temat.
- Nie dziwię się – prycha chłopak. – Na twoje szczęście jestem obeznany w tego typu sprawach.
Cały czas o tym mówi. Cały czas stara się udowodnić, że jest ponad mną. Czemu? Przecież i bez tego jest święcie przekonany o swojej niezwykłości. Dlaczego mówi, że jesteśmy w związku, a chwilę później się wszystkiego wypiera?
- Znam idealną miejscówkę – nakręca się. – Na pewno ci się spodoba – jego oczy błyszczą, jest totalnie podekscytowany. Moje serce razem z nim.
Idziemy przed siebie w milczeniu. Nie mamy o czym rozmawiać. Raczej rzadko rozmawiam z kimś poza Sam. Jestem z reguły zamknięta w sobie i nigdy nie wiem, co powinnam powiedzieć.
I tak nikt by mnie nie zrozumiał.
Szczególnie ktoś taki, jak on.
Myślę o wszystkim. O Jane i jej z pozoru niedostępnym sercu. O Angeli i jej nieznanym mi wnętrzu. O moich rodzicach. Byleby nie myśleć o nim. Tak na wszelki wypadek, gdyby czasem czytał mi w myślach.
- Wieje – mówi nagle z powagą w głosie.
- Jesteś cholernie spostrzegawczy – przygaduję mu. Jest dziwny, ale dzięki temu ciekawszy. Powoli przyzwyczajam się do jego nieobliczalności, ale z drugiej strony… Czy można przyzwyczaić się do kogoś, kto wciąż zaskakuje?
- A ty nie śmieszna.
- To nie miało być śmieszne.
- I dobrze.
Kolejne tysiąc sekund w milczeniu.
Chyba do siebie nie pasujemy.
Sky przyspiesza. Początkowo idę w swoim tempie, ale po jakimś czasie zrównuję się z nim. Mam ogromną nadzieję, że nie chce się ścigać. Nie jestem dobra w bieganiu. Szczerze mówiąc mój bieg ciężko nazwać biegiem. Robię z siebie idiotkę na każdej lekcji wychowania fizycznego.
- Poznaję to miejsce – wyrzucam z siebie. Jestem kompletnie zdezorientowana. Już tu kiedyś byłam.
- Cóż się dziwić. Niezła z ciebie pływaczka – śmieje się. Ze mnie.
- Mieliśmy nigdy nie wspominać o tamtym incydencie – upominam go. Nienawidzę, kiedy ktoś przypomina mi o moich wypadkach.
- Przepraszam – mówi tylko.
Sposób, w jaki wypowiada to słowo całkowicie zwala mnie z nóg. Całe szczęście niedosłownie.
- Jak to możliwe, że tak szybko tu dotarliśmy? – pytam, rozglądając się dookoła.
- Znam całkiem fajne skróty.
I znowu mam przed oczami ten piękny krajobraz. Tym razem jednak nie śnię. Jestem tu. Jezioro wygląda tak cudownie, gdy jest skute lodem, że mam ochotę znowu uwiecznić ten widok. Nie chodzi mi wcale o zrobienie zdjęcia. Chciałabym to namalować. Gdybym tylko umiała.
- Podoba ci się? – pyta z troską w głosie. Zerkam na niego jednym okiem. Wciąż na mnie patrzy.
- Tak, podoba mi się – odpowiadam najmilej, jak tylko się da. Obejmuje mnie. Tracę oddech. Jego dłoń na moim biodrze. Może tam zostać już na zawsze.
Lubię patrzeć w jego oczy. Bardziej od czegokolwiek innego. Chyba mogę to nazwać moim ulubionym zajęciem. Gdybym tylko mogła wiecznie przypatrywać się jego oczom, nie robiłabym nic innego. Pomijając oddychanie. Musiałabym oddychać, żeby żyć, a chciałabym żyć chociażby po to, żeby móc podziwiać jego oczy. Problem w tym, że kiedy jest blisko mnie, tracę całe powietrze. To on się nim staje.
Trochę się chwieję, kiedy Sky nagle siada na śniegu.
- Przydałaby się jakaś ławeczka – oznajmia poważnym tonem. Uwielbiam jego głos.
- Jesteś chory – stwierdzam. Przez chwilę chcę usiać obok niego, ale szybko się wycofuję. – A w każdym razie na pewno będziesz, jeśli nie wstaniesz z tej ziemi.
- Nie jest tak źle – mówi, po czym prostuje nogi. Stoję obok, patrząc na niego z politowaniem. To dobrze, że nie jest normalny. Gdyby był, pewnie nie spotkałabym go tamtego dnia. Wyciąga do mnie rękę. Bez wahania podaję mu swoją. Szybko przekonuję się, że to nie był dobry pomysł. Sky przyciąga mnie do siebie. Tracę równowagę i upadam na niego całym swoim ciałem. Leżę na nim, a on najwyraźniej nie ma nic przeciwko. Nie chcę wstawać. Chłopak przytula mnie, jakbym była porcelanową lalką, jakby chciał mnie chronić. Przyciskam głowę do jego klatki piersiowej. Wdycham jego oszałamiający zapach. Raj dla moich nozdrzy. Serce Sky’a znajduje wraz z moim wspólny rytm. Po chwili nie wiem, które bije w mojej piersi. Mijają minuty, godziny i dni, nim chłopak się porusza.
- Wygodnie ci? – pyta.
Nigdy w życiu nie było mi wygodniej.
- Nie – odpowiadam ze śmiechem. Robi się niezręcznie. Na samą myśl o tym, że nasze ciała są tak blisko siebie, drętwieję. Dziwny strach wypełnia moje wnętrze. Nie jestem w stanie tego zrozumieć. Nikt nie jest.
Sky nie przejmuje się krytyką. Jest pewny siebie i nie obchodzi go to, co myślą o nim inni. Nic go nie obchodzi.
Ty mnie obchodzisz.
Zależy mu tylko i wyłącznie na sobie i swoim szczęściu.
Mruży oczy.
- Za biało – rzuca. – Aż razi.
Ma rację. Tej zimy spadło naprawdę wiele śniegu. Nie pamiętam, kiedy ostatnio widziałam tyle bieli. Wkrótce wszystko się jednak zmieni. Już tak niewiele brakuje. Śnieg stopnieje, odkryje trawę, kwiaty, a także nas – ludzi. Kurtki schowamy do szafy, zimowe buty ciśniemy w kąt. Zapomnimy o nich na pół roku, ciesząc się słońcem. Szkoda tylko, że sami nie możemy tak zniknąć. Schowałabym się gdzieś daleko, z dala od ludzkiej pamięci i pogrążyłabym się we własnych wspomnieniach. Zasnęłabym wśród nich, nikt i nic nie byłoby w stanie mnie obudzić. Nawet sam o n.
- Wkurza mnie to , że tak mało mówisz – przerywa moje rozmyślania.
- Niby dlaczego? – wstaję z niego. Jakkolwiek dziwnie to brzmi.
- Lubię słuchać twojego głosu – stwierdza. To jedno zdanie sprawia, że moje serce zostaje podpalone. Ogień rozprzestrzenia się po całym moim ciele. Płonę. I mam ochotę znów się na nim położyć.
Czy on robi to specjalnie? Jest w stanie w jednej chwili mnie podpalić, a w drugiej zgasić. Jest w stanie sprawić, że się ucieszę, a wystarczą dwie sekundy, by doprowadził mnie do płaczu. Jest w stanie mną manipulować.
- A ja nie lubię – mówię cicho, ale on oczywiście usłyszał. Uśmiecha się i splata dłonie na karku. Staram się za wszelką cenę nie patrzeć w jego stronę. Kątem oka zauważam skrawek podwiniętej koszulki i nagi kawałek umięśnionego brzucha. Ogień we mnie wzmaga się jeszcze bardziej.
- Dlaczego? – pyta niby obojętnie, ale w jego oczach dostrzegam iskierki. – Przecież jest słodki.
Kiedyś na szkolnym korytarzu minął mnie jeden z członków drużyny footballowej, obiekt westchnień większości uczennic. Sam kilkakrotnie próbowała do niego zagadać, ale skutecznie ją spławiał. Tamtego dnia uśmiechnął się do mnie i musnął dłonią nagą skórę na moim ramieniu. Cała się gotowałam, nie mogłam pozbierać myśli.
Sky’owi wystarczy jedynie słowo, spojrzenie czy uśmiech, by doprowadzić mnie do takiego stanu. Sama jego obecność tak na mnie działa. Nie mam pojęcia, jak on to robi.
Chcę się odwrócić. Uciec jak najdalej. Ale jego oczy trzymają mnie tu, pętają niewidzialnymi łańcuchami. Czynią mnie więźniem jego duszy.
- Nie zimno ci? – pytam, mając nadzieję, że nie będzie drążył kwestii mojego głosu. Chcę odwrócić jego uwagę ode mnie. Po jego szerokim uśmiechu wnioskuję, że nie będzie to proste zadanie.
- Jak tu do mnie wrócisz, to już nie będzie.
Niemożliwe. Myślałam, że moje ciało osiągnęło temperaturę krytyczną już kilka sekund temu. Jednak się myliłam
- Zawstydzam cię? – pyta ze śmiechem chłopak, wskazując na moją ponadnaturalnie czerwoną twarz. Jestem jak kukiełka w jego rękach.
- To przez mróz – tłumaczę się, co jedynie pogarsza moja sytuację. Sky unosi lekko prawy kącik swoich zmysłowych ust.
 - Nie potrafisz kłamać – wzdycha i podnosi się ze śniegu. –Jestem cały mokry. Masz może ręcznik?
Prycham.
- Tak. Każda normalna dziewczyna nosi przy sobie ręcznik na wypadek takiej okoliczności. Może chcesz jeszcze szampon do tego?
- Ale ty nie jesteś normalną dziewczyną – zauważa, a ja od razu milknę. – Sama to przyznałaś.
Spuszczam wzrok i zaciskam dłonie w pięści. Czy on pamięta w s z y s t k o, co kiedykolwiek do niego powiedziałam? Z jednej strony bardzo wiele to dla mnie znaczy. Z drugiej jednak…
- Kocham cię – oznajmia.
Te słowa płyną z jego ust jak rwąca rzeka. Wpadam do niej i całkowicie poddaję się nurtowi. Chcę mu powiedzieć, że też go kocham. Chcę to wykrzyczeć całemu światu. Chcę. W rezultacie milczę. Nie obchodzi go to. Założę się, że gdybym mu odpowiedziała, zachowałby się tak samo, jak teraz. Moje słowa nic by nie zmieniły. Nigdy nie zmieniają.
- „Żadna noc nie może być aż tak czarna, żeby nie można było doszukać się choć jednej gwiazdy. Pustynia też nie może być aż tak beznadziejna, żeby nie można było odkryć oazy. Pogódź się z życiem, takim jakie ono jest. Zawsze gdzieś czeka jakaś mała radość. Istnieją kwiaty, które rosną nawet w zimę” – Sky wypowiada te słowa z nieprawdopodobną lekkością. Jakby powtarzał je sobie każdego ranka zaraz po przebudzeniu. Phil Bosmans. Nie sądziłam, że Sky kiedykolwiek usłyszał to nazwisko, a co dopiero, że zacytuje jego słowa.
Oniemiałam.
- Chcesz tu zostać? – pyta, spoglądając w moją stronę.
Chcę, żebyś t y został. Żebyś został na zawsze.
- Obojętnie – odpowiadam. Kłamię.
- Nie udawaj, że ci na mnie nie zależy – mówi. – Gdyby tylko zaszła taka potrzeba, wskoczyłabyś za mną w ogień.
Ma racje. Ma całkowitą racje. Niestety.
- Chciałbyś – rzucam oschle. – Patrzyłabym z przyjemnością na to jak pożerają cię płomienie ognia – uśmiecham się słodko.
Sky wybucha śmiechem. On dobrze wie, że żartuję. Zna mnie na wylot. Szkoda tylko, że ja nie znam jego.
- Niedługo sylwester. W sumie to organizuję niewielką imprezę, na którą właśnie zostałaś zaproszona. Wpadniesz, nie?
Przełykam głośno ślinę. Robię to odruchowo, choć pewnie i tak wyszło na to, że stresuję się w jego obecności. Może tak właśnie jest. Sky nie zwraca na to uwagi, a przynajmniej tak mi się wydaje. Kto jak kto, ale on jest świetnym aktorem. Gdybym tylko mogła w tym momencie zniknąć i pojawić się gdziekolwiek indziej...
- To milczenie ma oznaczać, że z wielką chęcią wpadniesz i bardzo dziękujesz za zaproszenie?
- Nie, nie mam ochoty spędzać z tobą sylwestra. Mam swoje towarzystwo.
- Masz na myśli siebie?
- Tak, spędzę sylwestra sama ze sobą. Będzie cudownie. Na pewno lepiej, niż gdybym miała być wtedy z tobą, egoisto.
- Egoisto? – Sky unosi wysoko brwi. Pominę to, że wygląda nieziemsko. – Przecież cię zaprosiłem. To ty mi odmawiasz.
- Nie odmawiam – wyrywa mi się. Spoglądam na niego. Uśmiecha się miło i łagodnie, zupełnie inaczej niż zwykle. Jest taki spokojny, opanowany. Czuję się przy nim bezpiecznie.
- W takim razie czekaj na SMS-a z adresem.
Dziwnie się poczułam. Wolałabym raczej, żeby sam po mnie przyszedł.
Nikt nigdy się o mnie nie starał.
- Nie możesz podać mi adresu teraz?
- Nie, jeszcze nie wiem gdzie to będzie. Dopiero planuję. Chciałem, żebyś była pierwszą osobą, którą zaproszę.
Nagle moje serce przyspiesza. Bije dwa razy szybciej. Dwa razy mocniej. Tracę zmysły, gdy tylko znajduje się w pobliżu. Zupełnie głupieję. Oszalałam z miłości do niego. Miłości tak żywej, tak prawdziwej, że aż nierealnej. Miłości tak prostej, a zarazem skomplikowanej.
Z miłości. Po prostu.
- Wydało się. Niczego bardziej nie pragniesz od tego, aby spędzić ze mną sylwestra. Zgadza się? – pytam żartobliwie. My ciągle żartujemy.
- Zgadza.
To jedno słowo jest tak bardzo przepełnione powagą, że aż przez moment myślę sobie, że zostało wypowiedziane szczerze. Moje własne myśli próbują mnie zniszczyć. Chcą, żebym na zawsze opuściła Laylę. Tę dawną Laylę.
Laylę, która nie chciała się zakochać.
Laylę, która tego nie potrzebowała.
Laylę, której nawet przez myśl nie przeszło, że ktoś kiedyś zrobi na niej takie wrażenie.
Laylę, która wiecznie się nad sobą użalała.
Laylę pełną nienawiści, pełną cierpienia i strachu.
Kolejny raz patrzę w jego oczy i kolejny raz tracę oddech. Mam tego dość. Myślę o jego zniewalającym spojrzeniu, o idealnych rysach, potarganych włosach. Zastanawiam się, jak smakują jego zmysłowe usta.
Przerywa mi jego telefon. Ktoś do niego dzwoni. David spogląda na mnie, jakby pytał czy może odebrać. Odwracam wzrok.
- Halo?
Jest niepewny. Znów na niego patrzę. Wytężam słuch. Chciałabym wiedzieć z kim rozmawia i czego ta rozmowa dotyczy. Po jego minie widzę, że chodzi o coś ważnego. Zamknął oczy i słucha z uwagą, wygląda na skupionego. Nie ośmielam się odezwać. Kątem oka widzę, jak zaciska dłoń w pięść, jak stara się opanować.
- Dobrze, zrozumiałem.. Tak.. Tak, obiecuję.. Cześć - rozłącza się z westchnieniem opiera się o pobliskie drzewo. Waham się przez chwilę, czy nie przerwać krępującej ciszy, kiedy to on odzywa się pierwszy. – To moja matka. Muszę już iść.
Matka. Nigdy nie wspominał o swojej rodzinie. W pewnym momencie sądziłam, że może jest sierotą, ale najwyraźniej się myliłam. Kiwam jedynie głową i wzrokiem odprowadzam jego sylwetkę, która po chwili rozpływa się wśród gałęzi krzewów.

Ludzie odchodzą. Nie zawsze od razu, czasem potrzeba czasu. Trzeba poczekać. Ale odchodzą. A najgorsze jest to, że się do nich przywiązujemy. Myślimy, że skoro są, to i będą. Nic bardziej mylnego. Wkrótce przecież stajemy się nie do zniesienia. I mają nas dość. Porzucają jak zbędne kilogramy. Tak, wbrew pozorom jest to trafne określenie. Bo tak jak nadwaga – jesteśmy ich własnością. Własnością, która z czasem staje się zupełnie niepotrzebna lub wręcz niszczy życie. Chcą czuć wolność. Myślą, że będzie im lżej, więc chcą się pozbyć tego, co już zdążyło się przyzwyczaić. Pozbyć się części siebie. Zmieniając się całkowicie lub mniej, bo przecież nie można wszystkich wrzucać do jednego worka. No chyba że chodzi o zostawianie przyjaciół. Bo, jak wcześniej wspomniałam, wszyscy w końcu odchodzą. Czasem zdaje się, że więź jest zbyt silna, że to wszystko trwa zbyt długo. Nic z tych rzeczy. Jeśli ktoś chce odejść, to odejdzie i nic nie stoi mu na przeszkodzie. To boli, owszem, ale boleć musi. Wyrywanie kawałka serca prosto z klatki piersiowej po prostu boli. I nic nie da się z tym zrobić.
I chyba dlatego nie mam przyjaciół. Wciąż się boję. Żyję w strachu przed porzuceniem. Ale czy to ma sens? Jeśli ktoś nie chce kochać w obawie przed odejściem ważnej osoby, to tak jakby nie chciał żyć, bo boi się śmierci. Minuta miłości jest warta lat cierpienia.
Mogę umrzeć jutro, jeśli dziś będę kochała.
Definicja szczęścia.

Niepewnie wchodzę do ogromnego holu. Ogłuszająca muzyka odstrasza mnie już na samym wstępie. Dziwię się, że ci ludzie mogą rozmawiać w takich warunkach. A może oni w ogóle nie rozmawiają? Wystarczy im alkohol.
Dochodzi północ, 31 stycznia. Z Davidem nie widziałam się od ostatniego spotkania, kiedy nagle musiał się zbierać z rozkazu matki. Od tamtego czasu podesłał mi jedynie adres domu, w którym odbędzie się impreza i nic więcej.
Wolnym krokiem ruszam w głąb pomieszczenia. Każda wolna przestrzeń jest wypełniona ludźmi, tańczącymi w rytm muzyki i przekrzykującymi się nawzajem. U niektórych z nich dostrzegam zamglony od alkoholu wzrok. W pierwszej chwili jedyne czego pragnę, to uciec stąd jak najdalej. Ale wtedy zauważam Sky'a. Biała koszula kompletnie nie pasuje do jego demonicznej duszy. Włosy wydają się być jeszcze bardzie potargane niż zazwyczaj, a na jego twarzy gości zalotny uśmieszek. Poważnieje jednak, kiedy nasze spojrzenia się krzyżują. Czuję się trochę niezręcznie, gdy wzrokiem penetruje moje ciało. Mam na sobie srebrzystą dopasowaną sukienkę no ziemi z rozcięciem, biegnącym od prawego uda. Jest to jedna z nielicznych kiecek, która zakrywa bliznę na lewej nodze. Cała wręcz błyszczę, a to zdecydowanie nie jest w moim stylu. A przynajmniej nie było. Zwykle nie lubiłam się wyróżniać, choć bardzo prawdopodobne jest to, że po prostu nie umiałam. Dzięki niemu zyskałam pewność siebie. Dodał mi skrzydeł. Nigdy wcześniej nie czułam tej lekkości.
Kiedy jednak Sky powoli zbliża się do mnie, ledwie mogę utrzymać się na nogach.
- Ciszę się, że w końcu założyłaś coś normalnego - mówi na powitanie i wyciąga w moją stronę kieliszek z szampanem. - Fajnie, że przyszłaś.
Nie okazuje emocji. Ma obojętny wyraz twarzy. Szkoda, że mnie okłamuje. Tak naprawdę jestem tylko jedną z wielu. Jestem jednym z celów.
- Szczerze mówiąc, to chcę już iść - stwierdzam z powagą. To miejsce jest ostatnim, w którym chcę teraz być.
- Wyluzuj. - Chłopak posyła mi anielski uśmiech. - Jesteśmy tu, żeby się bawić i razem świętować nadejście nowego roku, a ty kwasisz atmosferę.
Już mam mu odpowiedzieć, kiedy nagle otacza nas tłum dziewczyn. Niektóre z nich mają sobie tyle ubrania, ile przeciętna prostytutka.
- David - zaczyna jedna z nich, lekko trącając go biodrami. - Ile jeszcze mamy czekać? Lily zdążyła opróżnić jedną z butelek. Impreza nie może trwać bez ciebie.
Siłą woli powstrzymuję się od rzucenia się na nią. Przecież on rozmawia ze mną, a nie z nimi. Poza tym to nie żaden David, tylko Sky. Mój Sky.
- Jeszcze chwilkę wytrzymasz - uspokaja ją chłopak i znów na chwilę skupia uwagę na mnie. - Jeśli będziesz chciała do nas dołączyć, to będziemy w pokoju obok.
I w towarzystwie rozchichotanych dziewczyn znika mi z oczu.
Nie. Z pewnością  nie dołączę do n i c h.
Głośna muzyka rozrywa moje wnętrze. Nie słyszę niczego, poza nią. Rozglądam się, chcąc w spokoju oswoić się z tym miejscem. Wnętrze pałacyku urządzone jest iście po królewsku. Niewielkie kolumienki podtrzymują ozdobne sklepienie. Na ścianach wiszą malowidła warte więcej niż cała willa Jane. Cały ten dom ma w sumie ponad 150 pokoi, a nawet nie wiem, do kogo należy. Będąc w tym domu, można by się czuć, jak w średniowiecznych czasach królów i królowych. Przeszkodę stanowi ogłuszająca muzyka, kolorowe światła i unoszący się w powietrzu swąd papierosowego dymu.
Naglę odczuwam wielką potrzebą ucieczki stąd i schowania się. Przeciskam się między spoconymi, tańczącymi ciałami na drugi koniec pomieszczenia. Ogromnymi schodami z rzeźbioną poręczą docieram na piętro. Gdybym tylko mogła, wyskoczyłabym przez okno. I naglę rozumiem. Mogę. Rozglądam się po korytarzu. Muzyka dociera tutaj lekko przytłumiona. Pod ścianą siedzi jakiś chłopak. Ma zwieszoną głowę, a po odgłosach chrapania wnioskuję, że śpi. Na piętrze dom wygląda normalnie. Żadnych kolumien, żadnych drogich obrazów ani dywanów. Zamiast tego jest tu mnóstwo różnych drzwi. Bez namysłu otwieram jedna z nich.
Jest zbyt ciemno, żebym mogła dostrzec wszystkie szczegóły tego pomieszczenia. Upiorny blask księżyca nadaje wszystkiemu przerażający wygląd. Ostrożnie wchodzę do środka i zamykam drzwi za sobą. Teraz muzyka całkowicie ucichła.
Rozglądam się dookoła. Pokój wygląda na gabinet zapracowanego człowieka: biurko, stojące w rogu jest zawalone papierami, niedopita kawa wciąż czeka na swojego właściciela, a książki niedbale leżą w pobliżu regału. Uśmiecham się delikatnie. Przed oczami staje mi obraz zmęczonego ojca, który całymi dniami siedzi tu i pracuje, ale kiedy tylko słyszy płacz syna, rzuca wszystko, żeby go wesprzeć. Nikt go nie docenia, żona oskarża go o ciągłe siedzenie w gabinecie, dzieci nienawidzą go za to, że nie ma dla nich czasu. Jednak on robi wszystko, co w jego mocy, żeby nie utracić tego, na co zapracował dla swojej rodziny.
Podchodzę do przeszklonych drzwi, wychodzących na taras. W pierwszej chwili trochę się boję je otworzyć, jednak potrzeba jest silniejsza od strachu. Powoli wychodzę na taras i aż wzdycham z rozkoszy, kiedy szuję na twarzy powiew nocnego wiatru. Jak na sylwestra jest tutaj dość cicho. Żadnych wystrzałów, krzyków ani hałasów. Zapach wieczoru otacza całą mnie, porywając w zupełnie inny świat. W tym momencie mogłabym tańczyć, śpiewać i śmiać się jednocześnie.
Powoli podchodzę do barierki i opieram się o nią. Jest zimna. Zupełnie jak serce Sky'a. Znów uciekam myślami do jego oczu, wpatrzonych w moje. Do jego uśmiechu, przeznaczonego tylko dla mnie. Do jego dłoni, powoli oplatających się wokół mojego ciała. Zamykam oczy i zaciskam dłonie w pięści. Nawet samej siebie nie potrafię okłamać. On tak naprawdę niczego dla mnie nie zrobił. On to robi dla s i e b i e. Już mam wrócić z powrotem do środka, kiedy mój wzrok przyciąga drabina. Pewnie prowadzi na dach. Nigdy nie byłam na dachu, a teraz mam okazję to zmienić. Prawie wybucham śmiechem, zdając sobie sprawę z tego, o czym teraz myślę. Zamiast wciąż wyzywać Davida od najgorszych, myślę o tym, jakie to by było uczucie, gdybym akurat w tym momencie stanęła na dachu. Powstrzymuję się jednak i nawet się nie uśmiecham. Zamiast tego podchodzę do drabinki i zaczynam powoli wspinać się na górę. Szczeble drabiny są równie zimne, jak barierka. Ostrożnie stawiam na nich stopy, coraz bardziej zbliżając się ku ich szczytowi. Moje myśli i dusza znów uciekają do widoku tych wszystkich dziewczyn, z którymi odszedł. To boli bardziej, niż kiedy spojrzał mi w oczy i powiedział, że mnie kocha. To kłamstwo zniszczyło mnie całą, a teraz czuję to ze zdwojoną siłą. Smutek przytłacza mnie tak bardzo, że aż zatrzymuję się w miejscu. Nie mogę iść dalej. Nie mogę piąć się w górę, kiedy on jest tam, na dole. Ciągnie mnie ku ziemi, choć z nim mogłabym sięgnąć gwiazd. Mogłabym być dla niego każdym. Dla niego zmieniłabym się. Na zawsze. Wystarczyłoby słowo, a na zawsze byłabym jego. Tyle że on tego słowa nigdy nie powie. Staję na dachu. Chyba jeszcze nigdy nie byłam tak wysoko. Spoglądam na ludzi wracających szybko do domu, żeby razem z rodziną świętować nadejście nowego roku. Marszczę brwi i staram się skupić na gwiazdach, świecących nad moją głową. Mogłabym przysiąc, że tworzą serce, które co chwilę rozświetla coraz jaśniejszym blaskiem. Przecieram z niedowierzaniem oczy i spoglądam znowu. Serce zniknęło. To było do przewidzenia. Nagle niebo przecina smuga. Spadająca gwiazda. Skupiam się na niej tak mocno, jak tylko mogę i w myślach wykrzykuję marzenie. Chcę być kochaną. Prawdziwie kochaną.
Kiedy gwiazda znika, po raz kolejny tego dnia tracę nadzieję. W tym właśnie momencie czuję czyjeś dłonie na mojej talii i czyjś głos tuż przy moim uchu.
- Kocham cię.
Tracę oddech i zdolność jasnego myślenia, choć to drugie straciłam już bardzo dawno temu. Ramiona Sky'a otaczają mnie wolno, delikatnie. Mam wrażenie, że głaszcze mnie jedynie wiatr. Chłopak wtula twarz w moje włosy.
- Kocham cię - powtarza, a ja mu wierzę. Moja wolna wola znów mnie zawodzi.
Nie mówię nic. Z resztą jak zwykle, kiedy jest w pobliżu. Odbiera mi wszystko, co mi zostało. Teraz jestem tylko pustką.
Nagle David podnosi ręce i zakłada mi na szyję wisiorek. Podnoszę go na dłoni, żeby lepiej mu się przyjrzeć. Przy księżycu i gwiazdach wygląda jak zrobiony ze światła. W rzeczywistości to srebrny łańcuszek z małym serduszkiem. Na środku ma niebieski kryształek.
- To ty - wyjaśnia chłopak i uśmiecha się do mnie. Bierze moją dłoń i kładzie ją na swojej piersi. - Zawsze jesteś w centrum mojego serca.
Mogę krzyczeć, mogę błagać, żeby powtarzał to do końca świata. Zamiast tego odwracam się w jego stronę i spoglądam mu w oczy. Jego twarz aż jaśnieje. W złotych źrenicach dostrzegam błysk. Nie jest on jednak taki, jak zwykle. Tym razem jest on żywy. P r a w d z i w y. Taki, jakim powinien być od samego początku.
- Laylo... - Sam sposób, w jaki wypowiada moje imię doprowadza mnie do szaleństwa. Czy on wyobraża sobie, jak się teraz czuję?
- Tak? - pytam drżącym głosem. Przeklinam się w duchu za moją słabość. Słabość do niego.
Sky głaszcze ręką mój policzek i uśmiecha się jeszcze szerzej. Ten uśmiech sprawia, że jest tysiąc razy seksowniejszy niż sekundę temu.
- Kocham cię - szepcze. - Kocham cię całym sercem, całą duszą. Całym sobą.
- A co z tą częścią, która wciąż jest z tymi dziewczynami na dole? - Nie mogłam się powstrzymać. Po co to mówi, skoro wszyscy wiedzą, że to kłamstwo?
- Tamta część zniknęła, kiedy zobaczyłem cię tutaj, jak stoisz i patrzysz w gwiazdy. Tamten ja zniknął. I jak na razie nie ma zamiaru się pojawiać.
Staram się znaleźć na jego twarzy jakiekolwiek oznaki kłamstwa. On jednak wpatruje się we mnie z nadzieją i chęcią akceptacji.
Czuję, że powoli tracę grunt pod nogami.
- Skąd mogę wiedzieć...
- Zaufaj - przerywa mi David, nie odrywając ode mnie wzroku. Jest natarczywy, wręcz zdesperowany. Jak to możliwe, skoro jeszcze kilka minut temu olał mnie dla grupy dziewczyn? Mam tyle pytań i żadnej odpowiedzi.
Znów milczę. Jedne, co mogę teraz zrobić, to pokręcić przecząco głową. Sky robi krok w tył, wypuszczając mnie z ramion. A na jego twarzy po raz pierwszy pojawia się smutek. Jego oczy tracą blask, a twarz staje się mroczniejsza.
- Dlaczego? - pyta, a ja mogłabym przysiąc, że przez chwilę w jego oczach zabłysły łzy. To jego kolejne oblicze. Już przestałam je liczyć, jest ich zbyt dużo.
- Sky, ja...
Wtedy chłopak podchodzi do mnie i całuje mnie w policzek. Ktoś mógłby pomyśleć, że to po prostu całus, nic wielkiego. Ale dla mnie jest to spełnienie marzeń. Gdyby chciał, mógłby pocałować mnie w usta. Ale tego nie zrobił i dlatego jest to najcudowniejsza rzecz pod słońcem.
Chyba naprawdę jestem inna.
- Posłuchaj mnie - głos Sky'a zmienia się z sekundy na sekundę. Teraz wyczuwam w nim skruchę i przeogromną nadzieję. Zapiera mi dech w piersi. - Nigdy nie chciałem zrobić ci krzywdy. Kiedy cię poznałem wydawałaś się taka krucha i... taka różna od wszystkich dziewczyn, jakie znam lub znałem. Nie wiedziałem jak się przy tobie zachowywać. Dopiero teraz zrozumiałem, że przez to, że się różnisz, inaczej czujesz. Wiem, że popełniłem straszny błąd, ale jeśli tylko mi pozwolisz, to naprawię go. Sprawię, że już nikt cię nie skrzywdzi. Że przy mnie będziesz czuła się bezpiecznie. Jeśli się zgodzisz, będę twoim najlepszym przyjacielem. Będę co noc myślał o tobie, bo gdy jesteś z dala ode mnie, nie mogę spać. Będę codziennie patrzeć w twoje oczy i robić wszystko, żebyś choć się uśmiechnęła. Bo tylko na tym mi zależy. Na twoim szczęściu i uśmiechu. Już do końca swoich dni będę przy tobie.
Sky kładzie dłonie na mojej talii.
- Zawsze.
Czuję jego zapach. Pachnie... świeżo. Myślałam, że będzie on przesycony odorem alkoholu i papierosów, ale nie. Czuję las. Nasz las. Ten, w którym się poznaliśmy. Mam wrażenie, że to było lata temu. Że tamte czasy dawno już minęły. Zamykam oczy i powoli wciągam nosem zapach drzew i igliwia. To najpiękniejszy zapach na świecie.
- Lay... Proszę cię... – znowu ta desperacja w głosie. Znowu czuję się winna temu bólowi, który odczuwa. Chwyta moją dłoń i przyciąga ją do ust. - Nie mogę żyć widząc, że jesteś smutna. Nie mogę istnieć w świecie, w którym nie ma twojego uśmiechu. Nie każ mi cierpieć. Ale jeśli odmówisz, jeśli nie odwzajemnisz tego uczucia, to będę czekał i codziennie przychodził pod okno twojego pokoju, czekając, aż się zgodzisz.
Wstrzymuję powietrze. Dlaczego tak mu zależy? Dlaczego pokazuje to dopiero teraz, kiedy postanowiłam sobie, że nigdy go do siebie nie dopuszczę?
Robię niepewny krok w tył. To wszystko dzieje się zbyt szybko. Nie nadążam za jego zmianami osobowości, kompletnie mnie ogłupiają. To tak, jakby żyły w nim dwie, zupełnie inne osoby. Jedna z nich to mój Sky, moje niebo, które oplata mnie ramionami i pozwala na kompletnie zatracenie się w nim i w jego cieple. Drugą natomiast jest David, chłopak, który niszczy mnie za każdym razem, kiedy się odezwie. Który traktuje mnie jak swoją zabawkę.
Jednemu ufam bezgranicznie. Drugiego chciałabym wyrzucić z mojego życia.
Jak mam rozpoznać, który jest który?
- Laylo – jego spokojny głos jeszcze bardziej mnie niepokoi. Jeśli podejdzie jeszcze trochę bliżej, zupełnie stracę zdolność trzeźwego myślenia. Jeśli jeszcze raz wypowie moje imię, nigdy go nie opuszczę. Kiedyś myślałam, że wiem, z czym mam do czynienia i że sobie z tym poradzę. Teraz niczego nie mogę być już pewna.
- Wiem, że mi nie ufasz – mówi cicho i puszcza moją dłoń. – Wiem też, że nie zasługuję na twoje zaufanie. Ale proszę, pozwól mi udowodnić, że wszystko, co teraz mówię jest szczere.
Nie mogę uspokoić własnego oddechu. Tak bardzo chcę mu powiedzieć. Wyznać, że uwierzę w każde jego słowo. Zapewnić, że zawsze będę przy nim. Nie wiem jednak, czy moje serce będzie w stanie wytrzymać kolejne spotkanie z Davidem.
- Chcę ci zaufać – zaczynam drżącym głosem i nareszcie znajduję w sobie odwagę, żeby spojrzeć mu w oczy. Gdzieś w oddali słyszę pierwsze wybuchy. Kolorowe iskry rozbłyskują na niebie, rzucając na twarz Sky’a tajemniczy blask i chowając jej część w cieniu. – Naprawdę bardzo tego chcę. Nie wiem jednak, czy jestem do tego zdolna… po tym wszystkim.
Chłopak uśmiecha się lekko. Tuż nad nami eksplodują czerwone fajerwerki. Mimo ogłuszającego huku dochodzą do mnie jego słowa.
- Udowodnię ci, że jestem tego godzien.
Czuję jego silne ramiona, oplatające moje ciało. Bicie jego serca zaraz przy moim. Nie wiem, jak to się wszystko skończy. Jak bardzo będę cierpieć, kiedy w końcu go stracę. Ale nie obchodzi mnie to. Tak długo, jak będzie przy mnie, mam zamiar się uśmiechać. Dla niego. Dla nas. Dla tego uczucia, które pojawia się za każdym razem, gdy on jest blisko i które jest nawet, kiedy go nie widzę. Będę się go trzymała. Będę wierzyła.
Będę kochała całym sercem.

Pod drzwiami domu staję koło trzeciej nad ranem. Cały ten czas staliśmy na dachu i wpatrywaliśmy się w niebo, które było wtedy zarezerwowane jedynie dla nas. Pochłonęło moją duszę i sprawiło, że zapomniałam o wszelkich wątpliwościach. Kocham Sky’a. Takim, jaki on jest. Nie chcę wiedzieć, jak to wszystko może się zakończyć. Jedynie on się teraz liczy. Moje własne niebo. Chłopak odprowadza mnie pod same drzwi domu, zostawia delikatny pocałunek na moim czole, po czym na dobre znika, zostawiając mnie sam na sam z moją miłością do niego. Z uśmiechem na ustach wbiegam do pokoju i rzucam się na łóżko. Cały dzisiejszy wieczór był jednym z najcudowniejszych w całym moim życiu. Uśmiech ani na chwilę nie schodzi mi z ust. Od tak dawna chciałam, by ktoś wypowiedział te słowa. By komuś na mnie zależało. On sprawił, że teraz jestem naprawdę szczęśliwa. Tak bardzo bym chciała mieć świadomość, że jego słowa były choć po części szczere. I choć nigdy tej pewności mieć nie będę, to zaufam mu. Uwierzę w to, co powiedział. A kiedy w końcu okaże się, że kłamał,  przynajmniej będzie żył ze świadomością, że to z jego powodu Layla umarła.
Wyglądam przez okno i nachodzi mnie nagle szalona myśl, żeby pobiec do Sam. Miałam do niej zadzwonić, obiecałam jej. Sięgam po telefon i zastanawiam się przez chwilę. Ostatecznie odkładam go na szafkę i zagrzebuję się w pościeli. Pewnie jest teraz na wpół przytomna. Nie chcę jej przeszkadzać. Poza tym postanowiłam, że przy następnej okazji powiem jej o moich uczuciach do Sky’a, a to nie jest temat do rozmowy telefonicznej. Pójdę do niej jutro rano i wszystko wyjaśnię. W ostateczności będę musiała wybrać między nią a Davidem. Nie jestem gotowa na podjęcie takiej decyzji.
Wbijam wzrok w sufit. Tyle rzeczy wydarzyło się w przeciągu zaledwie kilku dni. Mam wrażenie, jakby minęły miesiące. A to zaledwie tydzień. W przeciągu tygodnia zakochałam się do szaleństwa w chłopaku, o którym praktycznie nic nie wiem. Zaufałam mu, powierzyłam swoje serce. Wystarczył jebany tydzień. Kilka dni, żebym całkowicie zmieniła swoje przeznaczenie. Żeby on je zmienił. Przeczesuję palcami włosy i przymykam powieki. Czy gdybym tamtego dnia nie uciekła, nie poznałabym Sky’a? Czy gdyby nie to co, zrobił dyrektor Allons, to teraz nie myślałabym o jedynej miłości mojego życia? Wszystkie moje wybory, wszystkie te błędy doprowadziły mnie do tego miejsca. Uśmiecham się delikatnie. Czy gdybym wiedziała, że w przyszłości poznam Sky’a, to zgodziłabym się przeżyć całe cierpienie od początku? Znowu same pytania, których odpowiedzi są ukryte przed moim wzrokiem. Nim zdążę głębiej zastanowić się nad ich sensem, zasypiam, wtulona w poduszkę.

Jest zimno. Zimno i ciemno. Nie wiem, gdzie jestem ani co się dzieje. Moje serce bije jak szalone, za wszelką cenę chce uciec z piersi. Zaciskam dłonie w pięści i staram się uciszyć własny oddech. Nagle zza jakiejś zasłony dociera do mnie wiązka światła. Przenika przez biały materiał i sprawia, że zaczynam panikować. Wstrzymuję oddech i nasłuchuję. Do pokoju wchodzi kilka osób.
- Trafiła do nas kilka dni temu. Jest jeszcze roztrzęsiona i zdezorientowana – ciepły głos kobiety dochodzi z odległości paru metrów. Nie mam odwagi się poruszyć, materac pode mną w każdej chwili może zacząć skrzypieć.
- Rozumiem – znajomy głos wywołuje falę ciepła, która rozchodzi się po moim ciele. – Mimo wszystko nalegałabym na jak najszybsze uregulowanie dokumentów. Bardzo zależy nam na czasie.
- Oczywiście. Proszę się niczym nie martwić. Postaramy się wszystko uzgodnić jeszcze przed końcem tygodnia.
- Dziękuję – mogłabym przysiąc, że Jane się uśmiecha. Po chwili dochodzi do mnie odgłos zamykanych drzwi, a światło niknie, pogrążając mnie w ciemności. Ostrożnie wynurzam się spod kołdry i mrużę oczy. Kiedy mój wzrok w końcu przyzwyczaja się do mroku, rozglądam się po pomieszczeniu. Jest to niewielki pokój z łóżkiem, komodą, biurkiem i dwoma krzesłami. Upiorne białe ściany niemal oślepiają mimo iż jedynym źródłem światła jest świecący za oknem księżyc i blask lampy, docierający ze szpary pod drzwiami i oświetlający kawałek włochatego dywanu. Opadam ciężko na poduszkę, a z oczu zaczynają mi płynąć łzy bezsilności.
- Wiadomo, kto to zrobił? – przytłumiona rozmowa  zza ściany błyskawicznie przyciąga moją uwagę. Z duszą na ramieniu zrzucam z siebie pościel i na palcach podchodzę do drzwi.
- Ponoć była to wina starszego z dzieci – głos kobiety zdradzał jej zmęczenie. – Bawił się zapałkami i dopuścił do tragedii.
- W środku nocy? I komendant w to wierzy?
- Innych poszlak nie mamy. Dziewczynka jest zbyt roztrzęsiona i zdezorientowana. Wątpię, że to ona jest sprawczynią. Poza tym to jeszcze dziecko.
Głośne westchnięcie.
- Mimo wszystko to mocno podejrzane – posiadacz męskiego głosu ziewa przeciągle. – Zwłaszcza takie wszechobecne zainteresowanie tym dzieciakiem. Rozumiem, że pożar miał rozgłos, ale żeby wszyscy od razu chcieli jedną dziewczynkę?
- Zaraz po tym wypadku przyszła do nas kobieta, która rzekomo była ich opiekunką i domagała się natychmiastowej adopcji dziecka. Ludziom naprawdę chyba zaczyna odbijać.
- Mnie też zaraz odbije. Od rana jestem na nogach, a jutro mam jeszcze spotkanie. Będę się zbierał, do zobaczenia.
Błyskawicznie wskakuję do łóżka. Przeżywanie od nowa tego samego koszmaru to dla mnie męczarnia. Błyskawicznie powracają do mnie obrazy tamtych okropnych dni. Płonący dom. Wycie syren. Pełno nieznanych mi twarzy. Wylądowanie w Domu Dziecka. Wszystko miało przebiec sprawnie. Jane już po kilku dniach chciała mnie przygarnąć, ale był jakiś problem z dokumentami. W efekcie spędziłam tam kilka miesięcy. To była dla mnie katorga. Każdego dnia budziłam się bez jakichkolwiek chęci do życia w świecie pozbawionym radości. Może byłam jeszcze młoda, ale doskonale pamiętam tą pustkę, kiedy dowiedziałam się, że już więcej nie zobaczę mojej rodziny. Że wszyscy spłonęli tamtej nocy. I nie mogłam pojąć, dlaczego tylko ja jedyna przeżyłam. Dlaczego tylko ja nie podzieliłam ich losu i zostałam osamotniona. Wszystko się zmieniło dopiero wtedy, kiedy trafiłam do Jane. Zaopiekowała się mną. Miałam wrażenie, jakby naprawdę chciała mi pomóc, jakby rozumiała mój ból. Później spotkałam Sam i zobaczyłam, że nawet w czasie wielkiego smutku można dostrzec radość i szczęście.
Że ludzie potrafią zarówno miłość dawać, jak i ją odbierać.

Budzę się po kilku godzinach i już wiem, że nie będę w stanie ponownie zasnąć. Na dworze nadal panuje niemal całkowita ciemność, w oddali słychać nieliczne wystrzały petard. Siadam na łóżku i przecieram twarz dłonią. Wspomnienie wydarzeń nocy sylwestrowej wywołuje na mojej twarzy szeroki uśmiech. Wszystko to wydawałoby się być jedynie snem, dziecinnym marzeniem, nierealnym do spełnienia. Tymczasem ja przeżyłam to naprawdę. Naprawdę zyskałam to, czego całe życie mi zabraniano. Akceptację. Ciepło. Miłość.
Zeskakuję z łóżka i na ślepo zakładam na siebie to, co wpadnie mi w ręce. Sporadyczne rozbłyski iskier na niebie oświetlają mój pokój, pomagając mi się odnaleźć. Nie obchodzi mnie, która jest godzina ani czy ona śpi. Muszę ją zobaczyć, przytulić, wyznać wszystko. Miałam z tym zaczekać, ale teraz już wiem, że nie wytrzymam dłużej. Chcę jej powiedzieć o tym, że się zakochałam. O tym, że oddałam komuś serce. A tym kimś jest chłopak, którego kocha również i ona. Będzie krzyczała? Oznajmi, że koniec z naszą przyjaźnią? Wyrzuci mnie z domu? Prawdopodobnie tak, ale nie mam wyboru. Nie teraz, kiedy zaakceptowałam swoje uczucia. Jestem egoistką i chcę, żeby moja jedyna przyjaciółka wiedziała, że nie zamierzam odpuścić. Nie zamierzam odpuścić sobie jego.
Wolno wychodzę z pokoju na korytarz. Szybko zbiegam na dół, nie chcąc natknąć się przypadkiem na zirytowaną Jane, która z pewnością zasnęła dopiero niedawno. Sylwester to jedyna noc w życiu, której szczerze nie cierpi. Jej lekki sen sprawia, że budzi się po każdym kolejnym strzale petardy. Na chybił trafił wchodzę do przedsionka i wybiegam na zewnątrz, zamykając za sobą drzwi. Mroźne powietrze poranka nowego roku zupełnie mnie rozbudza i sprawa, że zaczynam żałować braku jakiejkolwiek kurtki. Wpadam do domu i sięgam po wiszący na wieszaku płaszczyk. Ruszam biegiem chodnikiem w kierunku znajdującego się kilka przecznic dalej domu Sam, widząc jedynie zarysy mijanych domów. W głowie układam sobie kolejne sprawy, które chcę jej powiedzieć. Ręce zaczynają mi drżeć, kiedy z mroku wyłania się dach jej willi. Uchylam furtkę i kieruję się ku tyłom domu. Zmęczona, bez sił i z sercem bijącym jak młot podchodzę do okna Sam. Pukam w nie z nadzieją, że ją obudzę. Ciemno. Zimno. Ręce niczym kostki lodu. Oddechem ogrzewam swoją duszę.
Sam się nie budzi. Oczywiście, bardzo prawdopodobne jest to, że śpi w swoim pokoju na piętrze. Nie ma opcji, abym się tam dostała. Tak, Sam ma dwa pokoje. Jeden na dole, drugi na górze. Obydwa zaopatrzone w garderobę oraz łazienkę. Nie widzę w tym sensu, ale Sam wielokrotnie mi powtarzała, że to nie raz uratowało jej skórę. Wolę nawet nie myśleć, w jaki sposób.
Cała motywacja nagle ze mnie ucieka.
Umieram z zimna.
Jestem tak głupia.
Gdyby ktoś mnie teraz przyłapał, z pewnością zawiózłby mnie do jakiegoś szpitala. Założę się, że wyglądam teraz jak śmierć, o ile nie jeszcze gorzej. Poza tym, co byście zrobili, gdybyście zobaczyli, gdybyście zobaczyli dziewczynę w spodniach od dresu, znoszonej koszulce i płaszczu, pukającą z szaleństwem w oczach w czyjeś okno? Ucieklibyście z krzykiem. To lepsze niż ten horror, który ostatnio puściła Sam. Rozglądam się panicznie. Muszę się jakoś dostać do środka. Matka Sam mnie zabije, jeśli znowu zadzwonię do drzwi w środku nocy. Muszę więc znaleźć inne wejście. Uważnie przyglądam się oknu i przejeżdżam dłonią wzdłuż jego ramy. Ostrożnie wsuwam pod nią paznokcie i ciągnę w swoją stronę. Wkładając w to coraz więcej siły, odchylam się do tyłu i niemal lecę na ziemię, kiedy okno się otwiera. No tak, Sam musiała mieć jakiś sposób, żeby nocą wymykać się na imprezy i nie będąc zauważoną przez matkę. Mimo wszystko zostawianie uchylonego okna co noc jest dość ryzykowne. Będę musiała jej to wypomnieć.
Powoli podciągam się na parapecie i przeskakuję do pogrążonego w ciemności pokoju. Nasłuchuję chwilę, ale już od początku wiem, że jej tu nie ma. Pokój jest pusty, tak więc muszę zaryzykować, wyjść z pokoju i przekraść się jakoś na górę. Mogę mieć jedynie nadzieję, że nie wpadnę po drodze na jej mamę albo ujadającego psa. Uchylam drzwi pokoju najostrożniej, jak potrafię i przez szparę wyglądam na zewnątrz. Już tutaj uderza mnie smród alkoholu. Pani Norfield w ciągu roku raczej niewiele pije, Sylwester to jedna z niewielu okazji, kiedy może się bezkarnie schlać. Sam wielokrotnie wyżalała mi się, że jej matka co roku ma tak cholernego kaca, że zupełnie nic do niej nie dociera. Skarżyła się też na jej słabą głowę. Teraz pewnie leży ledwie żywa gdzieś w drodze pomiędzy barkiem a sypialnią. Zbieram w sobie odwagę i otwieram drzwi szerzej, wychylając głowę na korytarz. Nieprzenikniona ciemność, miejscami rozświetlana przez wpadające przez okna światło księżyca. Cisza. Robię krok przed siebie, modląc się w duchu, żeby zdradzieckie panele nie zaskrzypiały pod moimi stopami. Przebiegam na drugi koniec holu, po drodze potykając się o coś, chyba o krzesło. Mrok zdecydowanie utrudnia poruszanie się w terenie. Kiedy w końcu zawadzam nogą o schody, niemal lecę jak długa na ziemię. W ostatniej chwili chwytam się jednak poręczy i ratuję przed upadkiem. Zamieram i nasłuchuję, czy ktoś przypadkiem nie ma ochoty zejść po schodach i sprawdzić, co rozwala wszystko w jego domu. Nie słyszę jednak nic, nawet psa. Wypuszczam wstrzymywane powietrze i wolno zaczynam wspinać się po schodach. Minęły wieki, nim w końcu udało mi się dotrzeć do celu. Po drodze potknęłam się jeszcze chyba z trzy razy. Z duszą na ramieniu oraz ogromną satysfakcją, że w końcu udało mi się tutaj dostać lekko popycham drzwi do pokoju Sam, które ku mojemu zdziwieniu ustępują bez żadnego problemu. Nawet nie były domknięte. Ten drobny szczegół sprawia, że czuję na plecach dreszcz niepokoju. Sam nigdy nie zostawia uchylonych drzwi, tym bardziej tych do swojego pokoju. Nie może wtedy zasnąć. Robię niepewny krok do przodu i staję w progu. Okno w pokoju, teraz otwarte na oścież, wychodzi na ulicę, więc całe pomieszczenie oświetlone jest przez stojącą po drugiej stronie drogi latarnię. Doskonale widzę porozrzucane po podłodze ubrania i książki, przewrócone krzesło oraz… puste łóżko. Kołdra jest pomięta i kopnięta w dolny róg materaca, poduszki jak zwykle stoją ułożone pod szafą. Wgniecenia są świeże, więc całkiem nie tak dawno ktoś musiał tu spać. Teraz jednak w pokoju poza mną nie ma nikogo. Serce mi staje, a oczy rozszerzają się w przerażeniu. Zakrywam usta dłonią, żeby nie zacząć wrzeszczeć. W pierwszej chwili myślę, że to pewnie ta żartownisia sama ukryła się gdzieś w szafie, żeby mnie przestraszyć. Wiem jednak, że w środku nocy nie ma żadnej siły która zmusiłaby ją do dobrowolnego opuszczenia łóżka. Nogi wrastają mi w podłogę, nie mogę się ruszyć. Patrzę na powiewające pod wpływem wiatru firanki, a w oczach zbierają mi się łzy. Rozglądam się dookoła i mój wzrok zatrzymuje się na przylepionej do biurka kartce. Wyciągam ku niej drżącą dłoń i zaczynam czytać.

„Jesteś pewna, że znasz całą prawdę? Wszyscy wokół Cię okłamują. Ta dziewczyna jest pierwszą ofiarą twojej niewiedzy. Kto będzie następny? Zachowaj ciszę.”

Czuję, jakby ktoś uderzył mnie pięścią w żołądek. Litery zaczynają mi tańczyć przed oczami, wzrok zamazuje się od łez. Podpieram się blatu biurka, żeby nie upaść na ziemię i staram się zaczerpnąć powietrza. Nie mam wątpliwości, że wiadomość kierowana jest bezpośrednio do mnie. „Zachowaj ciszę”… Jeśli to porwanie, a co do tego wątpliwości nie mam, zabiją Sam, kiedy cokolwiek powiem policji. Na chwiejnych nogach podbiegam do okna. Gdzieś pod drzewem rzuca mi się w oczy cień, który jednak znika, kiedy wracam do niego spojrzeniem. To sen. To chory sen. To nie może być prawdą. Usilnie starałam się powstrzymać wrzask, ale nadaremno. Po domu rozszedł się mój zrozpaczony krzyk, budząc wszystkich ewentualnych domowników. Upadam na kolana i wtulam w siebie pierwszą lepszą rzecz w pokoju Sam – białego, pluszowego misia, którego kiedyś, bardzo dawno temu, dostała ode mnie na urodziny. Wzrok mi się rozmazuje, przez łzy nie potrafię nic dostrzec. Nie docierają do mnie żadne dźwięki z zewnątrz. Rejestruję jedynie obecność dwóch dodatkowych osób w pokoju. Potem czuję, jak coś podnosi mnie na ręce. W następnej chwili zasypiam.
Nie wiem, jak długo spałam, ale nie był to przyjemny sen. Koszmary dręczyły mnie nieustannie. Ilekroć zdołałam się pozbyć jednego, pojawiał się drugi, gorszy od poprzedniego. Sam zniknęła. Nie ma jej. To wszystko musi być jednym wielkim koszmarem.
Budzi mnie wycie syren policyjnych. Policja. Czego oni tutaj chcą? I tak jest już za późno. Wolno podnoszę się do siadu i rozglądam dookoła. Jestem w salonie, w domu Sam. Niewidzącym wzrokiem wyglądam przez okno na podwórze. Na dworze nadal jest ciemno, a nocne niebo rozświetlają czerwone światła. Na pojeździe stoją dwa radiowozy. Więc matka Sam naprawdę ich wezwała. Dlaczego? To i tak nie ma już sensu.
- Obudziłaś się – w pokoju nagle pojawia się pani Norfield w towarzystwie dwóch funkcjonariuszy policji. Kobieta klęka przede mną i mocno mnie obejmuje. Nawet przy tak słabym świetle dostrzegam jej zaczerwienione i podkrążone oczy. Z pewnością bardzo to przeżywa…
- Panienko Sunset – do przodu występuje jeden z policjantów. Wysoki blondyn o zielonych oczach. Całkiem przystojny. Z pewnością spodobałby się Sam. – Nazywam się Roy Anders. Chciałbym zadać panience kilka pytań.
 Milczę. Patrzę na niego tępym spojrzeniem, nawet nie myśląc o tym, żeby mu odpowiedzieć. Właśnie moja najlepsza przyjaciółka po prostu zniknęła, a on liczy na to, że będę teraz odpowiadać na jego pytania. Niedoczekanie.
- Panienko Sunset?
Krzywię się, słysząc przypisane do mnie nazwisko. Nie tak się nazywam. Jestem Layla Warmheart. Nie chcę nosić nazwiska po rodzinie faceta, którego nawet nie znam.
- Laylo – łagodny głos matki Sam sprawia, że znów skupiam na niej uwagę. Jej twarz zdradza zmartwienie. – Ci panowie chcą pomóc. Proszę, wysłuchaj ich.
Waham się dłuższą chwilę, ale w końcu kiwam głową i przenoszę wzrok na pana Andersa. Ten uśmiecha się do mnie czarująco.
- Mogłabyś mi na początku opisać, co się dokładnie stało?
- Nie mam pojęcia – wyduszam z siebie zimno. – To wy powinniście wiedzieć. Przyszłam tam, kiedy Sam już nie było.
- A co robiłaś u niej w pokoju o tak później porze? – nie przestaje naciskać, a ja czuję, jakbym zaraz miała zwymiotować prosto na jego mundur.
- Chciałam z nią porozmawiać, to wszystko.
- Tak w środku nocy? – jego podejrzliwość jest wręcz namacalna.
- A co to pana obchodzi? – warczę. – Ma się pan zajmować sprawą, a nie tym, o której godzinie chcę porozmawiać z przyjaciółką.
To dla mnie zbyt wiele. Napastliwe spojrzenie policjanta, mocno zaciśnięta dłoń pani Norfield na moim ramieniu, nieustanne wycie syren. Nie wytrzymam tutaj ani chwili dłużej. Wyrywam się z uścisku matki Sam i zanim funkcjonariusze zdążą zareagować wybiegam przed dom. Nie patrzę, gdzie biegnę. Po prostu zmuszam nogi do poruszania się i jak najszybszego oddalenia się od tego szaleństwa.
Zapadam się. Rozpadam. Znikam z tego świata, odsuwam się w cień. Już kiedyś czułam się podobnie, kilka lat temu. Kiedy tamten chłopak się powiesił. Mimo że nie byliśmy ze sobą zżyci i raczej nie rozmawialiśmy, to czułam, że jakaś część mojej rzeczywistości, mojego życia, zniknęła. Na lekcjach mój wzrok uciekał w stronę jego ławki, która do końca nauki w tamtej szkole pozostała pusta. Jego przyjaciele zdawali się zupełnie o nim zapomnieć. Ja pamiętam do teraz.
Może Sam wyszła w nocy na imprezę. Może jest w tym momencie ledwo żywa po całonocnej zabawie. Może wzywanie policji wcale nie było potrzebne. Może…
Ale ja czuję, że to jedynie złudne nadzieje. Zawsze czułam z Sam swego rodzaju więź, jedyną niepowtarzalną, tylko dla nas dwóch. Teraz jej nie ma. Jest jedynie pustka, czarna dziura, która pochłania każdą szczęśliwą myśl i zmienia ją w koszmar. Po moim umyśle krąży ostatecznie tylko jedna myśl.
Sam zniknęła.

Nogi mi drżą, kiedy w pośpiechu mijam kolejne uliczki. Łzy zamazują mi widok, nie wiem nawet, gdzie jestem. W uszach wciąż słyszę mój własny krzyk. Nic z tego nie może być prawdą, nie może. Zaraz się obudzę, a za oknem w ogrodzie będzie czekała na mnie rozpromieniona Sam ze słowami „wszystkiego najlepszego” na śmiejących się ustach.
Odnajdę ją. Nie wiem jak, nie wiem kiedy, ale ją znajdę i przyprowadzę do domu. Istnieje też możliwość, że zwyczajnie się minęłyśmy i ona teraz, podobnie jak ja wcześniej zrobiłam w jej domu, przeszukuje mój pokój w poszukiwaniu mojej osoby. Oczyma wyobraźni widzę jej wciąż jeszcze rozczochrane po nocnej imprezie blond włosy i zaczerwienione od zimowego mrozu policzki.
Już idę, czekaj na mnie.
W uszach nadal pobrzmiewają mi okrzyki policjantów i głośny płacz pani Norfield. Pewnie pobiegliby za mną, gdyby nie to, że jeszcze badają „miejsce zbrodni”.
Sam.
Biegnąc po chodniku, natrafiam na mocniej oblodzone miejsce, tracę równowagę. Mocno zaciskam powieki, bojąc się zderzenia z ziemią.
- To już któryś raz, kiedy ratuję Cię przed upadkiem. Aż tak na mnie lecisz?
Jego głos jest jak wrzątek, oblewający moje zmarznięte ciało, ogrzewa, ale jednocześnie podsyca ból. Otwieram oczy i unoszę spojrzenie. Stoi przede mną, taki sam jak w nocy. Majestatyczny, ciepły i bezpieczny. Chciałabym się w nim zatracić. Uciec z nim gdzieś daleko, poza ten świat.
- Sky.. – głos mi się załamuje. Moim ciałem znów wstrząsa dreszcz.
- Lay? Co się stało? – jest zmartwiony, wręcz przestraszony. – Powiedz, komu mam dupę sklepać, a..
- Sam.. Ona.. Nie ma jej.. – wyrzucam z siebie pojedyncze słowa, starając się opanować drżenie. Sky milczy przez chwilę, po czym obejmuje mnie mocno ramionami.
Niezbyt kojarzę to, co działo się później. Sky ciągnie mnie w kierunku swojego zaparkowanego nieopodal samochodu. Jedziemy jakiś czas, nawet nie wiem, w którym kierunku. Następne, co pamiętam, to dotyk ciepłej pościeli i puchatej poduszki. Nie opieram się już przemożnej senności. Chciałabym zasnąć i nigdy się nie obudzić.
Śmierć.
Przez lata rozmyślali nad nią poeci, naukowcy, a także i zwyczajni ludzie. Podobnie jak miłość, jest ona tematem wielu różnych dyskusji. Na tym jednak podobieństwa się kończą. W przypadku śmierci bowiem spory dotyczą kwestii samobójstw. Niektórzy uważają samobójców za tchórzy, którzy nie mają dość siły, żeby zmierzyć się z własnymi problemami. Jak głupim trzeba być idiotą, żeby skoczyć z mostu, przedawkować leki albo się powiesić? Życie mamy tylko jedno, trzeba z niego czerpać jak najwięcej i póki można. Z drugiej strony jak można czerpać, kiedy już jest się martwym? Ludzie nie zauważają w tym jednej istotnej rzeczy. Człowiek umierając na zewnątrz bardzo często jest już martwy w środku.
Może wydawać się to głupie, ale taka jest prawda. Człowiek, decydując się na śmierć doskonale wie, że już nic nie da się naprawić. Trawiony depresją i naciskiem ludzi z własnego otoczenia powoli zaczyna się wyniszczać. Powodem większości samobójstw jest ocena innych osób. Nie jest łatwo zignorować zdania większej grupy, więc siłą rzeczy się do niej dostosowujemy. Wierzymy w ich słowa. Widzimy w sobie potwora, osobę, która dawno powinna zginąć.
Pewna dziewczyna była nękana w szkole przez swoich rówieśników, ponieważ przyuważono ją w zaułku z jakimś facetem. Od razu zaczęli o niej szeptać, wyzywali ją od prostytutek, poniżali i wyśmiewali ją. Biedna dziewczyna starała się wyjaśnić całe zajście. Próbowała powiedzieć, że to jedyny sposób, by zarobić na leki dla jej chorej matki. Nikt jej jednak nie chciał wierzyć, nikt jej nawet nie słuchał. Z każdym kolejnym dniem wstawała z coraz mniejszą chęcią do życia. Złośliwe liściki coraz bardziej jej ciążyły, brak reakcji od strony nauczycielki przekonał ją, że jest sama, że nikt jej nie pomoże. Po jakimś czasie doszło do śmierci jej matki, dziewczyna została osierocona i coraz bardziej cierpiała. Któregoś dnia jednak przyszła do szkoły z szerokim uśmiechem na twarzy. Uczniów tak to zdziwiło, że nie wiedzieli, jak zareagować. Osoba przez kilka miesięcy pogrążona w depresji przychodzi do szkoły, szczęśliwa jak gdyby nigdy dotąd. Przez następny tydzień wręcz promieniała. Można by pomyśleć, że po prostu przestała się przejmować. Prawda jest taka, że ona po prostu postanowiła. Postanowiła, że umrze. Umówiła się sama ze sobą, że przez następne kilka dni będzie się zwyczajnie ze wszystkiego cieszyć. W tamtym momencie przestała myśleć o martwej matce, o szkole, o wytykaniu jej palcami. Myślała tylko o sobie. O tym, żeby w końcu przestało boleć. W ostatni dzień tygodnia została nieco dłużej w szkole. Kiedy wszyscy już wyszli, a na korytarzach opustoszało, dziewczyna stanęła na ławce, przywiązała skradzioną wcześniej ze składziku linę do lampy i powiesiła się w miejscu, w którym była nękana, poniżana i obrażana przez ostatni rok. Ostatecznie nie zrobiło to na nikim większego wrażenia. Sprawa ucichła, wszystko zamieciono pod dywan. W powszechnej szkolnej opinii uważana była za tchórza i zwyczajną idiotkę. Jaki z tego morał? Wszystkie samobójstwa zaczynają się od innych. Od zdania ludzi, którzy nawet cię nie znają. Wyniszczają cię, zjadają od środka, zabijają. Jeśli jesteś sam, prędzej czy później się poddasz. Prędzej czy później w końcu to zrobisz. Podetniesz sobie żyły, wstrzykniesz coś albo zwyczajnie rzucisz się pod samochód. Ale jeśli nie jesteś sam, jeśli masz (mentalne nawet) wsparcie innych, jeśli komukolwiek zależy na tobie i twoim życiu, to nadal masz powód, by żyć. Nadal masz siłę. Nadal powinieneś walczyć. Do końca. W końcu nikt nie powinien decydować o Twoim humorze. O twoim samopoczuciu. O twoim życiu. Lub twojej śmierci.
Tak wygląda jeden z „rodzajów” samobójstwa, spowodowany czyimś słowem. Sprawa ma się inaczej, kiedy mamy styczność z czynem. Mówimy tu o zawiedzionej miłości czy o skończonej przyjaźni. O utracie osoby, którą kochało się nad życie. Czy w tym przypadku można twierdzić, że to zdanie innych nas dołuje? Osobiście uważam, że ten sposób cierpienia jest o wiele gorszy. Szczególnie, jeśli ma się świadomość, że to po części z twojej winy. Że nie byłeś wystarczająco dobry. Co można zrobić w takim wypadku?
Tutaj również mamy rozwidlenie. Jeśli osoba, którą kochaliście zwyczaje się od was odwróciła, zapomniała, to najlepszym wyjściem jest pokazanie jej własnej siły. Ona wcale nie jest do niczego potrzebna w twoim życiu. Ale żeby przekonać o tym ją, najpierw samemu trzeba mieć taką świadomość. Jak to zrobić? Stanąć przed lustrem i powiedzieć „jestem super”. Znać swoją wartość. Niech ten palant wie, co stracił.
Jeśli twoja druga połówka albo najlepsza przyjaciółka zginęła w wypadku lub zwyczajnie odebrała sobie życie nie ma już tak łatwo. Przemożna chęć połączenia się z ukochaną osobą w „życiu po życiu” zmusza do licznych samobójstw. Co zrobić, by ochronić taką osobę? Próbowano na różne sposoby. Żaden jednak nie okazał się w stu procentach skuteczny.
Dlaczego o tym wspominam? Śmierć mimo wszystko nie jest żadnym wyjściem. Zakończenie cierpień oznacza zakończenie wszystkiego. Zakończenie tego, co dali inni. Zakończenie życia, w którym mogliście osiągnąć jeszcze tak wiele.
Życie jest jak gra. Każdy pionek jest sobie równy, każdy człowiek niczym nie różni się od drugiego. Czy poddałbyś się przed ukończeniem rozgrywki, mając świadomość, że możesz wygrać?

Budzę się koło kiedy słońca powoli zaczynało kierować się w stronę horyzontu. Jego ciepły blask wpadał przez okna do mojego pokoju, rozświetlając zmartwioną twarz Jane, nerwowo chodzącą w kółko Angelikę i postać stojącego w roku pokoju Sky’a. Podniosłam się na łokciu, nie bardzo rozumiejąc, co się tutaj dzieje. Chcę się odezwać, ale szybko rezygnuję. W gardle mam ogromną gulę. Oczy znowu napełniają się łzami, kiedy przypominam sobie, co miało miejsce kilka godzin temu.
- Lay.. – zaczyna chłopak, ale uprzedza go moja siostra.
- Nic Ci nie jest? Jak się czujesz?
Patrzę na nią, a potem przenoszę wzrok na Jane. Wiedzą, co się stało. Chowam twarz w dłoniach.
- Jesteś głodna? – głos kobiety, która kiedyś była dla mnie nikim jakoś mnie uspokaja. Bezsilnie kręcę głową i kulę się pod kołdrą. Wiem, że chcą mi pomóc. Wiem, że powinnam im na to pozwolić. Ale jedyną rzeczą, którą chcę teraz zrobić, to znowu zasnąć i zapomnieć o tym wszystkim. Nie mam jednak wyboru. Muszę się z tym zmierzyć, czy tego chcę, czy nie.

Czasem zastanawiam się nad tym, po co w ogóle żyjemy. Czy urodziliśmy się tylko po to, żeby umrzeć. W gruncie rzeczy początek i koniec żywota ludzkiego u każdego jest taki sam. Całe nasze istnienie rozpoczyna się od narodzin, a kończy na śmierci. Choć z drugiej strony tylko od nas zależy, jak wypełnimy przestrzeń między początkiem a końcem. Najzabawniejsze jest to, że podczas kreowania własnego losu świadomie bądź też nie ingerujemy w życie innych ludzi. I choć jest to nasze życie, to w większości właśnie od otaczających nas ludzi zależy nasza radość, nasz smutek czy gniew. Od nich zależy, czy będziemy mieć siłę na podniesienie się i dalszą walkę. To od nich zależy, czy zdecydujemy się poddać. Strasznie irytujące. Zwłaszcza, jeśli wpływa na nie osoba, o której usilnie staramy się nie myśleć.
Sky jest niesamowicie zmienną osobą. Nie widuję się z nim przez większą część tygodnia, chociaż stara się wpadać do mnie jak najczęściej. Nie wiem, jak zachowuje się w towarzystwie innych osób niż ja. Mogę się jednak domyślić, że zupełnie inaczej. Przystosowuje swoje reakcje i charakter do sytuacji, w jakiej się znajduje i wyciąga z tego korzyści. Czasem jednak strasznie mnie to irytuje. Na ten przykład, kiedy jestem smutna potrafi mnie pocieszyć albo jeszcze bardziej dobić, natomiast gdy jestem wściekła przeprasza lub jeszcze bardziej prowokuje. Nie mogę go przejrzeć. Jest niedostępny, nie daje po sobie poznać, o czym myśli w danej chwili. Tego w nim nienawidzę. On czyta ze mnie jak z otwartej księgi, a sam pozostaje dla mnie zamknięty. Często go obserwuję i staram się odgadnąć, który Sky to ten prawdziwy. Jego jedyne słuszne ja.
Za każdym razem, kiedy spoglądam mu w oczy widzę to samo. Odbicie dnia naszego pierwszego spotkania. Ten sam blask, jakby płonęły żywym ogniem. Ale w pewnym sensie zmienia się on w zależności od momentu, w którym się znajdujemy. Jak razem siedzieliśmy nad jeziorem, a on wpatrywał się w jego zamarzniętą taflę zauważyłam w tym płomieniu jakąś niemą tęsknotę, ciężar niewypowiedzianych słów, ciężar przeszłości. Gdy jednak spoglądał w moją stronę, zauważałam chęć życia, chęć pogoni za własnymi marzeniami, chęć zmian i podążenia w przyszłość. W tamtym momencie zawsze zdaję sobie sprawę z tego, jak mało o nim wiem i o czym mi nie mówi. Zastanawiam się, czy w ogóle istnieje ktokolwiek, kto wie o nim cokolwiek. Coraz bardziej skłaniam się ku myśli, że jednak nie.
Jest jak niezdobyty skarb, ukryty przed wzrokiem innych ludzi. Za wszelką cenę chcę odkryć ten skarb.

- Wszystko w porządku?
Mrugam kilkakrotnie powiekami. Kiedy w końcu potrafię skoncentrować spojrzenie, napotykam wzrokiem zmartwioną twarz chłopaka. Jego dłoń delikatnie głaszcze mój policzek, co wzbudza w moim ciele falę rozkoszy .
- Tak, nic mi nie jest – uśmiecham się lekko i szybko odwracam spojrzenie. Po zniknięciu Sam wszystko się posypało. Runął domek z kart, który układałam dla siebie przez całe życie. Tylko dzięki Davidowi jakoś się trzymam. Jakoś staram się żyć.
- Znajdą ją, zobaczysz – silne ramiona przyciągają mnie do niego w opiekuńczym geście. Czemu za każdym razem, kiedy to powtarza, ja mniej wierzę w jego słowa?
Wbijam wzrok w zamrożone jezioro. Miałam przyprowadzić tu kiedyś Sam. Siedziałybyśmy na brzegu, śmiałybyśmy się ze wszystkiego, co się nawinie i klęłybyśmy na cały świat. Obiecałam sobie, że to zrobię. Innym razem przysięgałyśmy, że wspólnie wyjedziemy z tego miasta, odkryjemy, co kryje się za otaczającym go lasem. Tyle chciałyśmy zrobić. Tyle planów, obietnic i marzeń. A teraz jestem sama. Powinnam wierzyć, że jeszcze ją zobaczę. Że wróci do mnie cała i zdrowa. W obecnej sytuacji jednak nie mam na to siły. Sam zniknęła tak nagle, nie byłam na to przygotowana. Mam wrażenie, że tylko ja odczuwam tę pustkę, jaka po niej została. Że nigdy nie będę w stanie jej wypełnić, kiedy inni zdążą zapomnieć.
Czuję, jak oddech Davida owiewa mój kark.
- Aż tak ci jej brakuje? – pyta cicho, delikatne głaszcząc moje ramię. Z całej siły staram się go w tej chwili ignorować. Myśl o rozkoszy, jaką daje mi jego bliskość miesza się z rozpaczą po stracie Sam.
- Tak.. Była jedyną osobą, przy której nie musiałam bać się być sobą – szepczę i przymykam powieki, starając się uspokoić drżący z emocji głos.
- Au – śmieje się chłopak. – To zabolało. Ale tak na poważnie – z jego tonu zniknął radosny wydźwięk. – Mówisz o niej, jakby była martwa. Przecież policja nadal bada sprawę.
Chłopak mocniej przyciąga mnie do siebie. Jego zdecydowanie trochę mnie uspokaja.
Ponownie zerkam na niego. A on na mnie. W jego karmelowych oczach tańczą radosne iskierki, zastępując czający się w nich zazwyczaj mrok. Nagle coś mnie uderza z taką siłą, że na chwilę wypycha z mojej głowy myśli o Sam. Dopiero teraz tak naprawdę zauważam, że jest młodszy. Nadal tkwi w nim dziecko, które zbyt wcześnie musiało dorosnąć. Stara się za wszelką cenę pokazać, że niczym nie różni się od starszych od siebie. Że jest równie silny, że przed nikim się nie ugnie. Że ma swoje miejsce w świecie. Kiedy jest ze mną, nie musi nosić tej maski. Nie musi się ukrywać, a jednak mimo wszystko to robi. Otwiera się po części, jednocześnie pozostając zamkniętym.
Jest piękny. W otoczeniu bieli śniegu i skąpany w blasku słońca, które przedziera się przez nagie gałęzie drzew, znowu przypomina mi anioła. Tego prawdziwego, który uratował mnie przed beznadzieją świata. Chłopak, który nie tylko pokazał mi, że mam serce, ale również nauczył, do czego służy i jak z niego korzystać.
Uśmiecha się. Czy to sen? Czy też może niebo naprawdę właśnie się rozstąpiło i ukazało mi część siebie, obcą dla innych? Mam ochotę go pocałować. Tak po prostu, zwyczajnie, z uczuciem. Potrzebuję tego. Potrzebuję jego. Pocałunek chcę kojarzyć z nim, z miłością, a nie z dyrektorem miejscowego liceum. Chcę móc w pełni poczuć coś, co nigdy nie było mi dane.
Nie ruszam się. Z ust wylatują kolejne obłoki pary, miarowo ograniczając mi pole widzenia.
Słyszę jego śmiech. Dźwięk jego aksamitnego głosu mnie rozprasza. Wszystko, co robi, zwala mnie z nóg.
- Lubię cię dotykać – wyznaje nagle, jakby cała rozmowa o Sam sprzed chwili nie miała miejsca. – Jesteś jedyną osobą, którą lubię dotykać w ten sposób.
Dlaczego mówi to teraz? Minęło tak niewiele czasu, od kiedy pojawił się w moim życiu, a przeszłam więcej, niż w ciągu ostatnich siedemnastu lat.
Poznanie mrocznej natury dyrektora.
Pogodzenie się z Jane.
Strata jedynej przyjaciółki.
To za dużo. Kiedy tylko przywołuję w myślach obraz twarzy Sam, jej uśmiech i krytyczne spojrzenie, wzrok zachodzi mi łzami. Pojawienie się tego chłopaka uczyniło moje życie najlepszym i jednocześnie najgorszym, jakie mogłam sobie wyobrazić. Wszystkie te wydarzenia strasznie się ze sobą kłócą. Jestem przerażona, a jednocześnie niezmiernie szczęśliwa.
Czy byłabym w stanie znieść coś jeszcze?
- Musze ci coś wyznać.
Zamieram. Pod palcami czuję jego bijące serce. Tylko jego miarowe dudnienie sprawia, że mogę oddychać, że mogę normalnie funkcjonować.
- Kocham cię.
Dwa słowa. Zdecydowanie zbyt rzadko wymawiane. Jeszcze rzadziej słyszane.
- Kocham cię – wyrywa mi się. Blask w jego oczach staje się jaśniejszy. To światło wywołuje uśmiech na mojej zdrętwiałej od płaczu twarzy.
Potrzebuję go. Gdyby nie Sky nie miałabym siły, żeby się podnieść. Nawet nie miałabym do tego chęci. Sam zniknęła i nikt nie ma pojęcia, gdzie może się teraz znajdować. Z każdą sekundą w mojej głowie przewijają się kolejne scenariusze. Może upozorowała porwanie i sama uciekła? Może przetrzymują ją gdzieś w celu okupu? A może leży gdzieś w rowie, zgwałcona, ledwo żywa? Za każdym razem, kiedy o tym pomyślę moje serce zaczyna boleć coraz mocniej, coraz natarczywiej. Jakby w każdej chwili miały pęknąć nakładane tyle już razy szwy. Myśli te jednak rozpływają się, kiedy tylko On jest w pobliżu. Każdy jego dotyk, każde słowo czy spojrzenie – to wszystko zamyka mnie w skorupie, chroni przed złem tego świata. Nawet zwyczajne „kocham cię” jest dla mnie wszystkim.
Jestem rozdarta. Tęsknotę za jedną z najważniejszych dla mnie osób poświęcam na rzecz myślenia o kimś innym. Na myśl, o chłopaku, którego kochała pewnie nadal kocha. I którego ja kocham.
Jak mam się pozbierać, skoro to rozdziera mnie od środka? Jak mam rozdzielić serce na dwie części i jeszcze pilnować, żeby doszczętnie się nie rozsypało?
Chcę przestać czuć się winną.
- Ej, Layla – z zamyślenia wyrywa mnie jego głos. Nie słyszałam, co wcześniej mówił, ale zdaje się, że nie ma mi tego za złe. – Na pewno dobrze się czujesz?
Zawsze to samo pytanie.
- Tak.
Zawsze to samo kłamstwo.
Mocniej zaciskam palce na niewielkim naszyjniku, który noszę na szyi. Lata temu kupiłyśmy identyczne z Sam i nosiłyśmy niemal cały czas. Po jakimś czasie dziecinny zapał przepadł, a przywiązanie do tandetnych wisiorków przepadło. Wyciągnęłam go kilka dni temu gdzieś z dna szuflady. Mając go przy sobie mam wrażenie, jakby Sam cały czas była obok, jakby patrzyła na mnie i nuciła mi nad uchem melodię kolejnego hitu jej ulubionego zespołu. W powietrzu czuję jej zapach, drogie perfumy zmieszane z ostrą wonią gumy miętowej. Cały jej pokój pachniał właśnie w ten sposób.
Na po wspomnienie z pewnością zaczęłabym płakać, gdyby nie chwilowe odwodnienie.
- Nie lubię, kiedy się smucisz – Sky głaszcze mnie po policzku.
- Ona też tego nie lubiła – szepczę ledwie dosłyszalnie i uśmiecham się lekko. Podchodzę bliżej tafli jeziora. Śnieg przykrywa wszystko dookoła, ale już niedługo słońce zacznie mocniej przygrzewać, nadejdzie wiosna. Już niedługo walentynki. Sam bardzo chciała zagadać do jednego chłopaka za trzeciej klasy. Bawiłyśmy się w zakłady, ile walentynek dostanie tym razem. Szkoda, że żadne jej plany się nie spełnią.
Szkoda, że nie wiem, gdzie teraz jest.


***
***


Padający śnieg to jedno z najpiękniejszych zjawisk, jakie istnieją. Każdy spadający wolno płatek jest inny, wyjątkowy, a przez to piękny. Płatki te odzwierciedlają w pewnym sensie ludzkie dusze. Z pozoru identyczna, a w rzeczywistości zupełnie inne. Jak mamy zrozumieć istotę jednego płatka, opierając się jedynie na znajomości innego? Zrozumienie siebie nawzajem i swojej odmiennej natury jest rzeczą trudną, musimy do niej dojrzeć. Nie łatwo jest zaakceptować nam inność, zaakceptować odmienne zdanie. Najlepszym przykładem braku akceptacji między ludźmi jest rasizm. Oceniamy ludzi po kolorze ich skóry, wyznaniu albo czynach ich pobratymców. Nie możemy oceniać innych, nawet nie znając się między sobą.
Płatek opadając na ziemię staje się częścią zwartej całości. Przestaje stanowić oddzielną jednostkę, bez swojej woli zostaje włączony do czegoś większego. Nie ma on własnej woli, nie ma jakiegokolwiek wyboru. Dla płatka śniegu chwilą życia jest moment powolnego opadania, unoszenia się w powietrzu. Później czeka go tylko roztopienie, wcielenie w bryłę opadłego już śniegu lub rozdeptanie przez ślepo idących przed siebie ludzi. Nie takiego życia chciał, a jednak nikt nie dał mu wyboru. Człowiek jednak ma taki wybór. Może starać się żyć na własnych zasadach, z własnym zdaniem albo podporządkować się reszcie i ślepo podążać za tłumem. Wtedy jednostka traci zdolność indywidualnego myślenia, jest całkowicie uzależniona od zdania drugiej osoby, które powoli ją wyniszcza. Czy taką jednostkę można jeszcze nazywać człowiekiem? Raczej marionetką, niewolnikiem w rękach społeczeństwa, cieniem dawnego siebie. Nie możemy dopuścić do tego, żeby ktoś zabrał nam nasz umysł, nasze imię albo nawet naszą duszę. Istotą piękna jest odmienność każdego z ludzi. Czy jeśli wszyscy będziemy tacy sami, to czy będzie można mówić o wolnej woli albo odmiennym zdaniu?

Zaczęliśmy coraz więcej czasu spędzać u mnie w domu. Jane zdaje się tego nie zauważać albo po prostu akceptować Jego obecność ze względu na mnie. To miłe, że stara się mi w ten sposób pomóc. Odkąd zrozumiałam to, czym się w życiu kieruje i poznałam jej przeszłość o wiele łatwiej nam się dogadać. Może to także dzięki Angeli, która przestała mi dokuczać i zaczęła częściej się do mnie uśmiechać.
Sky od kilku dni wpada do mnie codziennie po moich lekcjach. Pewnie myśli, że bez stałego nadzoru mogłoby mi się coś stać. Gdyby mógł, pewnie nie odstępowałby mnie na krok. Przez tę dużą ilość wspólnie spędzanego czasu mamy okazję do porozmawianiu o wielu rzeczach. Miałam możliwość opisania mu tego dnia, w którym spotkaliśmy się w lesie. Niemal nie wybuchł z wściekłości, kiedy opowiadałam o dyrektorze. Chciał mi nawet zabronić chodzenia do szkoły. Te rozmowy naprawdę wiele mi dają. Jego wsparcie daje mi więcej niż jakiekolwiek miłosne wyznania. Dla mnie jest on przede wszystkim przyjacielem. Kimś, na kim zawsze mogę polegać. Moim aniołem stróżem. Miom niebem.
- Dlaczego nigdy nie widziałem, jak malujesz? – pyta nagle, wyrywając mnie z zamyślenia. Siedzimy u mnie w pokoju, zajęci wertowaniem jednego z moich tomików wierszy. Sky kładzie na ziemi parujące kubki z herbatą i wbija we mnie spojrzenie. Ja odrywam wzrok od padającego za oknem śniegu i uśmiecham się do niego lekko.
- Bo to strasznie stresujące, kiedy ktoś patrzy Ci na ręce. Nie mogę się wtedy skupić.
- Ale ja chyba cię nie rozpraszam, prawda? – pyta ponownie ze zmysłowym półuśmiechem i przejeżdża palcami po moim udzie.
Drżę lekko.
- Ty rozpraszasz mnie najbardziej – śmieję się i nachylam w kierunku chłopaka, żeby przejechać wargami po jego czole. Odpowiada na to cichym pomrukiem zadowolenia.
- I tak chcę zobaczyć, jak to robisz. Chcę móc poznać cię na każdy możliwy sposób.
Wzdycham ciężko. Upartość to jedna z tych jego cech, które mnie irytują, a jednocześnie bardzo pociągają.
- A co, jeśli odmówię? – patrzę na niego kątem oka i podnoszę się z miejsca. Wolnym krokiem podchodzę do okna i staję do niego plecami, wypychając lekko biodra ku niemu. Słyszę, jak Sky dźwiga się z ziemi, jego kroki tłumione są przez miękką wykładzinę. Po chwili jego ramiona oplatają mnie w pasie, palce delikatnie gładzą mój po części odsłonięty brzuch.
- Wtedy będę zmuszony wymyślić dla ciebie karę, a tego z pewnością nie chcesz – szepcze mi tuż nad uchem i delikatnie przygryza jego płatek. Cała twarz mi płonie pod wpływem jego oddechu, dotyku, bliskości. Nie zamierzam jednak odpuścić.
- Jaką karę? – pytam cicho, starając się skupić wzrok na majaczących w ogrodzie ciemnych drzewach.
- Iście diabelską – jego niebezpieczny pomruk zmusza mnie do zaciśnięcia powiek i zagryzienia wargi. Za wszelką cenę staram się powstrzymać jęk.
- W takim razie może lepiej będzie, jeśli nie będę się sprzeciwiać twoim prośbom – stwierdzam łagodnie, przenosząc spojrzenie na niebo. Nie dam mu myśleć, że może sobie na wszystko pozwalać.
- Słuszna decyzja – przyciąga mnie mocniej do siebie, przylegam plecami do jego klatki piersiowej. Wtula twarz w moje ramię. – Jesteś dla mnie wszystkim.
Coraz częściej to mówi. Coraz bardziej uniezależnia mnie od siebie. Kiedyś próbowałabym z tym walczyć, próbowałabym się wypierać moich prawdziwych uczuć do niego, bo wiem, do czego zdolni są ludzie. Już dawno jednak skończyłam z wątpliwościami. Teraz liczy się tu i teraz.
- Patrz, spadająca gwiazda! – słyszę jego ciche wykrzyknienie. Rozglądam się po niebie i w końcu ją dostrzegam, niewielką smugę światła, rozświetlającą ciemność. Po chwili błysk znika.
- Pomyśl życzenie – mówię szybko i patrzę na niego, zachwycona. Wtedy zauważam jego oczy, wbite we mnie. Jego pełne czułości spojrzenie. Jako wąskie usta, wygięte w uśmiechu.
- Czemu mam to robić? Przecież stoisz obok – wypowiada te słowa niemal z nabożną czcią, smakuje każdy wyraz, każdą sylabę, literę. Znowu brak mi tchu i mam uczucie, jakby serce wyleciało mi z piersi. Jest wszystkim, czego w tym momencie potrzebuję.
Chichocze cicho. Nie mam pojęcia, dlaczego. Dopiero po jakimś czasie się orientuję, że wlepiałam w niego rozmarzone spojrzenie, kompletnie nic nie mówiąc.
- Wróćmy może do czytania wierszy, co? – proponuję lekko drżącym głosem i odwracam wzrok. Znów skupia na mnie swoją uwagę. Czuję się cholernie zażenowana. Nienawidzę, kiedy to robi. Ale jednocześnie to kocham.
- Nie ma sprawy – wzrusza ramionami i sięga po leżącą na ziemi książkę. Spomiędzy stron wysuwa się luźna kartka i wolno opada na wykładzinę. Chłopak podnosi ją i szybko przebiega wzrokiem po kolejnych wersach zapisanego tam wiersza. Dopiero po fakcie orientuję się, na co mu pozwoliłam.
Spuszczam wzrok, mając nadzieję, że tego nie skomentuje. Oczywiście się mylę.
- Nie znam tego wiersza – czuję na sobie jego natarczywe spojrzenie. – Kto jest autorem?
Nie odpowiadam. Nie miał tego widzieć. W jego oczach dostrzegam błysk, kiedy zaczyna spokojnym głosem czytać.

***
***



Dlaczego on to zrobił? Nie powinien był tego czytać, a ten wiersz nigdy nie powinien powstać.
Moje cało trawi płomień w jego oczach.
- Kto napisał ten wiersz? – oczekuje odpowiedzi. Nie wiem, czy chce mu ją dać. Wzdycham ciężko i spuszczam wzrok.
- Nikt. Umarł dawno temu, zniknął bezpowrotnie.
Na niektóre rzeczy nie mamy wpływu. Na to, jak czas przecieka nam przez palce nie możemy nic poradzić. Z biegiem lat zmieniamy się, zrzucamy powłokę i zamieniamy ją na nową. Czasem lepszą, czasem gorszą, jednak zmiana następuje zawsze. Zostawiamy za sobą tę część siebie, której nie chcemy znać bądź która już nic dla nas nie znaczy. Ta osoba umarła, my umarliśmy. Czy można dalej mieć za przyjaciela kogoś, kto się zmienił i nigdy już nie będzie taki, jak dawniej? Czy można mieć nadzieję, że on sam nas nie odrzuci, kiedy postanowi poczynić krok na przód? Świat nieustannie ewoluuje, a człowiek musi wiedzieć, jak za nim nadążyć. W przeciwnym razie zostanie sam, bez nadziei, bez przyszłości, bez marzeń. Tylko odważni mogą przeżyć i sięgnąć do przodu, po czekającą tuż za rogiem radość.
Zdrada, kłamstwo, zapomnienie. Każde z tych słów odbija się echem w ludzkim cierpieniu. Każde przywiązanie czy wspomnienie ciągnie człowieka do tyłu, hamuje jego rozwój, trzyma w miejscu. Siła ogółu, głosu grupy i wszechobecnego strachu przed strata jest w stanie wywrzeć na człowieku działanie pod presją. Podejmie on wtedy działania wbrew własnej woli i często doprowadza do rozpadu osoby od środka.
Nic nie trwa wiecznie. Wszyscy ludzie ślepo podążają za tym jednym zdaniem „dopóki śmierć nas nie rozłączy.” Coraz popularniejsze stają się poglądy, że nie istnieje żadna siła wyższa, nadprzyrodzona. Że człowiek sam decyduje o swoim losie, a po śmierci nie ma niczego. Ktoś, kto owej pustki doświadczył za życia jest bardziej martwy od leżącego pięćdziesiąt lat w grobie nieboszczyka.


Zazdrość.
Uczucie potępiane przez wszystkich, a mimo to wciąż rozwija się, upowszechnia. Nigdy jeszcze nie musiałam się zmierzyć z tym zjawiskiem i jest ono chyba najgorszym, czego doświadczyłam. Trawi od środka, wyniszcza wszystko, czym kiedyś się kierowałeś, w co wierzyłeś. Zwykłe uczucie, które tak jak wiele innych potrafi zabić. Chciałam je w sobie stłumić, odrzucić i nie pozwolić, żeby mną zawładnęło. Na próżno.
Minęło kilka dni, a ja nadal nie jestem w stanie normalnie funkcjonować. Do tego doszło chodzenie do szkoły. To nie tak, że wcześniej przychodzenie do tego miejsca sprawiało mi przyjemność, ale teraz stało się to o wiele gorsze. Na lekcjach słowem nie wspomina się o nagłej nieobecności Sam, dla nauczycieli to taki temat tabu. Nawet uczniowie mówią o niej stosunkowo rzadko. A przecież miała tutaj tylu przyjaciół.
Na korytarzu mijam roześmiane dziewczyny, które cicho rozmawiają o jakichś chłopakach ze starszych klas. Właśnie w tym momencie odczuwam zazdrość. Wdziera się do mnie, blokując jakąkolwiek zdolność do trzeźwej oceny sytuacji. One biegają po szkole, rozmawiają o wszystkim, zwyczajnie cieszą się tym,  że mają się nawzajem. Ich egoizm powinien uderzyć mnie bardziej. W końcu jakiś czas temu rozmawiały w ten sposób z Sam, a teraz, kiedy jej nie ma, jakby nic się nie zmieniło. Jakby można było ją zastąpić pierwszą lepszą napotkaną na korytarzu dziewczyną. Zamiast tego to ja jestem egoistką i pielęgnuję w sobie rosnącą zazdrość, która szybko przeradza się w nienawiść. One się cieszą. Ja nie mogę. Jedyną osobą, z którą utrzymywałam kontakt w szkole była Sam. To z nią zawsze rozmawiałam. Co mam zrobić teraz, kiedy ona jest nie wiadomo gdzie. Nigdy wcześniej nie zastanawiałam się nad tym, co zrobię, kiedy jej akurat nie będzie w pobliżu. Do tej pory zawsze byłyśmy razem. Czuję gorzej niż kiedykolwiek wcześniej.
Wolno wchodzę do sali, nadal całkowicie pochłonięta myślami o przyjaciółce. W pomieszczeniu jest zdecydowanie ciszej niż zwykle, uczniowie w spokoju zajmują swoje miejsce. Tak, jakby wraz ze zniknięciem Sam zniknęła cała energia ze wszystkich znajdujących się tu osób. Wzdycham cicho i zajmuję swoje miejsce, przy oknie drugie od końca. Wyciągam książki i zastygam. Teraz historia, a raczej zastępstwo. A co za tym idzie, lekcja z dyrektorem. Przełykam głośno ślinę i podnoszę wzrok znad podręcznika. Nasze spojrzenia się krzyżują, a ja czuję, jak żołądek podchodzi mi do gardła. Nie uwierzyliby mi, gdybym na niego doniosła, jest zbyt szanowany w mieście. Ręce zaczynają mi drżeć, kiedy słyszę jego spokojny głos, który oznajmia, że przez najbliższą godzinę będziemy rozmawiać o przebiegu jednej z ważniejszych bitew w dziejach naszego kraju. Z każdym jego słowem przypomina mi się tamten dzień, element po elemencie. W brzuchu tworzy mi się supeł. Zaciskam dłoń na nodze, która na całe szczęście zdążyła się już zasklepić, pozostawiając po sobie bliznę i piętno odciśnięte na umyśle. Nawet nie chcę myśleć, co by się stało, gdyby tamtego dnia osiągnął to, co zamierzał.
Przez całe czterdzieści pięć minut czuję na sobie jego natarczywe spojrzenie, pod wpływem którego chcę zapaść się pod ziemię. Czekanie stało się bolesną torturą. Minuta za minutą, sekunda za sekundą. Szybciej. Monotonny głos dyrektora zamienia się w niewyraźny szum. Wszystkie odgłosy zlewają się ze sobą. Szepty uczniów, tykanie zegara, pukające w okno przerażenie. Zamykam oczy. Muszę się uspokoić. Muszę oddychać.
Muszę stąd uciec.
Nagle przez wszystkie myśli i dźwięki przedziera się inny, zbawczy, który wyrywa mnie z zalegającej wszędzie mgły. Rozprasza wszelką niepewność, więc kurczowo się go chwytam i wyzwalam z otaczającego mnie strachu. Dzwonek.
Błyskawicznie wrzucam książki do torby i ruszam w kierunku wyjścia na korytarz. Nie wytrzymam z nim w jednym pomieszczeniu ani chwili dłużej. Kiedy przechodzę obok jego biurka, coś mocno ściska moje ramię. To jego dłoń. Po raz kolejny uginam się pod wpływem natarczywego spojrzenia dyrektora. Chcę krzyczeć, żeby mnie puścił. Nie mam na to siły.
Reszta uczniów pośpiesznie opuszcza klasę, rzucając w moim kierunku rozbawione lub złośliwe spojrzenia. To jednak najmniej mnie teraz martwi. Kiedy klasa jest już pusta, nie czuję swojego ciała. Strach zupełnie je opanował.
Kątem oka dostrzegam, jak dyrektor puszcza moje ramię i cofa się o krok. Nie chcę, żeby się odzywał. Niech milczy, niech mnie zostawi, niech zniknie z mojego życia na zawsze.
- Przykro mi.
Zastygam. Najpewniej się przesłyszałam, za oknem wyje dość głośny wiatr. On nie mógł tego powiedzieć.
- Słyszałem, co się stało. Bardzo Ci współczuję.
Człowiek taki jak on nie potrafi współczuć. Nie ma w sobie żadnych uczuć poza egoizmem. Kręcę głową z niedowierzaniem. On najwyraźniej dostrzegł zwątpienie w moich oczach.
- To musiał być dla ciebie ogromny szok..
Nie ma prawa tak mówić. Nie ma prawa odzywać się do mnie, jakby wcześniej nic się nie stało. Jakby ten incydent nie miał miejsca.
- Jeśli potrzebujesz pomocy, to..
- Zostaw mnie! – nie wytrzymuję, z mojego gardła wydobywa się wrzask. Mężczyzna cofa się o kolejne dwa krok, na jego twarzy maluje się ból. Po policzkach zaczynają toczyć się łzy, a wzrok zamazuje się. Nie chcę go widzieć, nigdy więcej. Odwracam się i wybiegam z sali. Jak mam zapomnieć o czymś, co przypomina mi się za każdym razem, kiedy go widzę? Jak mam zaakceptować przeszłość, kiedy pulsująca na nodze blizna trzyma przy mnie wszystkie te wspomnienia? Dyrektor Allons nie nabierze mnie już na ciepły uśmiech czy kilka miłych słów. Nie po tym, co mi zrobił. Nie wierzę w jego czyste zamiary. Gdyby nie zniknięcie Sam nawet by się mną nie przejął.
Szybko opuszczam budynek szkoły i kieruję się w stronę domu. Jakikolwiek spacer nie wchodzi w grę, nie mam na nic siły. Chcę zwyczajnie upaść i płakać, dopóki się nie odwodnię. Policzki ocieram szybkim ruchem dłoni, nie chcę przyciągać uwagi przypadkowych gapiów. Wystarczy mi współczucia. Czuję się przez to jedynie gorzej. Zostawiam za sobą krzyki i śmiech biegających po boisku uczniów, którzy nawzajem nacierają sobie twarze śniegiem. Żadne z nich nawet nie zainteresuje się tym, co stało się z dziewczyną, którą mijali na korytarzach przez kilka lat. Z którą śmiali się, pili i dobrze bawili. Obojętność ludzi to ta cecha, która czyni z nas potwory.
Zatrzymuję się przed drzwiami, żeby uspokoić oddech i doprowadzić twarz do porządku. Jane na pewno jest w środku, a jeśli zobaczy mnie w takim stanie, to znów będę musiała przejść przez serię pytań dotyczących mojego samopoczucia. Powoli otwieram drzwi i przemykam przez korytarz ku schodom. Może jednak obejdzie się bez zbędnych wymian zdań.
- Layla? To Ty?
Klnę pod nosem i zastanawiam się, czy po prostu nie uciec na górę, ale w końcu porzucam ten pomysł.
- Tak. Wróciłam.
Z salonu wyłania się Jane. A raczej jej cień. Podkrążone oczy, spowodowane bezsennymi nocami. Nie może spać przez moje wrzaski. Cały czas chodzi blada, przestaje ją interesować jej własne zdrowie. W pełni skupia się na moim samopoczuciu. Ona chyba do końca zwariowała.
- Jak się czujesz? – jej zachrypnięty głos i zmartwiony wyraz twarzy pozbawiają mnie ostatnich resztek energii. Bezwiednie osuwam się na ziemię, a raczej prosto w ramiona przerażonej Jane. – Layla? O mój Boże, Layla! Co się stało?
- To nic – szepczę i uśmiecham się do niej lekko. – To tylko zmęczenie. Muszę się położyć..
Czuję, jak pomaga mi wstać. Jak niepewnymi krokami poruszamy się po domu, jakby w pełnym wdzięku tańcu. W końcu moja twarz dotyka poduszki, ciało opada na miękką powierzchnię materaca. Nic nie widzę, nie słyszę.
Chciałabym nic nie czuć.


Krople deszczu wolno spływają po szybie, przecinając ją na milion części. Suną wolno po powierzchni okna i w końcu znikają na dole, by odejść w zapomnienie. Wypuszczam z ust powietrze, pod wpływem którego szyba pokrywa się parą. Znika ona jednak po kilku chwilach, znowu ustępując miejsca spływającym kroplom. Obejmuję się ramionami, starając się w jakiś sposób ogrzać skostniałe od zimna ciało. Nie mogę się rozgrzać, choć siedzę opatulona paroma kocami. Co kilka sekund wstrząsają mną dreszcze, których nie mogę opanować. Po raz kolejny zerkam na zegarek, wskazówka nie ruszyła się nawet o minimetr. Przygryzam popękane wargi i przenoszę spojrzenie na zamknięte drzwi. Mimo że pomieszczenia nie oświetla nic prócz drgającego niebezpiecznie płomienia świecy, to doskonale widzę ich zarys, wyłaniający się z mroku. Wzdycham dyskretnie i zaciskam dłonie w pięści. Wolałam tu nie przychodzić. Nienawidzę tego miejsca, każdego jego elementu.
Nagle drzwi otwierają się z głośnym skrzypnięciem i na podłogę wylewa się wiązka światła. Z pomieszczenia wyłania się drobna dziewczyna, nie mogę dostrzec jej twarzy przez padający na nią cień. Ma na oko dwadzieścia lat, obejmuje się ramionami i szybko przemierza poczekalnię. Jest roztrzęsiona. Nie dziwię jej się. Nikt nie wychodzi po wizycie u psychologa z uśmiechem na twarzy. Kiedy kobieta znika w następnym pomieszczeniu, ja znowu uciekam spojrzeniem w kierunku uchylonych drzwi. Mimowolnie zagryzam wargę. Teraz moja kolej. Wolno podnoszę się z miejsca i kieruję się w stronę gabinetu. Nogi mam jak z waty, cała ledwie się trzymam w kupie. Przekraczam próg pokoju kolejnym niepewnym krokiem i zatrzymuję się. Nic się tutaj nie zmieniło, wszystko wygląda tak samo przerażająco jak za pierwszym razem. Blask ciepłego światła otacza niewielki pokój, w którym zestawienie wszystkich przedmiotów wygląda wręcz absurdalnie. Wzdłuż dwóch przylegających do siebie ścian stoją regały z opasłymi tomiszczami o chorobach psychicznych i sposobach ich leczenia. Niektóre wyglądają, jakby dopiero przed chwilą zostały odłożone na miejsce, inne jednak pokryte są grubą warstwą kurzu. Na półkach stoją nieliczne drewniane figurki przedstawiające zwierzęta albo jakieś indiańskie totemy. W jednym z przeciwległych rogów pokoju stoi biurko, wiecznie zawalone jakimiś papierami, dokumentami, archiwami i cholera wie czym jeszcze. Znajduje się tu także sporych rozmiarów łóżko szpitalne. Do barierek doczepione są pasy na wysokości goleni, ud, brzucha oraz piersi. Wzdrygam się lekko na wspomnienie ostatniego razu, kiedy byłam zmuszona do położenia się na nim. Na ścianie po mojej prawej stronie znajdują się jedyne w tym pomieszczeniu okna, teraz szczelnie zasłonięte roletami. Stojące na parapetach fioletowe oraz białe storczyki są jedyną kojącą rzeczą, na której mogę w tym pomieszczeniu zawiesić oko. Na samym środku gabinetu znajduje się owalny drewniany stół, a wokół niego dwa fotele z białym obiciem. Nie lubię tego miejsca. Zawsze kojarzy mi się tylko z wpatrzonymi we mnie zimnymi oczami i głosem niczym szpile lodu, mrożące krew w żyłach.
Postępuję kilka kroków do przodu, starając się omijać wszelkiego rodzaju dziecięce zabawki, kredki, zarysowane kartki papieru czy zużyte chusteczki. W tym miejscu chyba nigdy nie było porządku. Jakby sprzątaczka nie była tu wpuszczana albo dobrowolnie omijała to miejsce. Właściwie to druga opcja jest nawet bardziej prawdopodobna. Atmosfera tego miejsca w żadnym razie nie zachęca do przebywania tutaj.
- Poczyniłaś jakieś postępy od naszego ostatniego spotkania? – znajomy głos wzmaga dreszcze w moim ciele. Nie chcę nawet na nią patrzeć. Wiem, że stoi tam, gdzie zwykle. Zwrócona przodem do okna, nawet wtedy, kiedy jest zasłonięte. Splecione za plecami dłonie o długich, kościstych palcach ściskają dawno już wypisany długopis. Spięte w idealny kok brązowe włosy połyskują delikatnie w świetle lampy, a pojedyncze kosmyki idealnie okalają jej kształtną twarz. Na nosie zawsze nosi okulary w grubych, czarnych oprawkach, które idealnie podkreślają błękitne oczy. Jest stosunkowo niska, czego jednak nie da się zauważyć, bo cały czas nosi czerwone szpilki. Ich odgłos stukania o podłogę nie raz wyprowadził mnie z równowagi. Psycholog zwykle powinien wzbudzać zaufanie drugiej osoby i zwyczajnie wspierać ją samą obecnością. Ta kobieta zupełnie odbiega od moich poglądów na temat tego zawodu.
- Tak, proszę pani – mówię cicho, opuszczając głowę. Czuję na sobie jej przeszywające spojrzenie. Zamraża moje ciało i duszę. Przestępuję z nogi na nogę, miętoszę w dłoniach skrawek bluzy. Tak bardzo nie chcę tutaj być.
- Zrobiłaś, o co prosiłam? – kolejne pytanie, wycelowane prosto w moje serce. Przygryzam wargę.
- Tak – ponownie odpowiadam twierdząco, nie mając odwagi, żeby ruszyć się z miejsca. To już nie jest strach. To przerażenie. Ta kobieta mnie p r z e r a ż a. Całą swoją postacią. Nie stosuje kar fizycznych, nigdy na nikogo nie podniosła ręki. Działa w inny sposób. Potrafi zniszczyć człowieka psychicznie, równając z ziemią jego umysł. Jest bezwzględna, jeśli ktoś się jej sprzeciwi. Przyspieszony puls zagłusza jednak wszystkie moje myśli, skupiając je wokół stojącej przede mną postaci. Odeszła od okna i stoi kilka metrów dalej. Skrzyżowane na piersi ramiona opierają się na dość ponętnym biuście. Mimo pozorów jest piękną kobietą. Dlaczego więc siedzi tutaj, zamiast korzystać z życia, póki to możliwe?
- Pokaż.
Zawsze jest konkretna, nie owija w bawełnę, mówi prosto z mostu. Czasem potrafi tym zirytować, ale nic się na to nie poradzi. Trzeba wykonywać jej polecenia, jeśli nie chce się przedwcześnie umrzeć.
Sięgam dłonią do przewieszonej przez ramię torby i wyciągam z niej szkicownik, który Sam podarowała mi na ostatnie urodziny. Zdążyłam już wykorzystać prawie połowę ilości kartek. Kobieta bierze go ode mnie i sumiennie ogląda każdy, nawet najmniejszy szkic. Zaciskam dłonie w pięści i mocniej zagryzam wargę. Nie lubię pokazywać innym tego, co tworzę. Nie mam na celu zdobycia powszechnego uznania albo słuchania krytyki odnośnie swoich dzieł. Tworzę je dla siebie. Są odzwierciedleniem mojej duszy. Dlaczego ktoś miałby w nią zaglądać? A już szczególnie nie chciałabym, żeby to był ktoś taki, jak ona. Krytycznym spojrzeniem lustruje wszystkie szczegóły, co chwilę coś mrucząc, marszcząc brwi albo poprawiając okulary. Jakie ma prawo poznania mnie od tej strony?
- Miałaś rysować swoje spostrzeżenia. To, co zaobserwujesz. Możesz mi więc wyjaśnić, co to jest?
Psycholog wyciąga szkicownik w moją stronę. Spoglądam na niego i uśmiecham się w duchu. Szkic przedstawia baletnicę, zastygłą w trakcie wykonywania piruetu. Ręce wygięte ku górze, włosy rozwiane pod wpływem pędu, twarz skryta w cieniu przed wzrokiem obserwatora. Jest piękna.
- Baletnica – odpowiadam krótko, nadal wpatrzona w swoje własne dzieło.
- Chcesz mi powiedzieć, że w Twoim domu tańczą baletnice? Nie rozśmieszaj mnie..
- Moja matka była baletnicą.

Nie pamiętam jej twarzy. Zawsze, kiedy ją sobie wyobrażam, płynnie porusza się między drzewami, śpiewając razem z leśnymi ptakami i chłonąc promienie słońca. Bije od niej niezwykła energia, jakby liczyła się tylko radość. Zwyczajne i niczym niezmącone szczęście. Nie wiem, czy taka była naprawdę, czy taki obraz widziałam w jednym ze swoich snów. Wiem jedynie, że nie chcę go wyrzucać z głowy ani z serca. Tak wygląda moja matka, uśmiechnięta i pełna życia. Każdy ma coś, czego nie chce zapomnieć i co pragnie na zawsze zachować w sercu. Dla mnie jest to matka. Jej wspomnienie, przeciekające mi przez palce. Gdzie teraz jest? Czy rzeczywiście „jest”?
A jeśli tak, to czy Sam jest tam teraz razem z nią?


Szkoła.
Miejsce znienawidzone przez każde dziecko. Tylko zakazy, nauka i ocenianie na każdym kroku, kontrolowanie wyborów. Nagany za niestosowny ubiór, bójkę po lekcjach albo kłótnię z nauczycielem, który niesprawiedliwie ocenił dany sprawdzian. Ograniczanie wolnej woli człowieka zaczyna się już na tym etapie. Na ten przykład, wmawiają nam, że dowolnie możemy interpretować przedstawiane na lekcjach wiersze. Oczywiście nie ma w tym ani krzty prawdy. Każdy ma myśleć tak samo, szablonowo. Mamy jednakowo postrzegać rzeczywistość, nie zagłębiać się zbytnio w żaden temat, ściśle trzymać się raz wypowiedzianego zdania. Chcą z nas zrobić bezmyślne maszyny, których zdanie nic nie znaczy. Które bez zawahania wykonają każde polecenie. Jak długo jeszcze będziemy zachowywać choćby pozory odrębnego myślenia? A może coś takiego już nie istnieje. Nauczyciele wymagają od nas bezustannej nauki, ślęczenia nad książkami, wyrzeczenia się życia pozaszkolnego. Bo czy poza uczeniem się mamy jakieś życie? Trzeba znać swoje priorytety, trzymać się najważniejszych dla nas rzeczy, a nie każdego przedmiotu. Ostatecznie w końcu będziemy wiedzieć wszystko, a jednocześnie nic. Zwykła teoria zawarta w książkach nie jest w stanie oddać prawdziwych przeżyć, doświadczonych na własnej skórze. Potem, na starość, będziemy wspominać wnukom, jakie książki przeczytaliśmy albo wyłożymy im kolejny referat dotyczący matematycznego rysowania wykresów. W życiu przecież liczy się coś więcej. Przygoda, odnalezienie prawdziwego szczęścia, zakochanie się i rozpacz po zawiedzionej miłości. Trzeba po prostu mieć odwagę, żeby wkroczyć w nieznany nam świat.

Wchodzę do budynku szkoły, po raz pierwszy obojętna na wszystko, co mnie otacza. Minął pierwszy szok, a ja wpadłam w rutynę monotonnego, szarego życia. Mijam na korytarzach nieznane mi twarze, ze wszystkich stron otacza mnie dźwięk cichego śmiechu i szeptem wypowiadanych tajemnic. Wzdycham cicho i zaszywam się w jednym z ciemniejszych kątów. Minęły dwa tygodnie. Nadal nikt nie odważył się głośno powiedzieć, co dokładnie stało się z Sam. Policja odmawia składania relacji z postępującego śledztwa, najprawdopodobniej zwyczajnie zignorowali tę sprawę i wrócili do swoich biur. Wszyscy przecież powinni się przejąć zaginięciem jednej z najpopularniejszych dziewczyn nie tylko w szkole, ale również w całym mieście. W rzeczywistości jednak nikogo to nie obchodzi. Więzi między ludźmi znaczą mniej niż przejęcie się leżącym na ziemi zgniecionym papierem, mijanym podczas popołudniowego spaceru. To pierwszy dowód na to, że społeczeństwo coraz bardziej przestaje czuć. Że serca twardnieją, zamieniając się w bryły lodu. Wątpię, czy istnieje ogień, który potrafi ten lód roztopić.
Po lekcjach kieruję się prosto do domu Sam. Jej matka ledwo się trzyma, jej stan z każdym dniem się pogarsza. Potrzebuje teraz bliskości innej osoby. Nie może jednak liczyć na swojego obecnego partnera, ponieważ wyjechał w sprawach biznesowych i nie może przy niej być. Muszę zrobić wszystko, żeby utrzymać w niej jakąkolwiek nadzieję, której ja sama mam dostatecznie niewiele. To Sam zawsze zapewniała mnie, że wszystko będzie w porządku i że nie mam powodów do zmartwień. Że następnego dnia wszystko może się odmienić na lepsze. Ja natomiast nigdy nie byłam w stanie dostarczyć jej należytego wsparcia. Jestem beznadziejna we wszystkim, co robię. Tylko przy niej nie czułam się nikim. Teraz jednak muszę się postarać, dla niej. Gdziekolwiek teraz jest.
Staję przed posesją, od której już tutaj bije smutkiem i tęsknotą. Pani Norfield praktycznie nie opuszcza tego miejsca. Siedzi zamknięta w pokoju Sam, na piętrze. Coraz mniej je, prawie nic nie mówi. Nie mogę pozwolić, żeby całkowicie odcięła się od świata. Podchodzę do drzwi i nawet nie próbuję pukać. Wiem, że mi nie otworzy. Wsuwam dłoń między gałęzie rozłożystego krzewu, który rośnie przed domem i wyciągam stamtąd niewielki złoty klucz. Pani Norfield pozwoliła mi go dorobić kilka dni temu, kiedy jeszcze rozumiała, co się do niej mówi. Wsuwam kluczyk do zamka i przekręcam go kilkakrotnie, przemykając się do wnętrza domu. Cisza, która tu panuje, niemal zwala mnie z nóg. W powietrzu wiszą smutne wspomnienia, związane z czasem, kiedy wszyscy tutaj się śmiali i zwyczajnie czerpali radość z życia. Teraz można wyczuć tu jedynie ciężar niewypowiedzianych słów i podziękowań.
Od progu wita mnie pies. Nie szczeka już, nawet nie próbuje się ucieszyć na mój widok. Stoi tylko i patrzy, co znaczy więcej niż wypowiedziane przez człowieka tysiąca słów. On również tęskni, również rozumie, co się stało. I jego również nie potrafię pocieszyć. Ściągam płaszcz, starając się nie mącić zbytnio panującej tutaj ciszy. Od razu ruszam w stronę kuchni, gdzie jak zwykle zastaję niezjedzone porcje przeznaczone dla pani Norfield. Szybko sprzątam zaczynające się już psuć jedzenie i nastawiam wodę na herbatę. To jedyna rzecz, którą zgadza się w siebie wcisnąć. Czasem dodaję jej tam tabletki nasenne, żeby mogła choć na chwilę odpocząć od bezsensownego czuwania i czekania na powrót jej córki. Nigdy nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak strata może zniszczyć człowieka. Byłam mała, kiedy trafiłam do sierocińca. Nie potrafiłam jeszcze wtedy zrozumieć, co się stało. Nie wiedziałam, jak bardzo zostałam skrzywdzona przez los. Matka Sam jednak doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Wie, że może już nigdy nie odzyskać tego, co straciła.
Powolnym krokiem wchodzę po schodach na piętro. Unoszący się wszędzie kurz wskazuje na to, że odwołano przychodzące co tydzień sprzątaczki. Właściwie to specjalnie mnie to nie dziwi. Obecność kogokolwiek mogłaby tylko pogorszyć obecny stan kobiety. Mnie jednak zdaje się akceptować, a ja do teraz nie jestem w stanie zrozumieć dlaczego. Właściwie, to nie ma teraz nikogo poza mną. Drzwi do pokoju Sam są lekko uchylone, więc popycham je i wchodzę do środka. Już od progu uderza mnie duszny odór psującej się żywności. W pomieszczeniu panuje półmrok. Zasunięte zasłony prawie nie przepuszczają promieni chylącego się już ku zachodowi słońca. Po biurku walają się podarte kartki, chusteczki i resztki jedzenia. Poza tym nic nie zmieniło się tutaj od mojej ostatniej wizyty. Ubrania Sam posprzątałam i ułożyłam w stos przy szafie, poduszki poukładałam tak, jak ona zawsze to robiła. Starałam się też podlewać rośliny, ale poddałam się, kiedy po raz trzeci z rzędu konewka wypadła mi z drżących rąk. Na stole wciąż stoi otwarty komputer, na monitorze wyświetlają się kolejne zdjęcia mojej przyjaciółki. Przed nim siedzi jakaś postać. Zgarbiona, wychudzona, nieobecna duchem. Z pewnością nie jest to już osoba, którą znałam. W ciągu kilkunastu dni zmieniła się nie do poznania. Pobladła twarz, głuche na każde słowo uszy, cieknąca z kącików ust ślina. To jedno wydarzenie zniszczyło ją nie tylko od środka, ale również od zewnątrz. Stała się upiorem, żywą śmiercią.
- Pani Norfied? – zaczynam niepewnie. Zamrugała. To znak, że jednak słucha. – Powinna tu pani przewietrzyć. I postarać się jeść nieco więcej. Wiem, że to musi być dla pani trudne, ale jeśli nie zadba pani o siebie, to w końcu..
- Miała siedem lat.
Momentalnie milknę. Jej zachrypnięty głos ledwie pozwala na rozróżnienie konkretnych słów. Rzężący oddech zagłusza wypowiadane szeptem wyrazy. Przybliżam się o minimetr, nie chcąc jej spłoszyć.
- Miała siedem lat, kiedy to się stało. Nie byłam w stanie jej od tego uchronić. Nie mogłam jej pomóc, kiedy tego potrzebowała. Czułam się wtedy taka bezsilna. Jakbym tracąc jego, straciła też ją.
- Co się stało? – pytam ostrożnie. To pierwszy raz od dłuższego czasu, kiedy zmusiła się do wypowiedzenia tak wielu rzeczy za jednym razem.

- Jechaliśmy gdzieś, chyba do nowo otwartej restauracji. Nieważne jak bardzo się staram, to nie mogę sobie przypomnieć. Jechaliśmy, on prowadził. Sam siedziała z tyłu, śmiała się. Rozmawialiśmy o nowym domu, który wykupił poza granicami miasta. Za kilka dni mieliśmy się wyprowadzić i zacząć zupełnie nowe życie, gdzieś w sercu cywilizacji. Cieszyłam się, że porzucamy dotychczasowy letarg, w końcu mieliśmy okazję na prawdziwe życie. W tamtym momencie planowaliśmy, jakie kwiaty zasadzimy w ogrodzie. On koniecznie chciał żonkile. Upierał się przy nich, bo były pierwszym prezentem, jaki mi podarował. Powiedział wtedy, że tak jak one przyćmiewają piękno innych roślin, tak ja przyćmiewam blask słońca. Chciałam mu powiedzieć, że go kocham. Chciałam móc pocałować jego roześmiane usta. Wtedy z naprzeciwka nadjechał jakiś samochód, kierowca był pijany. Nie wiedziałam, co się dzieje. Nie wiedziałam, jak zareagować. Auto z impetem uderzyło w nasze, doszło do zderzenia czołowego. Nic nie słyszałam. Jedynie monotonny krzyk rozpaczy, mrożący krew w moich żyłach. Czas się zatrzymał. Tak samo jak moje serce. Wołałam go. Krzyczałam jego imię. Błagałam, żeby się obudził, żeby spojrzał na mnie. Żeby powiedział, że zawsze będzie obok. Jego bezwładne ciało leżało, oparte na kierownicy, która wbiła mu się między żebra. Spomiędzy warg, które tyle razy całowały moje wyciekała stróżka krwi. Patrzył na mnie martwym spojrzeniem, gdzieś po policzku spływała jego ostatnia łza. Nie odezwał się, nie odpowiedział na moje błagania. Ani wtedy, ani nigdy. Nie byłam w stanie trzeźwo myśleć, nie chciałam. Powtarzane tysiąc razy jego imię odcisnęło się na moich ustach, niczym mantra, słowa zakazanego zaklęcia. Nie mogłam się od niego uwolnić. Chciałam pójść za nim, znów zobaczyć jego śmiejące się wargi. Uciec od widoku jego ciała, znikającego pod ziemią. Zostałam sama, nie zdolna do jakiegokolwiek funkcjonowania. Chciałam nawet zrzec się praw do Sam. Miała jego urodę, jego radosne, roześmiane oczy. Nie chciałam mieć jej obok, nie mogłam na nią patrzeć. Każde wypowiadane przez nią słowo sprawiało mi ból. Pewnego dnia powiedziała jednak coś, co na zawsze zmieniło moje nastawienie. „Czy naprawdę żonkile już nigdy nie zakwitną w naszym domu?” Jej niewinny uśmiech, jej spojrzenie, które po chwili zaszło łzami, jej cichy szloch i bezustannie powtarzane imię ojca wstrząsnęło moim sercem. Zobaczyłam w nim kogoś więcej niż człowieka. Kogoś więcej niż anioła. Zobaczyłam w niej jego. Tak żywego, jak przed laty, kiedy biegaliśmy po lesie i jedliśmy jagody w słoneczne dni. Stała się dla mnie jedynym powodem do życia, którego już zawsze miałam się trzymać. Wyrosła na silną dziewczynę. Wiem, że może nie byłam najlepszą matką, ale starałam się zapewnić jej najlepsze życie. Żeby nigdy nie musiała się martwić, tęsknić ani cierpieć. Była moim oczkiem w głowie. Teraz ją straciłam. Straciłam wszystko, co w życiu kochałam. Męża. Córkę. Marzenia. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz