-Nie udawaj, że ci na mnie nie zależy- mówi- gdyby tylko była taka potrzeba, wskoczyłabyś za mną w ogień.
Ma racje. Ma całkowitą racje. Niestety.
-Chciałbyś- rzucam oschle- patrzyłabym z przyjemnością na to jak pożerają cię płomienie ognia- uśmiecham się słodko.
Sky wybucha śmiechem. On dobrze wie, że żartuję. Zna mnie na wylot. Szkoda tylko, że ja nie znam jego.
-Niedługo sylwester. W sumie to organizuję niewielką imprezę, na którą właśnie zostałaś zaproszona. Wpadniesz, nie?
Przełykam głośno ślinę. Robię to odruchowo, choć pewnie i tak wyszło na to, że stresuję się w jego obecności. Może tak właśnie jest. Sky nie zwraca na to uwagi, a przynajmniej tak mi się wydaje. Kto jak kto, ale on jest świetnym aktorem. Gdybym tylko mogła w tym momencie zniknąć i pojawić się gdziekolwiek indziej...
-To ma oznaczać, że z wielką chęcią wpadniesz i bardzo dziękujesz za zaproszenie?
-Nie, nie mam ochoty spędzać z tobą sylwestra. Mam swoje towarzystwo.
-Masz na myśli siebie?
-Tak, spędzę sylwestra sama ze sobą. Będzie cudownie. Na pewno lepiej, niż gdybym miała być wtedy z tobą, egoisto.
-Egoisto?- Sky unosi wysoko brwi, pominę to, że wygląda nieziemsko- Przecież cię zaprosiłem. To ty mi odmawiasz.
-Nie odmawiam- wyrywa mi się. Spoglądam na niego. Uśmiecha się miło i łagodnie, zupełnie inaczej niż zwykle. Jest taki spokojny, opanowany. Czuję się przy nim bezpiecznie.
-W takim razie czekaj na SMS-a z adresem.
Dziwnie się poczułam. Wolałabym raczej, żeby sam po mnie przyszedł.
Nikt nigdy się o mnie nie starał.
-Nie możesz podać mi adresu teraz?
-Nie, jeszcze nie wiem gdzie to będzie. Dopiero planuję. Chciałem, żebyś była pierwszą osobą, którą zaproszę.
Nagle moje serce przyspiesza. Bije dwa razy szybciej. Dwa razy mocniej. Tracę zmysły, gdy tylko znajduje się w pobliżu. Zupełnie głupieję. Oszalałam z miłości do niego. Miłości tak żywej, tak prawdziwej, że aż nierealnej. Miłości tak prostej, a zarazem skomplikowanej, że aż niezrozumiałej.
Z miłości. Po prostu.
-Wydało się. Niczego bardziej nie pragniesz od tego, aby spędzić ze mną sylwestra. Zgadza się? - pytam żartobliwie. My ciągle żartujemy.
-Zgadza.
To jedno słowo jest tak bardzo przepełnione powagą, że aż przez moment myślę sobie, że zostało wypowiedziane szczerze. Moje własne myśli próbują mnie zniszczyć. Chcą, żebym na zawsze opuściła Laylę. Tę dawną Laylę.
Laylę, która nie chciała się zakochać.
Laylę, która tego nie potrzebowała.
Laylę, której nawet przez myśl nie przeszło, że ktoś kiedyś zrobi na niej takie wrażenie.
Laylę, która wiecznie się nad sobą użalała.
Laylę pełną nienawiści
pełną cierpienia i strachu.
Kolejny raz patrzę w jego oczy i kolejny raz tracę oddech. Mam tego dość. Myślę o jego zniewalającym spojrzeniu, o idealnych rysach, potarganych włosach. Zastanawiam się, jak smakują jego zmysłowe usta.
Przerywa mi jego telefon. Ktoś do niego dzwoni. David spogląda na mnie, jakby pytał czy może odebrać. Odwracam wzrok.
"Halo?"
Jest niepewny. Znów na niego patrzę. Wytężam słuch. Chciałabym wiedzieć z kim rozmawia i czego ta rozmowa dotyczy. Po jego minie widzę, że chodzi o coś ważnego. Zamknął oczy i słucha z uwagą, wygląda na skupionego.
niedziela, 19 kwietnia 2015
śpiewający pomarańcz (zeszyt od historii)
Niepewnie wchodzę do ogromnego holu. Ogłuszająca muzyka odstrasza mnie już na samym wstępie. Dziwię się, że ci ludzie mogą rozmawiać w takich warunkach. A może oni w ogóle nie rozmawiają? Wystarczy im alkohol.
Każda wolna przestrzeń jest wypełniona ludźmi, tańczącymi w rytm muzyki i przekrzykującymi się nawzajem. U niektórych z nich dostrzegam zamglony od alkoholu wzrok. W pierwszej chwili jedyne czego pragnę, to uciec stąd jak najdalej. Ale wtedy zauważam Sky'a. Biała koszula kompletnie nie pasuje do jego demonicznej duszy. Włosy wydają się być jeszcze bardzie potargane niż zazwyczaj, a na jego twarzy gości zalotny uśmieszek. Znika jednak, kiedy nasze spojrzenia się krzyżują. Czuję się trochę niezręcznie, kiedy wzrokiem penetruje moje ciało. Mam na sobie srebrzystą dopasowaną sukienkę, która kończy się tuż nad moimi kolanami. Cała wręcz błyszczę, a to zdecydowanie nie jest w moim stylu. A przynajmniej nie było. Zwykle nie lubiłam się wyróżniać, choć bardzo prawdopodobne jest to, że po prostu nie umiałam. Dzięki niemu zyskałam pewność siebie. Dodał mi skrzydeł. Nigdy wcześniej nie czułam tej lekkości.
Kiedy jednak Sky powoli zbliża się do mnie, ledwie mogę utrzymać się na nogach.
- Ciszę się, że w końcu założyłaś coś normalnego - mówi na powitanie i wyciąga w moją stronę kieliszek z szampanem. - Fajnie, że przyszłaś.
Nie okazuje emocji. Ma obojętny wyraz twarzy. Szkoda, że mnie okłamuje. Tak naprawdę jestem tylko jedną z wielu. Jestem jednym z celów.
- Szczerze mówiąc, to chcę już iść - stwierdzam z powagą. To miejsce jest ostatnim, w którym chcę teraz być.
- Wyluzuj. - Chłopak posyła mi anielski uśmiech. - Jesteśmy tu, żeby się bawić i razem świętować nadejście nowego roku, a ty kwasisz atmosferę.
Już mam mu odpowiedzieć, kiedy nagle otacza nas tłum dziewczyn, które mają na sobie mniej ubrania niż przeciętna prostytutka.
- David - zaczyna jedna z nich, lekko trącając go biodrami. - Ile jeszcze mamy czekać? Lily zdążyła opróżnić jedną z butelek. Impreza nie może trwać bez ciebie.
Siłą woli powstrzymuję się od rzucenia się na nią. Przecież on rozmawia ze mną, a nie z nimi. Poza tym to nie żaden David, tylko Sky. Mój Sky.
- Jeszcze chwilkę wytrzymasz - uspokaja ją chłopak i znów skupia uwagę na mnie. - Jeśli będziesz chciała do nas dołączyć, to będziemy w pokoju obok.
I w towarzystwie rozchichotanych dziewczyn znika mi z oczu. Nie. Z pewnością nie dołączę do n i c h.
Głośna muzyka rozrywa moje wnętrze. Nie słyszę niczego, poza nią.
Rozglądam się, chcąc w spokoju oswoić się z tym miejscem. Wnętrze pałacyku urządzone jest iście po królewsku. Niewielkie kolumienki podtrzymują ozdobne sklepienie. Na ścianach wiszą malowidła warte więcej niż cała willa Jane. Cały ten dom ma w sumie ponad 150 pokoi, a nawet nie wiem, do kogo należy. Będąc w tym domu, można by się czuć, jak w średniowiecznych czasach królów i królowych. Przeszkodę stanowi ogłuszająca muzyka, kolorowe światła i unoszący się w powietrzu swąd papierosowego dymu.
Naglę odczuwam wielką potrzebą ucieczki stąd i schowania się. Przeciskam się między spoconymi, tańczącymi ciałami na drugi koniec pomieszczenia. Ogromnymi schodami z rzeźbioną poręczą docieram na piętro. Gdybym tylko mogła, wyskoczyłabym przez okno. I naglę rozumiem. Mogę. Rozglądam się po korytarzu. Muzyka dociera tutaj lekko przytłumiona. Pod ścianą siedzi jakiś chłopak. Ma zwieszoną głowę, a po odgłosach chrapania wnioskuję, że śpi. Na piętrze dom wygląda normalnie. Żadnych kolumien, żadnych drogich obrazów ani dywanów. Zamiast tego jest tu mnóstwo różnych drzwi. Bez namysłu otwieram jedna z nich.
Jest zbyt ciemno, żebym mogła dostrzec wszystkie szczegóły tego pomieszczenia. Upiorny blask księżyca nadaje wszystkiemu przerażający wygląd. Ostrożnie wchodzę do środka i zamykam drzwi za sobą. Teraz muzyka całkowicie ucichła.
Rozglądam się dookoła. Pokój wygląda na gabinet zapracowanego człowieka: biurko, stojące w rogu jest zawalone papierami, niedopita kawa wciąż czeka na swojego właściciela, a książki niedbale leżą w pobliżu regału. Uśmiecham się delikatnie. Przed oczami staje mi obraz zmęczonego ojca, który całymi dniami siedzi tu i pracuje, ale kiedy tylko słyszy płacz syna, rzuca wszystko, żeby go wesprzeć. Nikt go nie docenia, żona oskarża go o ciągłe siedzenie w gabinecie, dzieci nienawidzą go za to, że nie ma dla nich czasu. Jednak on robi wszystko, co w jego mocy, żeby nie utracić tego, na co zapracował dla swojej rodziny.
Podchodzę do przeszklonych drzwi, wychodzących na taras. W pierwszej chwili trochę się boję je otworzyć, jednak potrzeba jest silniejsza od strachu. Powoli wychodzę na taras i aż wzdycham z rozkoszy, kiedy szuję na twarzy powiew nocnego wiatru. Jak na sylwestra jest tutaj dość cicho. Żadnych wystrzałów, krzyków ani hałasów. Zapach wieczoru otacza całą mnie, porywając w zupełnie inny świat. W tym momencie mogłabym tańczyć, śpiewać i śmiać się jednocześnie.
Powoli podchodzę do barierki i opieram się o nią. Jest zimna. Zupełnie jak serce Sky'a. Znów uciekam myślami do jego oczu, wpatrzonych w moje. Do jego uśmiechu, przeznaczonego tylko dla mnie. Do jego dłoni, powoli oplatających się wokół mojego ciała. Zamykam oczy i zaciskam dłonie w pięści. Nawet samej siebie nie potrafię okłamać. On tak naprawdę niczego dla mnie nie zrobił. On to robi dla s i e b i e. Już mam wrócić z powrotem do środka, kiedy mój wzrok przyciąga drabina. Pewnie prowadzi na dach. Nigdy nie byłam na dachu, a teraz mam okazję to zmienić. Prawie wybucham śmiechem, zdając sobie sprawę z tego, o czym teraz myślę. Zamiast wciąż wyzywać Davida od najgorszych, myślę o tym, jakie to by było uczucie, gdybym akurat w tym momencie stanęła na dachu. Powstrzymuję się jednak i nawet się nie uśmiecham. Zamiast tego podchodzę do drabinki i zaczynam powoli wspinać się na górę. Szczeble drabiny są równie zimne, jak barierka. Ostrożnie stawiam na nich stopy, coraz bardziej zbliżając się ku ich szczytowi. Moje myśli i dusza znów uciekają do widoku tych wszystkich dziewczyn, z którymi odszedł. To boli bardziej, niż kiedy spojrzał mi w oczy i powiedział, że mnie kocha. To kłamstwo zniszczyło mnie całą, a teraz czuję to ze zdwojoną siłą. Smutek przytłacza mnie tak bardzo, że aż zatrzymuję się w miejscu. Nie mogę iść dalej. Nie mogę piąć się w górę, kiedy on jest tam, na dole. Ciągnie mnie ku ziemi, choć z nim mogłabym sięgnąć gwiazd. Mogłabym być dla niego każdym. Dla niego zmieniłabym się. Na zawsze. Wystarczyłoby słowo, a na zawsze byłabym jego. Tyle że on tego słowa nigdy nie powie. Staję na dachu. Chyba jeszcze nigdy nie byłam tak wysoko. Spoglądam na ludzi wracających szybko do domu, żeby razem z rodziną świętować nadejście nowego roku. Marszczę brwi i staram się skupić na gwiazdach, świecących nad moją głową. Mogłabym przysiąc, że tworzą serce, które co chwilę rozświetla coraz jaśniejszym blaskiem. Przecieram z niedowierzaniem oczy i spoglądam znowu. Serce zniknęło. To było do przewidzenia. Nagle niebo przecina smuga. Spadająca gwiazda. Skupiam się na niej tak mocno, jak tylko mogę i w myślach wykrzykuję marzenie. Chcę być kochaną. Prawdziwie kochaną.
Kiedy gwiazda znika, po raz kolejny tego dnia tracę nadzieję. W tym właśnie momencie czuję czyjeś dłonie na mojej talii i czyjś głos tuż przy moim uchu.
- Kocham cię.
Tracę oddech i zdolność jasnego myślenia, choć to drugie straciłam już bardzo dawno temu. Ramiona Sky'a otaczają mnie tak powoli i delikatnie, że mam wrażenie, że głaszcze mnie jedynie wiatr. Chłopak wtula twarz w moje włosy.
- Kocham cię - powtarza, a ja mu wierzę. Moja wola znów mnie zawodzi.
Nie mówię nic. Z resztą jak zwykle, kiedy jest w pobliżu. Odbiera mi wszystko, co mi zostało. Teraz jestem tylko pustką.
Nagle David podnosi ręce i zakłada mi na szyję wisiorek. Podnoszę go na dłoni, żeby lepiej mu się przyjrzeć. Przy księżycu i gwiazdach wygląda jak zrobiony ze światła. W rzeczywistości to srebrny łańcuszek z małym serduszkiem. Na środku ma niebieski kryształek.
- To ty - wyjaśnia chłopak. Bierze moją dłoń i kładzie ją na swojej piersi. - Zawsze jesteś w centrum mojego serca.
Mogę krzyczeć, mogę błagać, żeby powtarzał to do końca świata. Zamiast tego odwracam się w jego stronę i spoglądam mu w oczy. W tej chwili twarz rozjaśnia mu się w uśmiechu. W złotych oczach dostrzegam błysk. Nie jest on jednak taki, jak zwykle. Tym razem jest on żywy. P r a w d z i w y. Taki, jakim powinien być od samego początku.
- Laylo... - Sam sposób, w jaki wypowiada moje imię doprowadza mnie do szaleństwa. Czy on wyobraża sobie, jak się teraz czuję?
- Tak? - pytam drżącym głosem. Przeklinam się w duchu za moją słabość. Słabość do niego.
Sky głaszcze ręką mój policzek i uśmiecha się. Ten uśmiech sprawia, że jest tysiąc razy seksowniejszy niż sekundę temu.
- Kocham cię - szepcze. - Kocham cię całym sercem, całą duszą. Całym sobą.
- A co z tą częścią, która wciąż jest z tymi dziewczynami na dole? - Nie mogłam się powstrzymać. Po co to mówi, skoro wszyscy wiedzą, że to kłamstwo?
- Tamta część zniknęła, kiedy zobaczyłem cię tutaj, jak stoisz i patrzysz w gwiazdy. Tamten ja zniknął na zawsze.
Staram się znaleźć na jego twarzy jakiekolwiek oznaki kłamstwa. On jednak wpatruje się we mnie z nadzieją i chęcią akceptacji.
Czuję, że powoli tracę grunt pod nogami.
- Skąd mogę wiedzieć...
- Zaufaj - przerywa mi David, nie odrywając ode mnie wzroku. Jest natarczywy, wręcz zdesperowany. Jak to możliwe, skoro jeszcze kilka minut temu olał mnie dla grupy dziewczyn? Mam tyle pytań i żadnej odpowiedzi.
Znów milczę. Jedne, co mogę teraz zrobić, to pokręcić przecząco głową. Sky robi krok w tył, wypuszczając mnie z ramion. A na jego twarzy po raz pierwszy pojawia się smutek. Jego oczy tracą blask, a twarz staje się mroczniejsza.
- Dlaczego? - pyta, a ja mogłabym przysiąc, że przez chwilę w jego oczach zabłysły łzy. To jego kolejne oblicze. Już przestałam je liczyć, bo jest ich strasznie dużo.
- Sky, ja...
Wtedy chłopak podchodzi do mnie i całuje mnie w policzek. Ktoś mógłby pomyśleć, że to po prostu całus, nic wielkiego. Ale dla mnie jest to spełnienie marzeń. Gdyby chciał, mógłby pocałować mnie w usta. Ale tego nie zrobił i dlatego jest to najcudowniejsza rzecz pod słońcem.
Chyba naprawdę jestem inna.
- Posłuchaj mnie - głos Sky'a zmienia się z sekundy na sekundę. Teraz wyczuwam w nim skruchę i przeogromną nadzieję. Zapiera mi dech w piersi. - Nigdy nie chciałem zrobić ci krzywdy. Kiedy cię poznałem wydawałaś się taka krucha i... taka różna od wszystkich dziewczyn, jakie znam lub znałem. Nie wiedziałem jak się przy tobie zachowywać. Dopiero teraz zrozumiałem, że przez to, że się różnisz, inaczej czujesz. Wiem, że popełniłem straszny błąd, ale jeśli tylko mi pozwolisz, to naprawię go. Sprawię, że już nikt cię nie skrzywdzi. Że przy mnie będziesz czuła się bezpiecznie. Jeśli się zgodzisz, będę twoim najlepszym przyjacielem. Będę co noc myślał o tobie, bo gdy jesteś z dala ode mnie, nie mogę spać. Będę codziennie patrzeć w twoje oczy i robić wszystko, żebyś choć się uśmiechnęła. Bo tylko na tym mi zależy. Na twoim szczęściu i uśmiechu. I już do końca swoich dni będę przy tobie.
Sky kładzie dłonie na mojej talii.
- Zawsze.
Czuję jego zapach. Pachnie... świeżo. Myślałam, że jego będzie przesycony alkoholem i papierosami, ale nie. Czuję las. Nasz las. Ten, w którym się poznaliśmy. Mam wrażenie, że to było lata temu. Że tamte miłe czasy dawno już minęły. Zamykam oczy i powoli wciągam nosem zapach drzew i igliwia. Mam wrażenie, że to najpiękniejszy zapach na świecie.
- Lay... Proszę cię... - wydaje się zdesperowany. Chwyta moją dłoń i przyciąga ją do ust. - Nie mogę żyć widząc, że jesteś smutna. Nie mogę istnieć w świecie, w którym nie ma twojego uśmiechu. Nie każ mi cierpieć. Ale jeśli odmówisz, jeśli nie odwzajemnisz tego uczucia, to będę czekał i codziennie przychodził pod okno twojego pokoju, czekając, aż się zgodzisz.
Wstrzymuję powietrze. Dlaczego tak mu zależy? Dlaczego dopiero teraz?
Każda wolna przestrzeń jest wypełniona ludźmi, tańczącymi w rytm muzyki i przekrzykującymi się nawzajem. U niektórych z nich dostrzegam zamglony od alkoholu wzrok. W pierwszej chwili jedyne czego pragnę, to uciec stąd jak najdalej. Ale wtedy zauważam Sky'a. Biała koszula kompletnie nie pasuje do jego demonicznej duszy. Włosy wydają się być jeszcze bardzie potargane niż zazwyczaj, a na jego twarzy gości zalotny uśmieszek. Znika jednak, kiedy nasze spojrzenia się krzyżują. Czuję się trochę niezręcznie, kiedy wzrokiem penetruje moje ciało. Mam na sobie srebrzystą dopasowaną sukienkę, która kończy się tuż nad moimi kolanami. Cała wręcz błyszczę, a to zdecydowanie nie jest w moim stylu. A przynajmniej nie było. Zwykle nie lubiłam się wyróżniać, choć bardzo prawdopodobne jest to, że po prostu nie umiałam. Dzięki niemu zyskałam pewność siebie. Dodał mi skrzydeł. Nigdy wcześniej nie czułam tej lekkości.
Kiedy jednak Sky powoli zbliża się do mnie, ledwie mogę utrzymać się na nogach.
- Ciszę się, że w końcu założyłaś coś normalnego - mówi na powitanie i wyciąga w moją stronę kieliszek z szampanem. - Fajnie, że przyszłaś.
Nie okazuje emocji. Ma obojętny wyraz twarzy. Szkoda, że mnie okłamuje. Tak naprawdę jestem tylko jedną z wielu. Jestem jednym z celów.
- Szczerze mówiąc, to chcę już iść - stwierdzam z powagą. To miejsce jest ostatnim, w którym chcę teraz być.
- Wyluzuj. - Chłopak posyła mi anielski uśmiech. - Jesteśmy tu, żeby się bawić i razem świętować nadejście nowego roku, a ty kwasisz atmosferę.
Już mam mu odpowiedzieć, kiedy nagle otacza nas tłum dziewczyn, które mają na sobie mniej ubrania niż przeciętna prostytutka.
- David - zaczyna jedna z nich, lekko trącając go biodrami. - Ile jeszcze mamy czekać? Lily zdążyła opróżnić jedną z butelek. Impreza nie może trwać bez ciebie.
Siłą woli powstrzymuję się od rzucenia się na nią. Przecież on rozmawia ze mną, a nie z nimi. Poza tym to nie żaden David, tylko Sky. Mój Sky.
- Jeszcze chwilkę wytrzymasz - uspokaja ją chłopak i znów skupia uwagę na mnie. - Jeśli będziesz chciała do nas dołączyć, to będziemy w pokoju obok.
I w towarzystwie rozchichotanych dziewczyn znika mi z oczu. Nie. Z pewnością nie dołączę do n i c h.
Głośna muzyka rozrywa moje wnętrze. Nie słyszę niczego, poza nią.
Rozglądam się, chcąc w spokoju oswoić się z tym miejscem. Wnętrze pałacyku urządzone jest iście po królewsku. Niewielkie kolumienki podtrzymują ozdobne sklepienie. Na ścianach wiszą malowidła warte więcej niż cała willa Jane. Cały ten dom ma w sumie ponad 150 pokoi, a nawet nie wiem, do kogo należy. Będąc w tym domu, można by się czuć, jak w średniowiecznych czasach królów i królowych. Przeszkodę stanowi ogłuszająca muzyka, kolorowe światła i unoszący się w powietrzu swąd papierosowego dymu.
Naglę odczuwam wielką potrzebą ucieczki stąd i schowania się. Przeciskam się między spoconymi, tańczącymi ciałami na drugi koniec pomieszczenia. Ogromnymi schodami z rzeźbioną poręczą docieram na piętro. Gdybym tylko mogła, wyskoczyłabym przez okno. I naglę rozumiem. Mogę. Rozglądam się po korytarzu. Muzyka dociera tutaj lekko przytłumiona. Pod ścianą siedzi jakiś chłopak. Ma zwieszoną głowę, a po odgłosach chrapania wnioskuję, że śpi. Na piętrze dom wygląda normalnie. Żadnych kolumien, żadnych drogich obrazów ani dywanów. Zamiast tego jest tu mnóstwo różnych drzwi. Bez namysłu otwieram jedna z nich.
Jest zbyt ciemno, żebym mogła dostrzec wszystkie szczegóły tego pomieszczenia. Upiorny blask księżyca nadaje wszystkiemu przerażający wygląd. Ostrożnie wchodzę do środka i zamykam drzwi za sobą. Teraz muzyka całkowicie ucichła.
Rozglądam się dookoła. Pokój wygląda na gabinet zapracowanego człowieka: biurko, stojące w rogu jest zawalone papierami, niedopita kawa wciąż czeka na swojego właściciela, a książki niedbale leżą w pobliżu regału. Uśmiecham się delikatnie. Przed oczami staje mi obraz zmęczonego ojca, który całymi dniami siedzi tu i pracuje, ale kiedy tylko słyszy płacz syna, rzuca wszystko, żeby go wesprzeć. Nikt go nie docenia, żona oskarża go o ciągłe siedzenie w gabinecie, dzieci nienawidzą go za to, że nie ma dla nich czasu. Jednak on robi wszystko, co w jego mocy, żeby nie utracić tego, na co zapracował dla swojej rodziny.
Podchodzę do przeszklonych drzwi, wychodzących na taras. W pierwszej chwili trochę się boję je otworzyć, jednak potrzeba jest silniejsza od strachu. Powoli wychodzę na taras i aż wzdycham z rozkoszy, kiedy szuję na twarzy powiew nocnego wiatru. Jak na sylwestra jest tutaj dość cicho. Żadnych wystrzałów, krzyków ani hałasów. Zapach wieczoru otacza całą mnie, porywając w zupełnie inny świat. W tym momencie mogłabym tańczyć, śpiewać i śmiać się jednocześnie.
Powoli podchodzę do barierki i opieram się o nią. Jest zimna. Zupełnie jak serce Sky'a. Znów uciekam myślami do jego oczu, wpatrzonych w moje. Do jego uśmiechu, przeznaczonego tylko dla mnie. Do jego dłoni, powoli oplatających się wokół mojego ciała. Zamykam oczy i zaciskam dłonie w pięści. Nawet samej siebie nie potrafię okłamać. On tak naprawdę niczego dla mnie nie zrobił. On to robi dla s i e b i e. Już mam wrócić z powrotem do środka, kiedy mój wzrok przyciąga drabina. Pewnie prowadzi na dach. Nigdy nie byłam na dachu, a teraz mam okazję to zmienić. Prawie wybucham śmiechem, zdając sobie sprawę z tego, o czym teraz myślę. Zamiast wciąż wyzywać Davida od najgorszych, myślę o tym, jakie to by było uczucie, gdybym akurat w tym momencie stanęła na dachu. Powstrzymuję się jednak i nawet się nie uśmiecham. Zamiast tego podchodzę do drabinki i zaczynam powoli wspinać się na górę. Szczeble drabiny są równie zimne, jak barierka. Ostrożnie stawiam na nich stopy, coraz bardziej zbliżając się ku ich szczytowi. Moje myśli i dusza znów uciekają do widoku tych wszystkich dziewczyn, z którymi odszedł. To boli bardziej, niż kiedy spojrzał mi w oczy i powiedział, że mnie kocha. To kłamstwo zniszczyło mnie całą, a teraz czuję to ze zdwojoną siłą. Smutek przytłacza mnie tak bardzo, że aż zatrzymuję się w miejscu. Nie mogę iść dalej. Nie mogę piąć się w górę, kiedy on jest tam, na dole. Ciągnie mnie ku ziemi, choć z nim mogłabym sięgnąć gwiazd. Mogłabym być dla niego każdym. Dla niego zmieniłabym się. Na zawsze. Wystarczyłoby słowo, a na zawsze byłabym jego. Tyle że on tego słowa nigdy nie powie. Staję na dachu. Chyba jeszcze nigdy nie byłam tak wysoko. Spoglądam na ludzi wracających szybko do domu, żeby razem z rodziną świętować nadejście nowego roku. Marszczę brwi i staram się skupić na gwiazdach, świecących nad moją głową. Mogłabym przysiąc, że tworzą serce, które co chwilę rozświetla coraz jaśniejszym blaskiem. Przecieram z niedowierzaniem oczy i spoglądam znowu. Serce zniknęło. To było do przewidzenia. Nagle niebo przecina smuga. Spadająca gwiazda. Skupiam się na niej tak mocno, jak tylko mogę i w myślach wykrzykuję marzenie. Chcę być kochaną. Prawdziwie kochaną.
Kiedy gwiazda znika, po raz kolejny tego dnia tracę nadzieję. W tym właśnie momencie czuję czyjeś dłonie na mojej talii i czyjś głos tuż przy moim uchu.
- Kocham cię.
Tracę oddech i zdolność jasnego myślenia, choć to drugie straciłam już bardzo dawno temu. Ramiona Sky'a otaczają mnie tak powoli i delikatnie, że mam wrażenie, że głaszcze mnie jedynie wiatr. Chłopak wtula twarz w moje włosy.
- Kocham cię - powtarza, a ja mu wierzę. Moja wola znów mnie zawodzi.
Nie mówię nic. Z resztą jak zwykle, kiedy jest w pobliżu. Odbiera mi wszystko, co mi zostało. Teraz jestem tylko pustką.
Nagle David podnosi ręce i zakłada mi na szyję wisiorek. Podnoszę go na dłoni, żeby lepiej mu się przyjrzeć. Przy księżycu i gwiazdach wygląda jak zrobiony ze światła. W rzeczywistości to srebrny łańcuszek z małym serduszkiem. Na środku ma niebieski kryształek.
- To ty - wyjaśnia chłopak. Bierze moją dłoń i kładzie ją na swojej piersi. - Zawsze jesteś w centrum mojego serca.
Mogę krzyczeć, mogę błagać, żeby powtarzał to do końca świata. Zamiast tego odwracam się w jego stronę i spoglądam mu w oczy. W tej chwili twarz rozjaśnia mu się w uśmiechu. W złotych oczach dostrzegam błysk. Nie jest on jednak taki, jak zwykle. Tym razem jest on żywy. P r a w d z i w y. Taki, jakim powinien być od samego początku.
- Laylo... - Sam sposób, w jaki wypowiada moje imię doprowadza mnie do szaleństwa. Czy on wyobraża sobie, jak się teraz czuję?
- Tak? - pytam drżącym głosem. Przeklinam się w duchu za moją słabość. Słabość do niego.
Sky głaszcze ręką mój policzek i uśmiecha się. Ten uśmiech sprawia, że jest tysiąc razy seksowniejszy niż sekundę temu.
- Kocham cię - szepcze. - Kocham cię całym sercem, całą duszą. Całym sobą.
- A co z tą częścią, która wciąż jest z tymi dziewczynami na dole? - Nie mogłam się powstrzymać. Po co to mówi, skoro wszyscy wiedzą, że to kłamstwo?
- Tamta część zniknęła, kiedy zobaczyłem cię tutaj, jak stoisz i patrzysz w gwiazdy. Tamten ja zniknął na zawsze.
Staram się znaleźć na jego twarzy jakiekolwiek oznaki kłamstwa. On jednak wpatruje się we mnie z nadzieją i chęcią akceptacji.
Czuję, że powoli tracę grunt pod nogami.
- Skąd mogę wiedzieć...
- Zaufaj - przerywa mi David, nie odrywając ode mnie wzroku. Jest natarczywy, wręcz zdesperowany. Jak to możliwe, skoro jeszcze kilka minut temu olał mnie dla grupy dziewczyn? Mam tyle pytań i żadnej odpowiedzi.
Znów milczę. Jedne, co mogę teraz zrobić, to pokręcić przecząco głową. Sky robi krok w tył, wypuszczając mnie z ramion. A na jego twarzy po raz pierwszy pojawia się smutek. Jego oczy tracą blask, a twarz staje się mroczniejsza.
- Dlaczego? - pyta, a ja mogłabym przysiąc, że przez chwilę w jego oczach zabłysły łzy. To jego kolejne oblicze. Już przestałam je liczyć, bo jest ich strasznie dużo.
- Sky, ja...
Wtedy chłopak podchodzi do mnie i całuje mnie w policzek. Ktoś mógłby pomyśleć, że to po prostu całus, nic wielkiego. Ale dla mnie jest to spełnienie marzeń. Gdyby chciał, mógłby pocałować mnie w usta. Ale tego nie zrobił i dlatego jest to najcudowniejsza rzecz pod słońcem.
Chyba naprawdę jestem inna.
- Posłuchaj mnie - głos Sky'a zmienia się z sekundy na sekundę. Teraz wyczuwam w nim skruchę i przeogromną nadzieję. Zapiera mi dech w piersi. - Nigdy nie chciałem zrobić ci krzywdy. Kiedy cię poznałem wydawałaś się taka krucha i... taka różna od wszystkich dziewczyn, jakie znam lub znałem. Nie wiedziałem jak się przy tobie zachowywać. Dopiero teraz zrozumiałem, że przez to, że się różnisz, inaczej czujesz. Wiem, że popełniłem straszny błąd, ale jeśli tylko mi pozwolisz, to naprawię go. Sprawię, że już nikt cię nie skrzywdzi. Że przy mnie będziesz czuła się bezpiecznie. Jeśli się zgodzisz, będę twoim najlepszym przyjacielem. Będę co noc myślał o tobie, bo gdy jesteś z dala ode mnie, nie mogę spać. Będę codziennie patrzeć w twoje oczy i robić wszystko, żebyś choć się uśmiechnęła. Bo tylko na tym mi zależy. Na twoim szczęściu i uśmiechu. I już do końca swoich dni będę przy tobie.
Sky kładzie dłonie na mojej talii.
- Zawsze.
Czuję jego zapach. Pachnie... świeżo. Myślałam, że jego będzie przesycony alkoholem i papierosami, ale nie. Czuję las. Nasz las. Ten, w którym się poznaliśmy. Mam wrażenie, że to było lata temu. Że tamte miłe czasy dawno już minęły. Zamykam oczy i powoli wciągam nosem zapach drzew i igliwia. Mam wrażenie, że to najpiękniejszy zapach na świecie.
- Lay... Proszę cię... - wydaje się zdesperowany. Chwyta moją dłoń i przyciąga ją do ust. - Nie mogę żyć widząc, że jesteś smutna. Nie mogę istnieć w świecie, w którym nie ma twojego uśmiechu. Nie każ mi cierpieć. Ale jeśli odmówisz, jeśli nie odwzajemnisz tego uczucia, to będę czekał i codziennie przychodził pod okno twojego pokoju, czekając, aż się zgodzisz.
Wstrzymuję powietrze. Dlaczego tak mu zależy? Dlaczego dopiero teraz?
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)