środa, 8 marca 2017

How I lost my Sky 1



„Wszyscy sądzą, że miłość boli, ale to nie prawda. Samotność boli. Odrzucenie boli. Utrata kogoś boli. Zazdrość boli. Wszyscy mylą te rzeczy z miłością, ale w rzeczywistości miłość jest jedyną rzeczą na świecie, która przykrywa cały ból i sprawia, że ktoś znów potrafi poczuć się cudownie. Miłość jest jedyną rzeczą na świecie, która nie boli” – Liam Neeson




























Z dedykacją dla osób, które
Kiedykolwiek skradły nasze łzy.



Prolog




Ogień.
Wszystko płonie. Ogniste języki liżą zachłannie ściany starego domu jednorodzinnego.
Gwałtowna pobudka. Sen miesza się z rzeczywistością. Nikt nie krzyczy, nikt nie woła o pomoc. Wszystko na chwilę zamiera w miejscu. Po dziewięciu minutach do uszu siedmioletniej dziewczynki dochodzi donośne wycie syren. Przerażenie ogarnia całe jej małe ciało. Nie wie, co się dzieje wokół niej. Nie wie, dlaczego tak panicznie się boi. Jakby coś wewnątrz niej już teraz stało w ogniu. Wybiega z domu jako pierwsza. I ostatnia.
Jej oczy zachodzą mgłą. To zdecydowanie zbyt wiele dla niewinnego dziecka. Wszystkie koszmarne dźwięki zlewają się w jednostajne bicie serca, którego nie jest w stanie uspokoić. Niemalże s ł y s z y nadchodzącą śmierć.
Ludzie wyłaniają z pobliskich domów. Zaczynają krzyczeć, płakać i wołać o pomoc. Spokój sprzed chwili nagle gdzieś znika. Panika ogarnia każdego człowieka w okolicy. Nikt nie zważa na małą, przerażoną dziewczynkę, która nie może oderwać wzroku od walącego się dachu jej domu.
Jest przestraszona
Jest zagubiona.




Jest sama.


Kręci mi się w głowie…
Po raz kolejny zagubiłam się we własnych myślach. Od ich nadmiaru jest mi niedobrze. Nie mogę już wytrzymać. Powoli tracę zmysły. Płonę. Życie pędzi przed siebie w nieustannym biegu. A ja? Ja wciąż stoję w miejscu. Przecież tak łatwo jest żyć. Dlaczego ja nie potrafię? Każdy oddech sprawia mi ból, jakby tysiące ostrzy przebijało moje płuca. Jestem sama. Towarzyszy mi jedynie moje własne cierpienie. W pewnym sensie boję się, że ono również mnie opuści. Może przyniosłoby mi to ulgę, ale znów nie miałabym w co wierzyć. Nic nie utrzymywało by mnie w tej cząstce świadomości.
Ktoś krzyczy. Sen odpływa wraz z moim wewnętrznym niepokojem.
Zrywam się gwałtownie. Skaczę na równe nogi, postępuję kilka kroków i tracę równowagę. Wzrok zasnuwa mi ciemność. Pojedyncze plamki skaczą w miejscu, rozpraszając mnie. Przez chwilę nie mogę złapać tchu. Znów opadam na łóżko. Przez otaczającą mnie mgłę przedziera się odgłos kroków. Staram się stłumić ich dźwięk, chowając głowę pod rozgrzaną kołdrą.
Cztery sekundy później drzwi mojego pokoju otwierają się z hukiem. Nie musze nawet patrzeć w tamtą stronę, by wiedzieć, kto przyszedł. Oczami wyobraźni widzę zdenerwowaną twarz matki i jej ramiona, arogancko skrzyżowane na piersi. Chwila.. Jakiej matki? To jedynie kobieta, którą zmuszono do przygarnięcia mnie. Pewnie teraz strasznie tego żałuje.
- Dlaczego wciąż to robisz? Dlaczego wciąż mnie ignorujesz? Co ja ci takiego zrobiłam? – niemal krzyczy, a ja nawet nie myślę o tym, żeby wyjść z łóżka. Nie mam ochoty na nią patrzeć.
- Zamierzasz się do mnie nie odzywać? A może zwyczajnie ci wstyd? Chowasz się przed rzeczywistością. Na szczęście mam łatwy dostęp do twoich rzeczy. Myślisz, że jestem na tyle naiwna, by nie zainteresować się tym, co robisz? Wiem, co ukrywasz. A raczej, co próbujesz ukryć.
- Zamknij się wreszcie! – wybucham, zrzucając z siebie kołdrę. Powoli zaczyna brakować mi tlenu. Dlaczego ona się do mnie tak odnosi? Jakbym była przyczyną wszelkich jej zmartwień i nieszczęść. To zwyczajnie niesprawiedliwe. Przecież wcale nie zależało mi na tym, żeby mnie adoptowała. To ona zgodziła się mnie przygarnąć i żyć w ten sposób. Najwyraźniej nikomu tutaj taki stan rzeczy się nie podoba.
- Znów zaczynasz? – mam wrażenie, że zaraz upadnie z bezsilności i się rozpłacze. Jej ciało co jakiś czas przeszywają dreszcze. Nigdy wcześniej nie widziałam jej w takim stanie. Nagle nieruchomieję. Krew przestaje dochodzić mi do mózgu, tracę zdolność jasnego myślenia.
W rękach tej kobiety zauważam woreczek pełny białego proszku. Doskonale wiem, co to jest. Nie raz miałam z tym styczność w szkole albo na klasowych spotkaniach. Nigdy jednak nie dowiedziałam się, co w tym takiego niezwykłego. Nie ciągnęło mnie do tego, nie chciałam wiedzieć, jak to jest być uzależnionym od czegoś tak błahego. A teraz to coś jest w moim pokoju. Czuję, jak uchodzą ze mnie resztki powietrza, a ja zmieniam się w sflaczałą oponę. Skąd ona to wzięła? Chyba nie należy do „nich”? Nie wygląda na uzależnioną od czegokolwiek, oprócz popołudniowej pizzy i cotygodniowych odcinków swojej ulubionej telenoweli. Czemu więc trzyma to w dłoni?
- Nie udawaj zdziwionej – odzywa się kobieta. – Boże, trzymam pod dachem narkomankę – dodaje szeptem, jakby dopuściła się niegodnego czynu i teraz się z tego spowiadała. Przewracam oczami. Znowu to samo. Wmawia mi, że jestem taka, za jaką ona mnie uważa. Nie dostrzega prawdziwej mnie. Patrzy szablonowo. Upokarza na każdym kroku.
- To nie moje – stwierdzam łagodnym, ale zdecydowanym głosem. Jeśli chodzi o mnie i bezpodstawne oskarżanie mnie pozostanę nieugięta. Za wszelką cenę udowodnię jej, że się myli.
- Tak, jasne – nadal jest cała roztrzęsiona. Nie chcę jej widzieć w takim stanie. W ogóle nie chcę jej widzieć.
- To nie jest moje – tym razem powtarzam to głośniej, wyraźnie akcentując każde słowo. Mam dość Jane i jej przesadzania. Mam dość osądzania mnie o wszystko, co najgorsze.
Mam dość bycia nikim.
- To jak wytłumaczysz mi, że znalazłam to dziś w twojej torbie? Zaczniesz się wypierać jak zawsze?
- Nie wiem, nie mam pojęcia! – zaczynam panikować. – Może ktoś mi to podrzucił? Może Angela?
- Nie mieszaj do tego Angeliki – mówi groźnie Jane i posyła mi gniewne spojrzenie.
- Nadal nie masz dowodów, że jestem narkomanką – stwierdzam rzeczowo. – Poza tym zawsze uważasz swoją córeczkę za świętą. Szkoda, że nie wiesz, co robi za twoimi plecami.
- Dość! – krzyczy kobieta niemal histeryczne. – Mam dosyć twojego ciągłego usprawiedliwiania się. Dorosłabyś w końcu i brała odpowiedzialność za swoje czyny, a nie zwalała wszystko na swoją siostrę.
Patrzę na nią, lekko zdziwiona. W pierwszej chwili chcę ją upomnieć i powiedzieć, że Angela w żadnym razie nie jest moją siostrą. Uważnie przyglądam się Jane, która bezwładnie opada na stojący w kącie fotel. Palcami obu dłoni masuje nasadę nosa. Jest wykończona. Widać to na pierwszy rzut oka. I to pewnie ja doprowadziłam ją do tego stanu.
Ciężko wzdycha i spogląda na mnie.
- Posłuchaj – zaczyna tonem opanowanego i wyrozumiałego rodzica. Wyprowadza mnie tym z równowagi już na samym wstępie. – Nie chcę, żebyś to źle odebrała, ale musisz z tym skończyć. To, co robisz jest chorobą – wypluwa te słowa z nieskrywaną odrazą. – Nie chcę się z tobą kłócić i nie mam takiego zamiaru. Poza tym zaraz zaczynasz lekcje. Ubierz się szybko i idź już. Porozmawiamy o tym, kiedy wrócisz. Może ochłoniesz i będziemy mogły spokojnie to przemyśleć.
Gdy tylko zamyka drzwi mojego pokoju, zwlekam się z łóżka. Jej słowa wcale mnie nie ruszyły. Może trochę zaniepokoiły. Ten sposób, w jaki udzieliła mi reprymendy, delikatny i miły.. To do niej w ogóle nie podobne. Nie mam jednak czasu na zastanawianie się nad cudowną zmianą nastawienia Jane. Nie mam pojęcia, kto jest tego sprawcą, ale chciałabym mu osobiście przyłożyć. Wolałam, kiedy się na mnie wyżywała.
Patrzę na wyświetlacz telefonu, który zawsze leży na szafce nocnej. Do ósmej zostało dziesięć minut. Niedobrze. Jeśli mam zdążyć na czas, muszę wyjść natychmiast. Szybko otwieram jedne z trzech drzwi, znajdujących się w moim pokoju. Wchodzę do sąsiedniego pomieszczenia i zapalam światło. W środku znajduje się masa przeróżnych ubrań. Większości z nich w życiu nie miałam na sobie. Niektóre wiszą na wieszakach, inne znajdują się w szufladach, a nieliczne walają się po ziemi. Jest tu pełno koszulek, spodni, bluz, spódniczek, sukienek i innych takich. Dodatkowo są też buty. Normalne dziewczyny mają więcej butów niż ubrań. Ja natomiast mam tylko trzy pary. Moje ukochane trampki, klapki oraz wysokie do kolan kozaki. Całe pomieszczenie jest większe niż można przypuszczać. Jest tu miejsce na ciuchy, obuwie, dwa fotele, stolik i ogromne lustro. Ścian niemal w ogóle nie widać. Zakrywają je szafy i półki.
Biorę głęboki wdech i podchodzę do pierwszej z brzegu szafki. Wyciągam ze środka ulubioną parę dżinsów i koszulkę z nadrukiem. Z wieszaka ściągam skórzaną kurtkę i błyskawicznie się ubieram. Z niechęcią zakładam również moje kozaki. Nie lubię w nich chodzić, ale jest już zbyt zimno na trampki.
Kiedy jestem już ubrana, wracam do mojego pokoju i rozglądam się dookoła. Pomieszczenie jest wielkości przeciętnej sali lekcyjnej. Nie wiem, po co mi aż tyle przestrzeni, ale staram się ją wykorzystać najlepiej jak potrafię. Mam łóżko z baldachimem, własny telewizor, garderobę i łazienkę. Jednak najbardziej urzeka mnie okno. Właściwie to całą ścianę pokrywa kilka pomniejszych okien, przez co pokój jest oświetlony prawie przez cały dzień. Rozpościera się stąd piękny widok na przeogromny ogród, który o tej porze roku wygląda jakby był pokryty watą cukrową. Gdzieś pod warstwą śniegu znajduje basen. Angela zawsze urządza tutaj swoje urodziny. Ja nigdy nie czułam takiej potrzeby.
Z westchnieniem sięgam po leżącą na ziemi torbę. Przewieszam ją przez ramię i wybiegam na korytarz, zatrzaskując za sobą drzwi. Gdy docieram do schodów, prawie wpadam na Angelikę. Towarzyszący jej jak zwykle kpiący uśmieszek już nieraz doprowadził mnie do szału.
- Słyszałam, co się stało – mówi przesłodzonym głosem, a na jej twarzy pojawia się coś na kształt współczucia. – Tak mi przykro..
- Daruj sobie – warczę, patrząc na nią spode łba. – Doskonale wiem, że to ty za tym stoisz.
- Kto? Ja? - dziewczyna wybucha perlistym śmiechem. – Wybacz, skarbie, ale muszę cię rozczarować. Tym razem nie maczałam w tym palców, ale chciałabym osobiście pogratulować sprawcy.
- Co? – pytam zdezorientowana. Zawsze przyznawała się do popełnionych względem mnie żartów, a nawet się nimi przechwalała.
- Nie ja to zrobiłam – powtarza Angela i wbija we mnie zimne spojrzenie.
- Kłamiesz – syczę wściekle.
- Skoro tak twierdzisz – dziewczyna teatralnym gestem odrzuca ognistorude włosy na plecy i powoli schodzi na dół. Krew wrze we mnie, a dłonie mimowolnie zaciskają się w pięści. Mam już dość tego, że jestem przez nią poniżana. Wiem, kim jestem. I nikt nie musi mi mówić, jak mam żyć. Zamykam oczy i staram się uspokoić. Jeszcze niecałe dwa lata i będę mogła zacząć życie na nowo, z dala od tego domu i ludzi.
Szybko zbiegam po schodach, jednocześnie przeczesując włosy ręką. Po drodze do wyjścia mijam kuchnię. Jane stoi przy kuchence i robi naleśniki, a Angelika właśnie polewa jednego syropem klonowym. Mijam je obojętnie. Nie mam dziś w nastroju na rodzinne śniadanie. Tak właściwie to nigdy go nie mam. Zdecydowanie wolę własne towarzystwo.
Jane jest niesamowicie bogata. Zastanawiam się, czy to zrządzenie losu sprawiło, że przygarnęła akurat mnie. Mieszkamy w willi, nigdy nam niczego nie brakuje, a można powiedzieć, że mamy wręcz zbyt dużo wszystkiego. Nie przeszkadza mi to. Jestem rozpieszczana, choć nie zawsze odpowiada mi życie w takiej rodzinie. Nie mogę jednak narzekać złe traktowanie. Mam więcej niż przeciętna dziewczyna w moim wieku. Osobiste porachunki z Jane to zupełnie coś innego.
Idę w kierunku szkoły, mijając po drodze znajome domy i uśmiechających się do siebie ludzi. Zaczynam wymieniać w myślach mijane po drodze rzeczy. Zielony kosz na śmieci. Drzewo ze złamaną gałęzią. Oparta o płot opona. Zawsze w tej samej kolejności, niezmiennie. Jak długo jeszcze będę tutaj stały? Czy ktoś kiedyś pomoże im się wyłamać z rutyny i pozwolić na coś więcej, oprócz beznadziejnego czekania na niepewne jutro? Chowam twarz za wełnianym szalikiem. W tym momencie czuję się jak jedna z nich. Jak element całości. Jak niezauważany przez nikogo szczegół na ogromnym płótnie.
Zza rogu wyłania się budynek szkoły. Jest biało-żółta, z płaskim dachem i rozległym dziedzińcem. Od pół roku się w niej uczę. Kiedyś liceum wydawało się dla mnie odległą przyszłością. Teraz wiem, że raczej nic się nie zmieniło. Nadal nie nauczyłam się udawać, że do nich należę.
Biorę wdech i pcham przeszklone drzwi. Już od progu uderza mnie unoszący się w powietrzu zapach gorącej czekolady. Uczniowie w niewielkich grupkach siedzą w kątach lub opierają się o ściany i popijają ciepłe napoje, by choć na chwilę odgonić od siebie panującą wokół zimę. Szybko przechodzę przez hol, wypatrując w tłumie jednej, jedynej twarzy. Po chwili ją dostrzegam, rozkoszującą się smakiem swojej ulubionej kawy. Podchodzę do niej.
- Nie uwierzysz, w co mnie wrobiła – mówię na wstępie i z westchnieniem opieram się o automat obok przyjaciółki. – Tym razem naprawdę przesadziła.
- Znowu szlaban? – pyta Sam, zerkając w moją stronę.
- Na razie nie, ale to tylko kwestia czasu – odpowiadam z goryczą. – Angela podrzuciła mi do torby prochy. Nie mam pojęcia, skąd je wzięła. Oczywiście Jane mi nie uwierzyła. Mam przechlapane.
Sam w zamyśleniu odchyla głowę do tyłu.
- To nie ona ci je podrzuciła – zapewnia mnie pewnym głosem i uśmiecha się do siebie. – To byłam ja.
Samantha Marino Norfield. Moja przyjaciółka od.. zawsze. Poznałyśmy się na placu zabaw i od tamtej chwili jesteśmy niemal nierozłączne. A w każdym razie byłyśmy. Mam wrażenie, że w ciągu tych kilku licealnych miesięcy nieodwracalnie się zmieniła. Ta szkoła ją zmieniła. Kiedyś na jej twarzy nieustannie gościł uśmiech. Nie było dla niej nic ważniejszego od szczęścia drugiego człowieka, była w stanie zrobić dla innych wszystko. Może była troszkę naiwna, ale właśnie to dodawało jej uroku. Kiedyś wspólnie śmiałyśmy się z dziewczyn, które na siłę starają się wpasować w otaczający je świat. Kiedyś była po prostu sobą. Teraz jest jedną z nich. Jedną z osób, którymi gardziłyśmy. Nieraz widziałam ją na ulicach w towarzystwie nieznanych mi chłopaków. Zaczęła palić, ćpać, pić. Nie poznaję jej. To już nie jest moja Sam. A jednak mimo wszystko przy niej trwam. Bo w nią wierzę.
Bo wierzę w nas.
Patrzę na Sam, jakby co najmniej uderzyła mnie pięścią w twarz.
- Co zrobiłaś?
- Chciałam, żebyś się w końcu zabawiła – dziewczyna nie zwraca uwagi na mój oskarżycielski ton. – Powinnaś się choć na chwilę oderwać od swojego własnego świata i zobaczyć, jak żyją normalni ludzie w naszym wieku.
Normalni. Chyba nasze poglądy różnią się bardziej niż myślałam.
- Mam już dość problemów – stwierdzam, unikając jej natarczywego spojrzenia. – Nie chcę, by nałóg stał się jednym z nich.
- Jaki tam nałóg! To po prostu szczęście w proszku – Sam mruga do mnie porozumiewawczo.
- Obiecałam coś sobie i jak na razie zamierzam się trzymać swego – odpowiadam przepraszająco, a ona tylko wzrusza ramionami.
- Jak sobie chcesz – dziewczyna wyrzuca pusty plastikowy kubeczek do kosza na śmieci. – Za pięć minut dzwonek. Lepiej już chodźmy.
Wlokę się za Sam do klasy, nadal wstrząśnięta tym, co mi zrobiła. Moja najlepsza przyjaciółka. Kiedyś nigdy by o czymś takim nie pomyślała. Kiedyś.. Zaczynam wątpić czy kiedykolwiek jeszcze będziemy rozumieć się bez słów.
Pani Jancy jak zwykle przychodzi równo z dzwonkiem. Swoim zwyczajem siada za biurkiem i poprawia okulary na nosie. Nienawidzę matematyki, szczególnie z nią. Jest chyba po osiemdziesiątce i sama nie widzi, co pisze na tablicy. Mimo najszczerszych chęci nie jestem w stanie zrozumieć czegokolwiek podczas jej lekcji. Innym uczniom to odpowiada. Sam wspólnie z innymi dziewczynami „rozmawia” z chłopakami i dyskretnie popija alkohol z niewielkiej butelki. Za wszelką cenę staram się ignorować ich napady chichotów albo rzucane na porządku dziennym przekleństwa. Pochylam się nad zeszytem, starając się choć w drobnym stopniu skupić się na słowach nauczycielki. Po chwili jednak daję za wygraną i zagłębiam się w myślach, które przypominają teraz wzburzone morze. Im bardziej chcę się z niego wynurzyć i zaczerpnąć powietrza, tym szybciej tonę. A kiedy próbuję odbić się od dna, ostre kamyki i połamane muszle ranią moje stopy. Staram się krzyknąć, lecz z moich ust wydostają się jedynie bąbelki powietrza. Jak tu trafiłam? Co się stało? I dlaczego nikt mnie nie ratuje?
Z transu wyrywa mnie dźwięk dzwonka, obwieszczającego koniec lekcji. Budzę się z zamyślenia i mimochodem zerkam na zeszyt. Między kolejnymi liczbami, równaniami i wykresami dostrzegam gdzieniegdzie drobne serduszka o mocno zarysowanych konturach. Patrzę na nie obojętnie i pewnym ruchem wrzucam zeszyt do torby, starając się odpędzić widok serc sprzed oczu.


***


Lekcje mijają dość szybko. Po ostatnim dzwonku wychodzę ze szkoły i ruszam przed siebie. Wcześniej starałam się znaleźć w tłumie uczniów Sam, ale zniknęła mi z oczu zaraz po wyjściu z klasy. Chciałam się z nią gdzieś powłóczyć, bo jak na razie nie mam ochoty wracać do domu. Potrzebuję trochę odpoczynku na świeżym powietrzu i czasu na przemyślenie pewnych spraw. Trochę niepokoję się o moją przyjaciółkę i o mnie samą. Ostatnio naprawdę rzadko się spotykamy, co trochę mnie boli. Chciałam z nią o tym porozmawiać, ale chyba nie starczy mi na to odwagi.
Po jakimś czasie spaceru orientuję się, że  przemierzam nieśpiesznie alejki parku, znajdującego się niedaleko szkoły. Śnieg, który pokrywa wszystko dookoła cicho skrzypi pod moimi nogami. Lubię zimę. Kiedy wszystko śpi pod puchową pierzyną i przez chwilę ma się wrażenie, że cały znany świat zniknął, a na jego miejscu pojawiła się jakaś magiczna kraina. A po zimie przyjdzie wiosna i znów wszystko będzie takie, jak dawniej. Jakby nic się nigdy nie zmieniło.
Naprzeciw mnie dostrzegam obejmującą się parę. On szepcze jej coś na ucho, a ona cicho się z tego śmieje. Nawet nie patrzą na otaczający ich krajobraz. W końcu dla niech ten świat nie istnieje wcale. Ich jedyną rzeczywistością są oni i ich miłość. Na chwilę spojrzenia moje i kobiety się krzyżują. W pierwszej chwili myślę, że rzuci w  moim kierunku jakąś uwagę i wyzwie mnie od podglądaczy i zboczeńców. Nic takiego jednak nie następuje. Zamiast tego kobieta posyła mi ciepły uśmiech. W jej oczach lśni czysta i niczym niezmącona radość z życia.
Mijam ich szybko. Nie chcę, żeby zazdrość doszczętnie mnie teraz zniszczyła. Rozumiem, że chciała być miła, ale ten uśmiech jedynie pogorszył moje samopoczucie. Mieć kogoś, dzięki komu można zwyczajnie cieszyć się życiem to największy skarb na świecie. Mówi się, że na każdego czeka taki skarb. Że może stać tuż za rogiem, że wystarczy spojrzenie, by wiedzieć, że to ten jedyny. To prawda, a przynajmniej ja tak uważam. Prawdziwa miłość rzeczywiście może czekać zaraz obok. Problem w tym, że strasznie łatwo ją przegapić. A kiedy raz straci się szansę, nie nadarzy się kolejna. Prawdziwa miłość jest tylko jedna.
Nie wiem, czy mam dość siły, by znaleźć swoją.


Często płaczę. Tak bez konkretnego powodu. Lubię to robić. To jeden z niewielu sposobów, w jaki mogę wyrażać swoje emocje, uczucia, cierpienie. Każdy robi to na swój sposób. Starają się zapomnieć o wszystkim, co ich spotkało, stosując najróżniejsze metody. Nie zawsze dla nich dobre. Ja natomiast po prostu płaczę. Pozwalam, by bezsilność znalazła ujście i opuściła moje ciało pod postacią słonych łez. Oczywiście po jakimś czasie wraca. Zawsze wraca. Płacz pozwala mi choć na chwilę się od niej uwolnić. Świadkami tych emocji są jedynie Sam i ściany mojego pokoju. Przed resztą świata nauczyłam się chować swoją twarz. Z zewnątrz zimna i niezależna, w środku przerażona i samotna. Taka właśnie jestem. Chowam się pod maską tchórza. Maską, która stała się już częścią mnie. Ludzie przyzwyczaili się do tego, że ją noszę, choć nie wiedzą, że w ogóle ją mam. Śmieszny jest fakt, że ja nie mogę jej zaakceptować. Przecież sama ją stworzyłam. Dlaczego więc nie mogę się z tym pogodzić?
Bo to nie jestem prawdziwa ja.
Łzy powoli spływają po moich policzkach. Tuż przed upadkiem drżą, jakby w obawie przed spotkaniem z ziemią. Boją się zapomnienia, zniknięcia. Że nikt nigdy nie wspomni ich krótkiego istnienia. Tak jak o mnie. Jedyną osobą, którą tak naprawdę od zawsze miałam, jest Sam. Co mi zostanie, jeśli ona w ten sposób zniknie?
Zamykam drzwi i zasłaniam okna grubymi zasłonami. Przez chwilę panuje idealna ciemność. Zaraz potem mój wzrok się do niej przyzwyczaja i dostrzegam niewielką smugę światła, dostającą się do mojego pokoju przez szparę między drzwiami i podłogą. Wolno wyciągam spod łóżka świeczkę. Na ślepo odpalam zapałkę i pozwalam, by płomień zaczął delikatnie trawić knot świecy. Może to trochę dziwne hobby, ale kocham wpatrywać się w ogień, tańczący przy każdym moim oddechu. Jego widok zawsze mnie uspokajał, choć kojarzy mi się jedynie z jednym miejscem, teraz już nieistniejącym. Staje mi wtedy przed oczami walący się dach, na skórze czuję to samo ciepło, które biło od mojego palącego się domu. Powinnam nienawidzić ognia. Nie pozwolić, by kiedykolwiek znów pojawił się w moim życiu. Ale nie potrafię tego zrobić. Jakby mnie przyciągał do siebie. Jakby cicho szeptał, że wszystko będzie dobrze. A ja mu wierzę.
Dlaczego ja mu wierzę?
Uśmiecham się do płomienia i wyciągam rękę w jego kierunku. To on wszystko mi odebrał, a jednocześnie jest dla mnie wszystkim.
Dlaczego aż tak go pożądam?
- Layla! Kolacja! – z dołu dobiega do mnie przytłumiony głos Jane. Wzdycham ciężko i jednym dmuchnięciem gaszę świeczkę. Znowu pogrążam się w mroku, ale nie na długo. Opuszczam mój pokój z nadzieją jak najszybszego powrotu do niego. W jadalni Angela rzuca się na jedzenie jak niedożywiona. Doskonale wiem, że tak nie jest. Siadam na swoim miejscu i z westchnieniem wbijam wzrok w swój talerz. Jane ma ściśle ułożony plan z rozpisanymi codziennymi posiłkami, chociaż sama się do niego nie stosuje i niemal codziennie widzę jak po przyjściu z pracy objada się pizzą. A jednak to ona decyduje, co będziemy jeść w danym dniu z dwutygodniowym wyprzedzeniem. To czasami naprawdę irytujące. Idealnie zaplanowane życie bez żadnych spontanicznych działań. Nie chcę mieć takiej przyszłości.
Odchylam się delikatnie na krześle, nie mając najmniejszego zamiaru zjeść czegokolwiek z tego stołu.
- O co chodzi? – pyta Jane z uśmiechem i siada obok mnie ze swoją porcją. – Czemu nie jesz?
- Nie jestem głodna – odpowiadam beznamiętnie, wciąż wpatrzona w talerz.
Ręka mojej macochy zatrzymuje się w powietrzu z nabitym na widelec kawałkiem pomidora.
- Już od dłuższego czasu nie jesz zbyt dużo – zauważa ze zmartwieniem. – Wszystko w porządku? A może to dla ciebie za wielka porcja?
- Nic mi nie jest – mówię dobitnie i wstaję z miejsca. Dalsze rozmawianie z nią nie ma sensu. Jeśli zacznę jej tłumaczyć, to i tak nie zrozumie. Wracam do pokoju i powoli osuwam się na ziemię. Mam wrażenie, że tylko Jane jest takim typem kobiety. Inne matki raczej takie nie są. Na przykład mama Sam. Pani Norfield jest jedną z najmilszych kobiet jakie spotkałam. Bezinteresownie upiekła nam ciasteczka, zrobiła kakao i poleciała do sklepu na drugim końcu miasta, bo skończyły nam się żelki. Jane nie robi takich rzeczy. Nie pozwala nam jeść słodyczy pod żadną postacią. W ogóle mało czasu spędza w domu. Pracuje jako architekt wnętrz i w ciągu dnia zamyka się w swoim gabinecie. Wychodzi z niego tylko na pół godziny, żeby przygotować nam posiłki według swojego grafiku, poczym znów wraca do siebie. Czasami wyjeżdża na jakiś czas, zostawiając mnie i Angelę same sobie. Praca niemal zupełnie ją pochłania, nie ma czasu na opiekowanie się nami. Przynajmniej to cały czas powtarza.
Podchodzę do łóżka i ostrożnie na nim siadam. Jego miękkość i ciepło wzmagają moje zmęczenie, wywołane całym dniem. Wzdycham przeciągle i wbijam wzrok w skrawek ogrodu, wystające zza zasłon. Moje życie to umieranie. Od kiedy straciłam rodziców cały mój świat zapadł się pod ziemię. Odszedł tam, gdzie ja nie Mogę go znaleźć. Ślepo krążę w mroku, starając się go odnaleźć, ale w rzeczywistości jego w ogóle tutaj nie ma. I nigdy już nie będzie. Jestem inna niż wszyscy w każdym możliwym tego słowa znaczeniu. Zawsze odstawałam od rówieśników, nie potrafiłam odnaleźć się w dużej grupie. To dlatego teraz jestem sama. Bo wciąż nie potrafię tego zmienić. Ufam jedynie Sam. A raczej ufałam, dopóki nie przyznała się do tego, co zrobiła. Nie jestem pewna, czy nadal jest tą osobą, którą znam. Może od zawsze była inna, a ja jedynie ją ograniczałam. Chciałabym móc z nią porozmawiać tak, jak to robiłyśmy jako dzieci. Ona naprawdę mnie rozumiała. Potrafiła zaakceptować to, jaka jestem. Potrafiła zaakceptować moją odmienność. Ludzie się jednak zmieniają. Tylko nie ja. Nie potrafiłam stać się silniejsza, bardziej otwarta na ludzi. I wątpię, czy w przyszłości mi się to uda.
Przeczesuję dłonią włosy i ciężko opadam na poduszki. Czuję się tak, jakbym lewitowała w pustce. Jakby wszystko przestało mieć dla mnie znaczenie. Smutek czy radość, samotność czy miłość, życie czy śmierć. Czy to wszystko ma jakiekolwiek znaczenie w obliczu cierpienia, które w jednej chwili potrafi zniszczyć wszystko, co stanie mu na drodze? Po co nadwyrężać swoje nerwy, kiedy na dobrą sprawę już nic się nie liczy?
Przewracam się na bok, ziewając cicho. Nagle ogarnia mnie nieodparta senność, z którą nawet nie chcę walczyć. Przymykam jedynie powieki i zasypiam, wtulona we własne wątpliwości.


Ciemność.
To jedyne, co mnie w tej chwili otacza.
Ciemność i chłód, które przenikają każdy centymetr mojego zdrętwiałego ciała. Bezsilnie rozglądam się dookoła. Wiatr rozwiewa moje włosy, strach ściska mi serce. Nagle orientuję się, że nie jestem tu sama. Mijają mnie bezkształtne postacie, ocierają się o mnie i pchają w różnych kierunkach. Staram się zapytać, gdzie jestem, co się dzieje, ale z przerażeniem zauważam, że nie mogę wydobyć z siebie głosu. Próbuję jeszcze raz. I kolejny. Nie mogę nawet szepnąć. Chwytam ramię pierwszej lepszej istoty i zwracam ją w swoim kierunku. Niemal natychmiast ją puszczam, a ona wraca do swojej wędrówki. Mogłabym przysiąc, że nie miała twarzy. Puste oczodoły, brak ust czy nosa.. Gdzie ja jestem?
Nagle słyszę krzyk. Przeraźliwy, przepełniony bólem i mrożący krew w żyłach wrzask. Po chwili dołączają do niego kolejne przerażone głosy, które echem rozchodzą się wokół. Nie jestem w stanie wychwycić pojedynczych głosów, z wyjątkiem jednego, który uparcie powtarza się w mojej głowie.
- Nie bój się, Laylo. Jestem przy tobie.
Mój umysł pracuje na najwyższych obrotach. Skąd ja znam ten głos? Z pewnością gdzieś go już słyszałam. Nie mogę sobie tyko przypomnieć, gdzie.
Zaczynam bez celu krążyć wokół, starając się znaleźć źródło ogólnej paniki. Krzyki naprzemian słabną i przybierają na sile. Nie mam pojęcia, co chcę osiągnąć chodzeniem w kółko. Dlaczego nie mogę krzyczeć akurat teraz, kiedy strasznie tego potrzebuję?
W jednej chwili ciemność rozprasza się pod wpływem pomarańczowo-szkarłatnego światła. „Ogień?” Zaczynam powoli iść w tamtą stronę. Wokół mnie biegają cienie ludzi, cały czas coś krzycząc. Ignoruję ich jednak i skupiam wzrok na budynku przede mną. Budynku, który tak dobrze znałam. Budynku, który płonie.
Nie do końca pamiętam, co wtedy czułam. Przerażenie? Zdumienie? Ciekawość? Teraz czuję mieszaninę tych wszystkich uczuć. I choć obraz jest nieco rozmazany, chcę tam podejść. Chcę ocalić tych, którzy tam zostali.
Przeciskam się przez tłum i zatrzymuję się w miejscu. Pośrodku ulicy stoi mała postać. Nieumiejętnie zawiązane na szybko małe butki są całe mokre od roztapiającego się śniegu. Ku mojemu zdziwieniu ta postać jako jedyna oprócz mnie nie jest cieniem. Różowa kurteczka i niebieska czapka sprawiają, że dziewczynka wyglądałaby uroczo. Jedyną przeszkodą są łzy spływające po jej zaczerwienionych  policzkach. Robię niepewny krok naprzód.
- Dlaczego ich nie uratowałaś?
Płaczliwy głos pięciolatki zmusza mnie do ponownego zatrzymania się. Nagle dziewczynka spogląda w moją stronę. Przechodzi mnie nieprzyjemny dreszcz.
- Mogłaś to zrobić – kontynuuje, zaciskając delikatnie małe usteczka. – Mogłaś im pomóc. Obudzić ich i wyprowadzić stamtąd. Czemu tego nie zrobiłaś? Nie kochałaś ich?
Kochałam. Nadal kocham. Otwieram usta, żeby to powiedzieć, ale z mojego gardła nie wydobywa się żaden dźwięk.
- Nie kochałaś swoich rodziców, Laylo?
Kochałam! Najbardziej na świecie! Mogę ich uratować!
- Prawda jest taka, że nigdy nikogo nie kochałaś. Jesteś strasznie fałszywa, Laylo. Wiesz o tym?
Nie.
- Oczekujesz od innych wszystkiego, a sama nie dajesz im niczego.
Nie.
- Nawet Sam nigdy nie była dla ciebie aż tak ważna. Zawsze na pierwszym miejscu byłaś ty.
Nie!
Nagle dziewczynka uśmiecha się słodko i podchodzi do mnie. Mimo wciąż płynących łez w jej ogromnych oczach błyszczy radość.
- Jesteśmy najważniejsze, Laylo. Dlatego tam nie wróciłaś. Nie chciałaś z nimi umrzeć. Teraz wszyscy patrzą tylko na nas, opiekują się nami, współczują nam. To nasza zasługa, Laylo. Wiesz, że jesteśmy najważniejsze. Powiedz to.
Gwałtownie kręcę głową, a ona wybucha głośnym śmiechem.
- Nie wierzysz samej sobie? Zobacz! Widzisz? Wszyscy na nas patrzą! Nie o to chodziło?
- Nie.
Dziewczynka milknie. Spoglądam na nią załzawionymi oczami.
- Ja… nigdy tak nie myślałam – zaczynam cicho, zaciskając dłonie w pięści. – Nie jestem najważniejsza.
- Ale chcesz być – podsuwa mała.
- Nieprawda. Chcę mieś rodzinę. Chcę być kochana. Nawet, jeśli miałabym być najmniej ważną osobą na tym świecie, to tylko tego pragnę.
- A czy bycie kochaną i bycie najważniejszą to nie to samo?


Budzi mnie czyjś płacz. Trochę mi zajmuje, żeby zorientować się, że to ja płaczę. Całe moje ciało drży, a łzy mieszają się z lodowatym potem. Przecieram twarz ręką i czekam, aż moje serce wróci do normalnego rytmu. Nie pierwszy raz śni mi się mój dawny dom i tamten pożar, ale kiedyś zawsze wyglądał tak samo. Cienie ludzi, płonący dom, który po chwili pochłania mnie. Jeszcze nigdy nie spotkałam tej dziewczynki. Jeszcze nigdy nie spotkałam mnie.
Niepewnie siadam na łóżku i wbijam wzrok w blask księżyca, rozchodzący się po podłodze. Co miał oznaczać mój sen? O co w nim chodziło? Zamykam na chwilę oczy i staram się przywołać w pamięci twarz dziewczynki, niestety nadaremnie. Im bardziej staram sobie przywołać w myślach szczegóły jej ubioru, tym szybciej się one zacierają. W końcu nie pamiętam nawet, jak wyglądał jej uśmiech.
Powoli podchodzę do okien, uchylam jedno z nich i wyglądam na ogród. Jest cicho i pusto. Migoczące światełka bożonarodzeniowe oświetlają pokrytą śniegiem ziemię. Niewielkie lampiony, które porozwieszane są na dachu stojącej nieco dalej altanki powiewają na delikatnym wietrze. Sama altanka w nocy wygląda jak ciemna, niemal mroczna warownia, miejsce, w którym rodzą się koszmary. Kiedy ponownie zrobi się cieplej, większość wieczorów znowu będę spędzać właśnie tam. Ciche cykanie świerszczy, łagodne dźwięki wydobywających się z pokoju Angeli piosenek, a poza tym głęboka cisza, w której tonie reszta świata są dla mnie jak lekarstwo. Pomagają mi zdobyć energię do następnego dnia, do kolejnych koszmarów na jawie. Na wpół nieprzytomnym spojrzeniem rozglądam się po całym ogrodzie, przebiegam wzrokiem po rosnących pod płotem krzewach. Nagle coś zauważam. Między małymi jeszcze świerkami, które razem z Jane sadziłyśmy latem dostrzegam czarną postać. Oddech mi przyspiesza, kiedy zakapturzona istota robi krok do przodu. Powstrzymuję się od krzyku i przecieram szybko oczy. Kiedy znów je otwieram, ogród ponownie jest pusty, a w miejscu, gdzie chwilę temu stała tamta postać, rośnie jedynie pozbawione liści drzewo. Czekam kilka minut, żeby wyrównać oddech, który wcześniej gwałtownie przyspieszył. Zamykam okno i pośpiesznie wracam do łóżka. Staram się nawet nie myśleć o tym, co widziałam. Chowam się pod kołdrą i usilnie próbuję przywołać sen, odrzucając wspomnienie tego, co działo się przed kilkoma chwilami.
Czy naprawdę zaczęło mi odbijać?


***


Następnego dnia znów wlokę się do szkoły. W myślach przywołuję koszmar z minionej nocy. Nie wiem, co mógł znaczyć. Ostatnio coraz rzadziej je miewałam. Myślałam, że na dobre dały mi spokój. Że pozwolą mi w końcu żyć po swojemu, z daleka od strachu. Najwidoczniej się myliłam, co tylko pogarsza mój obecny stan.
Wchodzę powoli do klasy i mój wzrok napotyka spojrzenie roześmianej Sam. Dziewczyna uśmiecha się do mnie delikatnie, poczym wraca do rozmowy ze swoją przyjaciółką. Wzdycham i zajmuję miejsce w jednej z ławek pod oknem. Już niedługo w ogóle zaczniemy się ignorować. I znowu to nieodparte uczucie zapomnienia, kiedy życie przecieka mi przez palce. Byłyśmy przecież nierozłączne przez tak długi czas. Zwierzałyśmy się sobie ze wszystkiego, razem uciekałyśmy ze szkoły, podglądałyśmy co przystojniejszych chłopaków, a wieczorami w całym pokoju rozpalałyśmy świeczki i tańczyłyśmy do wydobywających się z głośników piosenek. Byłyśmy przyjaciółkami. Byłyśmy dziećmi. Wszystko zmieniło się tak, jakby ktoś nacisnął przycisk. Sam znalazła kogoś, kto bardziej przypominał ją samą. Osobę z tak zwanych „wyższych sfer”. Razem z nowymi znajomymi zaczęła chodzić na zakupy, spędzać czas, który kiedyś przeznaczony był tylko dla mnie i dla niej. Sama zabrała nam to, co obiecałyśmy sobie chronić. Czego przysięgałyśmy pilnować bez względu na to, co przyniesie nam los. Wszystkie te wypowiadane szeptem obietnice zniknęły w jednej chwili jak spadające z nieba gwiazdy. Jedyne, co po nich zostało, po moje wylewane co noc łzy. Czy ona jeszcze kiedykolwiek nazwie mnie przyjaciółką?
- Layla!
Po kilku minutach lekcji zdążyłam odpłynąć i kompletnie zapomnieć, co dzieje się wokół. Krzyk nauczycielki gwałtownie mi o tym przypomina.
- Powiedz proszę, o czym przed chwilą mówiłam – prosi nauczycielka i nachyla się nade mną z podręcznikiem w ręce.
- Nie wiem – odpowiadam obojętnie. Tłumaczenie się nie ma sensu. Jest bezcelowe, tak samo jak moja wiara w to, że jeszcze wszystko wróci do normy.
- Więc może odwiedzenie kozy dzisiaj po lekcjach trochę odświeży ci pamięć.
Świetnie. Jakbym nie miała nic lepszego do roboty. Z wściekłością zamykam zeszyt i krzyżuję ramiona na piersi. Szkoła – psychiatry, w którym wszyscy uważają młodszych za upośledzonych, których należy naprostować, a siebie za zbawców, od których zależy przyszłość tego świata. Irytujące.
Po zakończeniu lekcji idę w kierunku specjalnie oznakowanego miejsca, odwiedzanego jedynie przez uczniów „specjalnej troski”, czyli do szkolnej kozy. Ostrożnie zaglądam do środka i rozglądam się po klasie. Jest tutaj więcej osób niż na początku przypuszczałam. Ostatnie ławki są stałym miejscem pobytu uczniów ze starszych klas, którzy dyskutują o czymś cicho. Pod oknem siedzi chłopak w szarej bluzie z naciągniętym na głowę kapturem. Przed nim zajmuje miejsce rudowłosa dziewczyna w zielono-brązowych spodniach i z chustą, przewiązaną na szyi. W kącie siedzi zaś cichy chłopczyk, który wygląda na dużo młodszego od całej reszty i z pewnością jest to jego pierwszy raz w tym miejscu. Delikatnie przygryzam wargę i odwracam wzrok. Co ja tutaj, do cholery, robię? To zdecydowanie nie jest miejsce dla mnie. Nigdy nie zdarzyło mi się złamać szkolnego regulaminu. No chyba, że wyobraźnia jest w szkole całkowicie zakazana.
Rzucam torbę na ziemię i siadam w pierwszej ławce. Spędzę tutaj jakąś godzinę, nie ma dla mnie większego znaczenia, gdzie usiądę. A wolałabym jednak trzymać się z daleka od kilku przyglądających mi się par oczu.
Po kilku minutach do sali wchodzi dyrektor Allons. Jak zwykle się spóźnił, a marynarkę ma jak zwykle wygniecioną. Nie jestem pewna, czy nadaje się do pełnienia roli reprezentacyjnej naszej szkoły. Tym bardziej, że jego szeroki uśmiech raczej w nikim nie wzbudza zaufania.
- Wierzę, że wszystkim wam znane są zasady obowiązujące w tym miejscu – mówi swoim zachrypniętym basem  i lustruje nas wszystkich poważnym spojrzeniem ciemnych oczu. Nikt nie odpowiada na jego pytanie, więc dyrektor siada przy swoim biurku i zaczyna czytać opasłą książkę o wojnie trzynastoletniej. Chyba nie bardzo go obchodzi, co będziemy robić czasie naszego pobytu tutaj. Jego poziom odpowiedzialności jest jeszcze niższy od mojego poważana względem niego. Nie mając nic lepszego do roboty, wbijam wzrok w stojący za oknem budynek. To Dom Dziecka. Stary, rozpadający się, przerażający – typowy Dom Dziecka. Czuję dreszcze na plecach, gdy pomyślę, że gniłabym tam do teraz. Wąskie korytarze i wiecznie mokre ściany, porośnięte grzybem. Pokoje wielkości składziku na miotły, w których dzieci trzymane są jak w klatkach. Trzy posiłki dziennie, zeskrobywane z samego dna zardzewiałych garnków. Spotkania z resztą mieszkańców tego przybytku, trwające krócej niż godzinę. To przedsionek piekła dla dzieci, które nigdy nie chciały czynić źle. Nadal bym tam siedziała, skulona w szafie, czekająca na zbawienny koniec. Nadal bym tam płakała. Gdyby nie Jane. Uratowała mnie od katorgi zmagania się z tym (nie)życiem. Powinnam być jej wdzięczna. Nie zmienia to jednak faktu, że jej nienawidzę. Na tym świecie w końcu nie ma czegoś takiego jak sprawiedliwość.
Jedna, dwie, trzy minuty ciszy. Nikt się nie odzywa. Uczniowie z tylnych ławek rzucają w moją stronę nieprzychylne spojrzenia. Chłopak z kapturem trzyma w ręce cygaro. Dyrektor tego nie widzi lub po prostu nie zwraca na to uwagi. W uszach rudowłosej dostrzegam słuchawki, więc pewnie słucha muzyki. Chłopak w kącie zdaje się nawet nie myśleć o tym, żeby wydać z siebie jakiś dźwięk. W powietrzu wisi coś, czego nie jestem w stanie jednoznacznie określić. Wystarcza mi jednak kilka chwil, żeby stwierdzić, że nie lubię tych ludzi. Cieszę się, że od jutra zaczyna się przerwa świąteczna. Dobrze mi zrobi chwilowy odpoczynek od szkoły.
- Moi mili, wasza kara dobiega końca – zaczyna dyrektor po kilkudziesięciu minutach męczarni, patrząc na zegarek. Wszyscy automatycznie wstają i udają się w stronę drzwi. Podnoszę z podłogi torbę, lecz drętwieję w jednym momencie, kiedy Allons Kładnie mi dłoń na ramieniu. Skąd on się tutaj wziął? Przecież przed sekundą stał przy swoim biurku. Powstrzymuję się od zrzucenia jego spoconych palców z mojej ręki, przełykam odruch wymiotny.
Klasa szybko pustoszeje.
- Mogę już pójść? – pytam i marszczę czoło z ogromną nadzieją na potwierdzenie dyrektora.
- Czekaj, czekaj – na jego twarzy pojawia się lubieżny uśmiech, a w oczach dostrzegam błysk pożądania. Pan Allons jest gruby i dość obrzydliwy. Pod jego nosem jest zdecydowanie więcej włosów niż na głowie. Ma na sobie za ciasna koszulę i krawat, który wyraźnie mu przeszkadza. Dopiero kiedy nachyla się bliżej mnie zauważam rozpięty rozporek u jego przykrótkich spodni. Cofam się kilka kroków.  Mam ochotę uciec. Czy to kolejny z moich chorych snów?
- Ostatnio zauważyłem, że chodzisz smutna. Czy coś się stało, kochanie?
Tak, wiele rzeczy.
- Nie, panie profesorze – odpowiadam, nadal powoli się cofając. – Jest dobrze. Wszystko w porządku.
- Gdybyś miała jakiś problem, to ja chętnie służę pomocą – mam wrażenie, że przez jego twarz przelatuje cień szaleństwa. Dyrektor podchodzi niebezpiecznie blisko mnie. Nasze ciała dzieli zaledwie kilka centymetrów. Wstrzymuję oddech.
Boję się. Nieznana siła krzyczy do mojego ucha. Karze mi uciekać jak najdalej stąd. Ale nie ruszam się. Strach zupełnie mnie sparaliżował. Obezwładnił mnie. Profesor Allons patrzy prosto w moje oczy. Jakby chciał przez nie dotrzeć do mojej duszy. Jakby ponad wszystko chciał się dowiedzieć, co w tym momencie czuję. O czym myślę.
Jego wzrok rozrywa moje wnętrzności.
Dyrektor długo się we mnie wpatruje, zanim jego dłonie lądują na moich biodrach. Po chwili obejmuje mnie w talii. Czuję wstręt i strach przed tym człowiekiem. Moje usta drżą. On to zauważa. W momencie, gdy jego wargi szukają moich, przygniata mnie swoim ciałem do lodowatej ściany. Allons zapełnia sobą całą dzielącą nas odległość. Brutalnie wpycha swój język do mojego gardła, do oczy napływają mi łzy. Staram się krzyczeć, piszczeć, rzucać na wszystkie strony, ale nie mogę. Stoję unieruchomiona, a moje struny głosowe pękają, jedna po drugiej.
- Nie bój się – słyszę zachrypnięty szept dyrektora. – Przy mnie jesteś bezpieczna.
Głos jak z koszmaru. Te słowa całkowicie pozbywają mnie jakiegokolwiek opanowania. Dłonie Allonsa zaczynają powoli gładzić skórę pod moją koszulką, a ja staram się poruszyć jakąkolwiek częścią zamrożonego z przerażenia ciała. Nagle czuję wibrujący w tylnej kieszeni spodni telefon. Może to Jane! Jeśli uda mi się odebrać, to powinna mnie usłyszeć. Zmuszam się do ruchu ręką i sięgam w kierunku komórki. Napastnik reaguje natychmiast – chwyta moją dłoń, gdy mam ją za plecami i uśmiecha się do mnie głupio. Czuję, jak jego palce zaciskają się na moich pośladkach, a telefon głucho wali w ziemię. Łzy zaczynają płynąć jeszcze szybciej, a moje ciało znowu drętwieje. Dlaczego to wszystko się dzieje?
Nagle dyrektor odsuwa się, by ściągnąć swoje spodnie, a ja wreszcie mogę zaczerpnąć trochę powietrza. Dzięki otrzymanemu tlenowi adrenalina dociera do mojego mózgu i jedyne, o czym myślę, to jak najszybsza ucieczka z tego miejsca. W ułamku sekundy trzeźwieję i zrywam się gwałtownie. Biegnę. Kręci mi się w głowie. Biegnę. I zupełnie nad sobą nie panuję. Wpadam na ławkę. Biegnę. Docieram do drzwi. Są zamknięte. Kiedy on zdążył nas zamknąć? Biegnę. Mój wzrok zatrzymuje się na otwartym oknie na końcu sali. Nie zwracam uwagi już na nic. Sięgam w biegu po torbę i ruszam przed siebie. A to wszystko w ciągu kilku sekund. Jestem przy oknie. On też. Przepycham się. Szarpię. Krzyczę. Jak dzikie zwierzę. A strach powoli mnie zabija. Walczę. Drapię. Kopię. Chwytam za parapet. Podciągam się. Już czuję mroźne powietrze na twarzy. Tak mało brakuje. Allons łapie moją lewą nogę i mocno za nią ciągnie. Chce mnie zatrzymać, a mi zaczyna brakować sił do dalszego stawiania oporu. Ale nadal się wyrywam. W ostatnim przebłysku determinacji wyszarpuję nogę z jego uchwytu. Boleśnie uderzam nią o kant kamiennego parapetu. Wiatr przyjmuje moje bezwładne ciało z otwartymi ramionami, a ja spadam. Upadam na ziemię. Beton. Śnieg. Zapach porażki. A zarazem zwycięstwa. Niemal nie czuję bólu. Tysiąc emocji zlewa się w jedną. Zostałam poniżona. Obdarta z resztek godności. I dumy.
Całowałam się z dyrektorem. I to był mój pierwszy pocałunek. On przecież miał być idealny. Wyjątkowy. Z osobą, którą naprawdę bym kochała. Ten moment miałam zapamiętać do końca życia jako najpiękniejszą rzecz na świecie. Trzymać w sercu do końca swoich dni. Teraz zapamiętam go jako próbę gwałtu. Po nocach będzie mnie nawiedzał obraz przerażającej twarzy dyrektora.
Trzęsą mi się ręce. Boję się otworzyć oczy. Nie mam siły wstać. I wciąż zdaje mi się, że Allons idzie w moją stronę. W rzeczywistości jednak go nie ma. Zniknął. Nic nie słyszę. Nic nie czuję. Jestem tu sama.
Nie mam pojęcia, jak długo leżę na śniegu. Może kilka sekund, a może cały rok. Mam wrażenie, jakbym była zamknięta w małej skrzyni. Nie czuję nawet ziemi pod sobą. Unoszę się w powietrzu, między życiem a śmiercią. Ogromną siłą woli unoszę zamarznięte powieki. Na początku moje oczy razi biel, idealna i niczym niezmącona biel. I myślę sobie, że pewnie umarłam. A później zastanawiam się nad tym, kto by płakał, gdybym umarła. Jane? Pewnie nie miałaby czasu. Może znalazła by chwilę na smutek, ale szybko by zapomniała. Przecież ma jeszcze Angelę. No i nie jestem jej prawdziwym dzieckiem. Przybłęda, która nie potrafi sobie z niczym poradzić. Śmiercią oszczędziłabym jej niepotrzebnych zmartwień. A jednak coś karże mi żyć. Jakiś głos w mojej głowie, ten sam, co wcześniej, popycha mnie do przodu. I wiem, że nie mogę się poddać. Nie mogę umrzeć, nie mogę przegrać. Nie pozwolę ludziom, którymi gardzę mieć satysfakcji z mojego odejścia. Nie chcę, by moje życie tak się zakończyło. To najgorszy rodzaj śmierci – porażka. Kiedy tak patrzę w górę, zaczynam odzyskiwać wzrok. Zauważam budynek szkoły, okryte śniegiem drzewa i ogromne kłęby chmur. Dociera do mnie, że jeszcze nie umarłam. Krew nadal krąży w moich żyłach, powietrze nadal wypełnia moje płuca. Chyba jeszcze nigdy nie czułam się tak szczęśliwa. Z mojego gardła wydobywa się cichy śmiech. To prawdziwy cud, że udało mi się uciec. Całe to zdarzenie trwało kilka minut, które ciągnęły się jak lata. W parę sekund zostałam pozbawiona absolutnie wszystkiego, co jeszcze mi pozostało. Ale przeżyłam.
Nagle ostry ból atakuje moją nogę. Zerkam na nią, powoli obracając obolałą od upadku głowę. Gwałtownie słabnę, gdy orientuję się, że krwawię. Mocno. Moje spodnie przybrały ciemnoczerwoną barwę. Boli. Ale nie mam siły na płacz. Nienawidzę tego uczucia, gdy zbiera mi się na łzy. Jakby coś rozsadzało moje gardło. Mój wzrok się zamazuje, wargi drżą, ręce się trzęsą. To chyba najgorsze uczucie na świecie. To jeden z powodów, dla którego nie lubię płakać. Ale to robię. Niemal codziennie. Ze smutku, ze wzruszenia, z bezradności, ze złości, a nawet bez powodu. Płacze w poduszkę, kiedy nie ma przy mnie Sam, bo nikt oprócz niej nie zaoferowałby mi swojego ramienia. Nikomu nie zależy na tym, żebym się uśmiechnęła.
Boję się.
Krew płynie jednostajnie, ubywa jej coraz więcej. A ja jestem kompletnie wykończona. Nie chcę nigdzie iść, już nie mam siły, by się podnieść. W jednej chwili tracę chęć przeżycia. Jestem gotowa umrzeć tutaj, wśród zimnego puchu, jakby cała radość opuszczała moje ciało wraz z krwią. Lecz nie robię tego. Zaciskam zęby i wolno podnoszę się z ziemi. Na jednaj nodze nie dojdę do domu. Rozglądam się dookoła i mój wzrok zatrzymuje się na torbie, która wypadła ze mną z klasy. Całe szczęście, że w ostatniej chwili ją chwyciłam. Czołgam się w jej kierunku, każdy następny centymetr wywołuje kolejną falę bólu. W końcu się do niej nachylam i wyciągam ze środka apaszkę. Nie wiem nawet, dlaczego ją ze sobą wzięłam. Jest delikatnie fioletowa w różowe kropki. Razem z Sam ją wybrałyśmy. Teraz mocno zawiązuję ją wokół uda. Nie mam odwagi zobaczyć rany. Od kiedy pamiętam, słabnę na widok krwi. Od zawsze bałam się, kiedy Jane zabierała mnie do lekarza. Robię więc jedynie prowizoryczną opaskę uciskową. Nigdy bym nie powiedziała, że pierwsza pomoc przyda mi się w życiu codziennym.
Kiedy w końcu staję na nogach, mam ochotę znów się położyć. Ciemność powoli mąci mi wzrok. Zdezorientowana rozglądam się dookoła. Moje spojrzenie zatrzymuje się na otwartym oknie na drugim piętrze budynku szkoły. To ono uratowało mnie przed dyrektorem. Allons dawno uciekł. Pewnie pomyślał, że nie żyję i porzucił moje ciało. Wcale mu się nie dziwię.
Nie mogę teraz wrócić do domu. To wykluczone. Jane zabiłaby mnie za zniszczenie ubrań i zgubienie telefonu. Zginęłabym podwójnie – przez nią i z bólu. Nie chodzi jednak o ból fizyczny. Bardziej boli upokorzenie, które powoli staje się nie do zniesienia. Niemal osiąga poziom bólu w lewej nodze.
Boję się.
Gdy byłam mała, uwielbiałam się huśtać. Będąc na placu zabaw, robiłam tylko to. Wybłagałam kiedyś Jane i w końcu kupiła mi huśtawkę. Ale to już nie było to samo. Wolałam huśtać się na placu zabaw. Najbardziej wtedy, kiedy nikogo nie było. Zawsze lubiłam ciszę i spokój, ale samotność mnie przygnębiała. Więc szukałam przyjaciółki, która umiałaby ze mną milczeć.
Nigdy takiej nie znalazłam.
Jestem i n n a. Żadna dziewczynka nie chciała się ze mną bawić. Byłam dla nich wszystkich obca. Nikt nie przejmował się dzieckiem spoza ich obrębu. Jakbym z własnej woli stała się sierotą. Byłam wtedy siedmioletnią, zagubioną dziewczynką bez przyjaciół. I nadal nią jestem. W tym momencie czuję się tak samo, jak wtedy: opuszczona, zapomniana, niekochana. Ale poznałam Sam, która nie patrzyła na to, kim jestem. Dla niej liczyło się tylko to, jaka jestem i co mam w sobie.
Odwracam się plecami do szkoły i ruszam przed siebie. Minimetr po minimetrze pokonuję kolejne kroki, starając się ignorować ból i spływającą po nodze krew. Mijam Dom Dziecka, tym razem nawet na niego nie patrząc. Nie chcę znów myśleć o tamtych dniach i tym, co się wtedy stało.
Przeklinam głośno, kiedy uderzam stopą o schowany pod śniegiem kamień. Co on tutaj robi? Chwieję się na jednej nodze, ale w porę odzyskuje równowagę. Stoję tak chwilę, dopóki ból nie łagodnieje i znów zaczynam poruszać się naprzód
Boję się.
Ale to normalne. Bo ja cały czas się boję. Czasem mam dość tego beznadziejnego strachu, ale wytrzymuję. W końcu nie bardzo mam wybór.
Tracę czucie w nodze. Może z zimna, a może jest ze mną coraz gorzej. Straciłam zbyt dużo krwi. Może umieram. Kto wie? Bóg. O ile istnieje. Moja mama bardzo w niego wierzyła. Pamiętam to. Razem chodziłyśmy do kościoła. I nauczyła mnie wielu modlitw. Mówiła, że po śmierci żyjemy lepiej. Wspominała coś o raju. Nie rozumiałam. Dla mnie śmierć oznaczała koniec, a dla niej nowy początek. Nie pamiętam, czy jej wierzyłam. Ale jestem pewna, że słuchałam jej słów z ogromnym zaciekawieniem. Miała dar, była dobrym mówcą. Zapamiętałam jej głos, który każdej nocy kładł mnie do snu i budził, kiedy na niebie pokazało się słońce. Nigdy nie zapomnę też o tym, jak ją kochałam. Oddałabym własne serce, żeby jej mogło dalej bić. Chciałabym dowiedzieć się o niej czegoś więcej. Przez całe dziesięć lat nie zadawałam żadnych pytań, nie mieszałam się w sprawy dorosłych. Ale teraz.. Ja muszę wiedzieć. Muszę wiedzieć, jaka była. Od razu po śmierci rodziców trafiłam do Domu Dziecka. Byłam roztrzęsiona. Rozdarta na milion części. Nikt nie zdołał mnie pocieszyć. Mówili tylko: „Będzie dobrze”. „Nie płacz już”. „Twoja rodzina pójdzie do nieba”. A gdy pytałam, czym jest niebo, nie odpowiadali. Jakby się go obawiali.
Potem znalazła się Jane i wspólnie z Angelą wyciągnęły mnie stamtąd. Z jednego piekła trafiłam do drugiego. Choć mimo wszystko obie dały mi dom. Problem w tym, że on nigdy nie był mój. Nie chcę tam teraz wracać. Powinnam pójść do szpitala, ale tam od razu poinformują Jane, a tego również nie chcę. Więc gdzie mam pójść? Zastanawiam się przez chwilę nad tym, co powinnam zrobić. W końcu decyduję się na to, że odwiedzę rodziców. Oni najlepiej mnie rozumieją. Słuchają uważnie każdego mojego słowa, wszystkiego, co mam im do powiedzenia. Nie zawsze mi odpowiadają, ale i tak słucham tylko ich rad. Choć czasami musze naprawdę się wysilić, żeby coś usłyszeć. Tak, pójdę do nich. To dobry pomysł. Drogę znam na pamięć. Tylko trzy przystanki autobusem i pięć minut pieszo. Sama droga zajmuje około piętnastu minut. Przystanek znajduje się tuż obok domu Jane, więc tak czy inaczej będę blisko piekła. Mam nadzieję, że ani ona, ani jej cholerna córka mnie nie zauważą. W przeciwnym razie nici z odwiedzin.
Adrenalina. Przyspieszone bicie serca. Lodowate dłonie. Para wydostająca się z ust przy każdym oddechu. Wszyscy wydają się podejrzani. Jakby mieli na czole ogromny napis „Jane się o tym dowie”. Fałszywe twarze, zabójcze spojrzenia. Staram się nie patrzeć na mijających mnie ludzi. Nie mogę jednak zignorować ich szeptów. Wiem, że rozmawiają o mnie. Przecież wyglądam teraz jak sierota, którą jestem w rzeczywistości. Szepczą, ale nie mają odwagi odezwać się na głos.
Łzy napływają mi do oczu, kiedy dostrzegam na przystanku młodą matkę z dzieckiem. Jestem coraz bliżej, choć wolałabym się cofnąć. Albo najlepiej cofnąć czas do momentu, gdy żyliśmy szczęśliwie w niespalonym domu. Bardzo bardzo bardzo tego chcę.
- Przepraszam, masz może zegarek? – pyta oschle kobieta, która czeka z dzieckiem na autobus. Prawdopodobnie ten sam co ja.
Nie sprawia wrażenia miłej.
- Nie mam – odpowiadam opryskliwie. Nie chcę udawać, że wszystko jest dobrze. Nie będę grała szczęśliwej. Bo po co?
Siadam na ławce i zacieram ręce. Nie okazuję bólu, który czuję z powodu zranionej nogi. Zwieszam głowę i ostrożnie obserwuję matkę z dzieckiem. Kobieta ma na sobie białe kozaki i futro, w którym prawie się topi. Jest szczupła i niska, więc na początku sprawiała wrażenie młodej. Teraz widzę jej wszystkie zmarszczki i makijaż. Dużo makijażu. Za dużo. Najgorsze jest jednak to, jak ubrała swoją córkę. Dziewczynka w prawdzie ma na sobie różową kurteczkę, ale także krótką spódniczkę i białe cienkie rajstopy. Trzęsie się z zimna. Jest mi jej strasznie żal. A jednocześnie jej zazdroszczę. Ma matkę. Inni marzą o wakacjach w pięciogwiazdkowym hotelu, nowym telefonie, rocznym zapasie lodów czekoladowych. A ja o matczynej miłości.
- Mamo, a gdzie jedziemy? – pyta dziewczynka, patrząc na kobietę z uśmiechem.
- Nieważne, mamusia musi załatwić parę spraw.
Chyba jednak nie mogę powiedzieć, że ta dziewczynka kiedykolwiek takiej miłości zaznała. Gdybym była na miejscu kobiety, kupiłabym córce jeszcze jedną kurtkę albo założyła jej futro, które ta kretynka ma na sobie. Ze złości drżą mi usta. A może to zasługa mrozu. W każdym razie drżą. A ja tego nie lubię. Czuję nieodpartą ulgę, gdy nareszcie przyjeżdża autobus.


Docieram wreszcie na cmentarz. Często tutaj przychodzę. Spokój i cisza przepełniają to miejsce, nikt nie krzyczy i nie mówi, jak powinno się żyć. Moja rodzina dosłownie nigdy się stąd nie rusza. Mama z tatą ramię w ramię trwają, zawsze w tym samym miejscu. Już od dziesięciu lat. A między nimi wiecznie uśmiechnięty szkrab. Mój starszy braciszek. Razem wytrwale czekają. Nie wiem, na co. Ale mam nadzieję, że kiedyś w końcu się doczekają i razem będziemy mogli wrócić do domu.
Wśród śniegu trudno ich odnaleźć. Ale przechodziłam tędy tysiąc razy, wiem dokładnie, gdzie są. W końcu ich znajduję. W ogóle się nie zmienili. Takich ich pamiętam, od kiedy skończyłam siedem lat.
Rękawem strzepuję śnieg z pobliskiej ławki i siadam na niej, pocierając dłońmi ramiona. Niewidzącym wzrokiem patrzę na kamienne nagrobki, wystające z ziemi. Wśród dziesiątków kamiennych płyt widnieją imiona ważnych dla mnie osób. Rodzina Warmheart. Moja mama. Mój tata. Oraz mój starszy dwa lata brat . Za nikim innym nie tęsknię bardziej. I nikogo mocniej nie pokocham. Jestem tego pewna. Żal ściska moje serce. Przychodzę tu prawie codziennie. Za każdym razem kładę coś na ich grobie. Tym razem nie mam niczego, co mogłabym położyć. Po policzkach spływają mi pojedyncze łzy, które ocieram jednym ruchem. Na cmentarzu płakałam tylko raz, kiedy dziesięć lat temu trzy martwe ciała znikały w ziemi pode mną. Od tamtego czasu nie płakałam nad ich grobami. Nie chcę, żeby widzieli moje łzy, w końcu na pewno chcieli zapamiętać jedynie mój uśmiech.
Wstaję powoli z ławki. Mam wrażenie, że zimno dotarło już do moich kości. Robię krok do przodu i przewracam się na śnieg. Lewa noga znowu zaczyna mnie piec. Chwytam ją delikatnie ręką, ale natychmiast ją cofam, gwałtownie wciągając powietrze. Nie sądziłam, że będzie aż tak źle. Mam wrażenie, jakby ktoś przystawił mi do skóry rozgrzany metalowy pręt. Nie wiem, jak sobie z tym poradzę, ale nie zamierzam teraz o tym myśleć. Prowizoryczna opaska uciskowa musi wystarczyć do czasu, aż będę w stanie wrócić do domu Jane. Podnoszę się z ziemi z cichym jękiem, który rozprasza cmentarną ciszę. Staram się trzymać lewą nogę w powietrzu i skakać na prawej w kierunku głównego wejścia. Po kilku metrach znowu się przewracam. Zapominam nawet o wciąż płynących łzach. Po kilku minutach rezygnuję z dalszych prób wstania i zostaję na śniegu. Cała przemoczona i zamrożona. Nikt mnie tu nie znajdzie. Może i krew przestała płynąć, ale jak wda się zakażenie, to już po mnie. Na zawsze zostanie tutaj, przy rodzicach. Ale to już nie będzie porażka. Tym razem jestem w pełni świadoma mojej sytuacji. Wznoszę oczy ku niebu. Jest szare. Podobnie jak moja dusza. Nagle na moje czoła spada mały, zimny płatek. Potem drugi i trzeci. Pada śnieg. W podobnym otoczeniu zginęli moi rodzice i brat. Tylko wtedy śnieg strasznie szybko się topił pod wpływem pochłaniającego mój dom ognia.
Rozpamiętywanie jest głupie. Nie należę do tych, którzy przez tydzień pamiętają o złym słowie rzuconym w ich stronę. Za dużo się ich już nasłuchałam w życiu. Ale za to jestem wrażliwa. I chyba nie chcę tego zmieniać. Lepiej być wrażliwym, niż w ogóle nie mieć serca.
Nie odejdę stąd, dopóki nie położę czegoś na ich grobie. Dużo rzeczy już tutaj leży. Zbite lusterko, pomadka, wysuszone róże, sztuczny tulipan, porcelanowy słonik, turkusowy szalik, naszyjnik z gwiazdką i dużo innych. Niektóre zostały skradzione. Nie wiem, czy zostawianie tu tych wszystkich przedmiotów ma jakikolwiek sens. Dla mnie powinno mieć. A jednak zaczynam wątpić. Tak samo, jak we wszystko inne. Wystarczy, że zerwę gałązkę z pobliskiego drzewa i ją położę. Rzecz jak każda inna. Ale nie do końca. Wszystko, co tu zostawiłam, kiedyś wiele dla mnie znaczyło.
Sięgam do kieszeni i wyciągam z niej długopis. Mrugam kilkakrotnie. Skąd on się tu wziął? Obracam go w palcach i uśmiecham się delikatnie. Ukradłam go kiedyś Angelice i od tamtej pory wiernie mi służy. Z wahaniem rzucam go w śnieg. Przedmiot znika w białym puchu. Wzdycham cicho i zasłaniam oczy dłonią. Co ja mam teraz zrobić? Zostać tu? Z pewnością nie. Jak będę stać w miejscu, to zamarznięcie jest tylko kwestią czasu. Znów próbuję stanąć na nogi. Tym razem udaje mi się zachować równowagę. Zaczynam wolno poruszać się w stronę bramy cmentarza. Jeden. Dwa. Trzy centymetry. Mam ochotę położyć się znów na tym cholernym śniegu. Dwanaście. Trzynaście. Przygryzam wargę, żeby powstrzymać kolejny wybuch płaczu. Dwadzieścia pięć. Dwadzieścia sześć. Brama wydaje się oddalać z każdym krokiem. Trzydzieści dziewięć. Czterdzieści. Po kilku minutach, które dla mnie były wiecznością docieram do wyjścia. Mój wzrok automatycznie ucieka w stronę niewielkiego drewnianego kościółka, który stoi tutaj chyba wieczność. Jest jedyną świątynią bożą, która znajduje się w tym miejscu i każdej niedzieli wszystkie ławki pozajmowane są przez starsze panie, rodziny z dziećmi czy też ciężko pracujących kawalerów. Mimo tego nikt jeszcze nie zdecydował się na renowację kościoła. Budynek marnieje w oczach. Wygląda tak, jakby nawet najlżejszy podmuch wiatru miał go zburzyć. Rodzice często tu z nami przychodzili, modlili się do Boga, oczekiwali spełnienia próśb. Ja też się modliłam. Miałam jedno życzenie, które i tak nigdy się nie spełniło. Ostatni razy byłam tam, żeby zobaczyć stojące przed ołtarzem trumny. Nie byliśmy bogatą rodziną, trumny były wykonane z najprostszego drewna. Nie chciałam na nie patrzeć ani tym bardziej do nich podchodzić. Nie mogłam się z nimi pożegnać, bo to już nie byli oni. To były jedynie martwe ciała, bez życia, bez ciepła, bez uśmiechu. Blade twarze, zwrócone do sklepienia, niewzruszone, sprawiające wrażenie pogrążonych w głębokim śnie. Oni jednak nie spali. Nie było ich tam. Ogień wygnał ich dusze z ciał, rozkazał im umrzeć, a oni nie byli w stanie się temu przeciwstawić. Jakby nie chcieli walczyć.
Albo nie mogli.
Jako dziecko rozumiałam naprawdę niewiele. Dlaczego nie mogłam wrócić z mamą i tatą do domu? Dlaczego nie mogliśmy znowu śmiać się do siebie, bawić w chowanego czy biegać po parku? Dlaczego nie mogłam usłyszeć głosu każdego z nich? Dlaczego w moim sercu nadal czułam ten ogień, który trawił ich ciała? W całym kościele śmierdziało dymem i spalenizną. Twarze z jakichś przyczyn pozostały niemal nienaruszone, ale reszta ciał, okrytych gustownymi ubraniami, była czarna. Spopielona przez płomienie, które trawiły ściany naszego domu. Zapach dymu wdarł się do mojego umysłu, zaczął go dusić. Nie mogłam nic zrobić. Jedynie łzy wolno spływały po policzkach, znikając gdzieś na materiale różowej sukienki. Jacyś starsi panowie wynieśli potem trumny i zaczęli je nieść w kierunku cmentarza. Pamiętam, że nie chciałam tam iść. Nie chciałam patrzeć na to, jak mamusia z tatusiem w zabitych skrzynkach znikają pod ziemią. Nie chciałam tego zaakceptować, choć moje ciało dawno dało za wygraną. Jakby moja podświadomość chciała mi powiedzieć, że to już koniec. Że nie możemy nic zrobić. Że zostałam sama.
Pozwoliłam, by opiekunka z Domu Dziecka zaprowadziła mnie na miejsce, ścisnęła moją dłoń, uśmiechnęła się, powiedziała kilka słów, których i tak nie słyszałam. Nie mogłam ich usłyszeć, bo w mojej głowie zbyt wiele głosów krzyczało w tym samym czasie. Zdania wpadały na siebie, nie pozwalały skupić się na świecie wokół mnie. Mogłam tylko stać i patrzeć, jak zakopują ich ciała pod ziemią. Jak nieznani mi ludzie układają wokoło kwiaty. Jak wszyscy szepczą o biednym osieroconym dziecku. Dlaczego szepczą? Dlaczego nie mówią tego na głos? Jakby się obawiali, że głośniejszym słowem mogą ich obudzić. Nie mogli tego zrobić. Bo przecież nie spali. Dryfowali gdzieś w powietrzu, może nawet nas obserwowali, litując się nad głupimi ludźmi, którzy płaczą przy ich grobach. Przecież to takie żałosne. Powinni bardziej przejmować się tymi, co żyją. Bo to oni nadal muszą cierpieć na tym pozbawionym miłości świecie.
Nawet nie zauważam, kiedy moje nogi wolno kierują mnie w stronę kościółka. Uchylone drewniane drzwi zdają się zapraszać do wnętrza, kuszą ciepłem i obietnicą spokoju. Jakby mogły mi zaoferować wieczne bezpieczeństwo, którego pragnę od tak dawna. W barwnych witrażach mieni się słońce, promienie wesoło skaczą po oknach i ścianach budynku. Delikatnie napieram na bramę, która otwiera się z głośnym skrzypnięciem. Echo roztacza się po pustym kościele, wzbudzając niepokojący skurcz w żołądku. Mimo to wchodzę do środka, wolno rozglądając się dookoła. Puste kroki zostawiają swój ślad w powietrzu, krzyczą, informują wszystkich o tym, że do świątyni wdarł się nieproszony gość. Jakbym była wrogiem. Przejeżdżam wzrokiem po malowidłach, które zdobią drewniane ściany. Wznoszące się ku niebu anioły, światło niszczące mrok, niebo, które stoi otworem i zaprasza do swojego wnętrza.
Nagle zatrzymuję się. Przy jednym z obrazów stoi jedna zapalona świeczka. Mimo tego, że na dworze nadal jest jasno, to doskonale można dostrzec, że jej płomień rozprasza gromadzący się wokół mrok. Unoszę spojrzenie na owy wyjątkowy obraz. Demon, chowający się za skałą stara się uciec przed złotowłosym aniołem. Skrzydlata istota trzyma nad głową miecz, bezlitośnie wypatruje swojej ofiary. W tym momencie ton wydaje się być katem. Kimś, kto skazuje na śmierć. Demon jest bezbronny. Może nie ma serca, ale nadal potrafi czuć. Czuje strach. W takim wypadku chyba również potrafi odczuwać miłość. Został wstawiony w szablon grzechu, zepchnięty do czeluści po tym, jak popełnił błąd. Nie żałował go, przez co został potępiony. W ten sposób pętla zatacza koło, z którego nie można się wydostać. Zemsta na nieprawym człowieku jest zła. Nieczyste myśli są złe. Nienawiść do samego siebie jest zła. Akceptuję to, jestem nawet gotowa żyć wedle tych zasad. Najpierw jednak chcę dostać odpowiedź.
Jak mam żyć w miłości do siebie, kiedy z mojej winy zginęły najbliższe mi osoby?
Ocieram mokre policzki i siadam w jednej z kościelnych ławek. Idealna cisza przeraża bardziej, niż mogłoby się wydawać. Milczący obserwatorzy wdzierają się do duszy i umysłu. Trzeźwe myślenie to już jedynie abstrakcja. Zamykam powieki i staram się w jakiś sposób uspokoić. Przywołuję w pamięci roześmianą rodzinę, która swoim niedzielnym zwyczajem zasiadała w salonie, żeby wspólnie obejrzeć wybrany przez matkę film. Tak było zawsze. Dlaczego teraz się skończyło?

- Mamo! Mamo! Sav znowu wszedł na drzewo!
Zaczynam tupać nóżkami i wydawać w siebie piskliwe okrzyki niezadowolenia. Mój brat jak zwykle podczas zabawy w chowanego wszedł na drzewo, a teraz nawet nie wie, jak zejść. Zawsze tak robi, żeby mnie zdenerwować czy też podpuścić. Jesteśmy zgodnym rodzeństwem, ale w każdej rodzinie czasem chce się utrzeć nosa komuś bliskiemu. To oznaka miłości. Mało praktyczna, ale każdy ma swoje sposoby na wyrażanie uczuć.
- Nie krzycz tyle, Lay! – gdzieś z gałęzi ponad moją głową dobywa się syczący głos. Sav kręci się, coraz bardziej zdenerwowany.
- Przecież wiesz, że masz lęk wysokości – burczę pod nosem i staję do niego plecami. – Dlaczego zawsze musisz to robić? Potem tatuś zawsze musi cię ściągać.
- To nie twoja sprawa – mruczy pod nosem, co chwilę strącając z drzewa liście. – Powinnaś się bardziej zainteresować sobą, a nie mną. W końcu to twoja kolej na chowanie się.
- Jak chciałeś mnie szukać? Z drzewa?
- Co tu się dzieje? – z domu wybiega tata, który rozgląda się z dezorientacją dookoła. – Gdzie jest..
- Na drzewie! – krzyczę od razu i wskazuję palcem na gałąź. – Znowu nie umie zejść!
- Skarżypyta! – wydziera się chłopak i macha w powietrzu nogami. – Tylko skarżyć potrafisz!
- A ty wisieć na drzewie jak idiota! – odkrzykuję mu i podnoszę z ziemi niewielki kamień. Zanim jednak go rzucam, tata zasłania mojego brata swoim ciałem i patrzy na mnie groźnie.
- Dosyć tego. Jeśli nie przestaniecie się kłócić, to nigdy więcej nie pozwolę bawić się wam w ogrodzie. Jesteście rodzeństwem. Powinniście się nawzajem bronić. Zapamiętajcie to, proszę. Bo jak nas zabraknie, będziecie mieli tylko siebie.

Z niespokojnego snu wyrywa mnie dźwięk dzwonów, które obwieszczają nadejście wieczornej mszy. Gwałtownie podnoszę głowę i rozglądam się dookoła. W kościele jest już kilka osób, które posyłają mi zdziwione czy nawet nieprzychylne spojrzenia. Zasnęłam. Przygryzam lekko wargę i podnoszę się z miejsca. Już dawno nie powinno mnie tu być. Dlaczego w ogóle usiadłam w tej ławce? Jakbym nie miała lepszych rzeczy do roboty. Szybko wychodzę przez drzwi na niewielki dziedziniec przed kościołem. Słońce rzuca na wszystko pomarańczowe światło, które nadal jako tako oświetla otoczenie. Zaraz się ściemni i jedynym źródłem światła pozostaną gwiazdy i ewentualny księżyc, który ostatnio ma w zwyczaju chować się za nieproszonymi chmurami.
Wzdycham ciężko i zaczynam wolno iść w stronę chodnika. Nie spodziewałam się, że jeszcze kiedyś wrócę do tego kościoła. Miałam nadzieję, że ten rozdział został zamknięty, a jednak przypomniał mi o jednej z najszczęśliwszych chwil w moim życiu. Mój umysł powraca do rzeczywistości, rozglądam się wokół. Udało mi się dojść do drogi. Ale co dalej? Nie chcę iść do Jane, jeszcze nie teraz. Chyba pozostaje mi jedynie iść przed siebie, choć z taką nogą nie dojdę zbyt daleko. Wolno kuśtykam w kierunku przystanku autobusowego. Pojazd zjawia się niemal od razu. Wolno wspinam się po schodkach, starając się ukryć grymas bólu i ignorując poirytowaną twarz kierowcy, która odbija się w lusterku. W autobusie znajdują się co najwyżej cztery osoby. Nic w tym dziwnego, w końcu zaczyna się ściemniać, wszyscy już dawno siedzą w domach. Z trudem docieram do jednego z foteli na tyłach. Z cichym westchnieniem opieram czoło o zimną szybę i wzdycham, zostawiając na niej niewielką chmurkę, która i tak kilka sekund później znika. Ledwo widzę, co jest za oknem. Słońce zdążyło ukryć się za domami, nie dając żadnego oświetlenia. Nie mając nic do roboty, zaczynam kątem oka obserwować innych pasażerów. Z przodu siedzą dwaj starsi panowie, rozmawiający o wczorajszym meczu. W siatkach mają pełno butelek piwa, więc pewnie dzisiejszy wieczór również spędzą przed telewizorem. Za nimi miejsce zajmuje młoda kobieta ze słuchawkami w uszach. Nie porusza się prawie wcale, chyba śpi. Natomiast tuż przede mną siedzi chłopczyk, na oko dziesięcioletni. Wydaje się być niespokojny, jakby czegoś się obawiał. Rozgląda się z przestrachem na wszystkie strony, cały drży. W pierwszym odruchu mam ochotę usiąść obok niego i zacząć rozmowę, ale chyba przestraszyłabym go jeszcze bardziej niż pomogła mu. Postanawiam więc go obserwować. Dla osoby patrzącej z boku to może wydawać się niepokojące. Zdenerwowany chłopiec i dziewczyna, śledząca każdy jego ruch. Ale mi przecież zupełnie nie o to chodzi. W tym dziecku jest coś zastanawiającego. Przecież nie ma się czego bać. To jedynie autobus, w dodatku prawie pusty, na ma czego się obawiać. Choć z drugiej strony to trochę dziwne, że jest tutaj sam, bez jakiejkolwiek opieki.
Autobus zatrzymuje się na przedostatnim przystanku. Wysiadają dwaj dziadkowie i kobieta. Chłopczyk zostaje. A ja razem z nim. Przecież nigdzie mi się nie śpieszy. Autobus jedzie do ostatniego punktu przez cztery i pół minuty. Przystanek. Chłopiec wybiega na dwór, ja zaraz za nim, jak jego cień. Na zewnątrz jest strasznie zimno, a na niebie świecą już tylko gwiazdy. Nie dziwne więc, że tracę małego z oczu. Czekam chwilę, nie bardzo wiedząc, co robić dalej. Po jakimś czasie księżyc pokazuje się, opuszczając schronienie za chmurą i swoją jasną tarczą rozprasza mrok. Ze zdziwieniem stwierdzam, że jestem na obrzeżach miasta. Za mną rozciąga się droga, a przede mną rozległy las. Widziałam kiedyś mapę mojego miasta, na lekcji geografii. Zapamiętałam tylko to, że jego centrum wcale nie jest w środku miasta i że ze wszystkich stron jest otoczony lasem.
Nie mam pojęcia, gdzie zniknął chłopiec. Nie ma tu żadnego domu, hotelu ani nawet stodoły czy szopy. Są tylko drzewa, które wyciągają ku mnie przerażające ramiona. W lesie byłam tylko kilka razy, kiedy Sam chciała się powłóczyć lub sprawdzić, czy historie z horrorów są prawdziwe. Teraz ja sama mam okazję się o tym przekonać. Przeklinam się w myślach, że zostawiłam telefon w szkole. Gdyby nie dyrektor, nie byłabym teraz w takiej sytuacji. Mogę albo czekać na kolejny autobus, albo iść dalej przed siebie. Zerkam szybko na rozkład jazdy jednego z dwóch autobusów, które kursują po tym mieście. Następny przyjeżdża dopiero jutro rano, do tego czasu zdążę zamarznąć. Może drzewa chociaż trochę ochronią mnie przed wiatrem. Z duszą na ramieniu i bólem w nodze wchodzę za linię lasu. Nie wiem, czy to, co robię, postawi mnie w choć odrobinę lepszej pozycji. A jednak, ku mojemu zdumieniu te obdarte z liści drzewa dają mi poczucie bezpieczeństwa. Rozłożyste gałęzie w jakimś stopniu jednak chronią przed śniegiem, który wciąż wolno spada z nieba. Księżyc swobodnie prześlizguje się ponad koronami drzew, a tegoroczne liście, skryte pod śniegiem lekko amortyzują ból w nodze, kiedy wolno poruszam się naprzód. Z każdym krokiem strach coraz bardziej mnie opuszcza, jednak za każdym razem, kiedy tarczę księżyca zakrywają strzępki chmur, staram się nieco przyspieszyć. Robię kolejny krok i upadam. Z krzykiem turlam się z góry na dół. Moje usta wypełnia śnieg, uciszając mnie. Moja noga na nowo płonie żywym ogniem. Na policzkach czuję zimno. Gdzie ja spadam? Chyba nie chcę wiedzieć. I nagle się zatrzymuję. Czekam chwilę, zanim zdobywam odwagę, by się poruszyć.
Nie wiem, gdzie teraz jestem. I czy w ogóle jestem. Może umarłam już dziesiąty raz dzisiaj. Bądź co bądź, chyba lepiej być tutaj, niż u Jane. Przynajmniej tak mi się wydaje. Nagle czuję na plecach silniejszy podmuch wiatru. Jest mi jeszcze zimniej, niż kilka sekund temu. Trzęsę się jak mały salonowy piesek, który przez przypadek wypadł z torebki. W sumie, to zawsze chciałam mieć takiego pieska. W ogóle zwierzątka domowe to super sprawa. Szczególnie dla osób podobnych do mnie, które potrzebują kogoś do kochania. Chcą całowania, przytulania i bycia. Najważniejsze w miłości – być bez względu na wszystko. Potrzebuję tego. Gdybym miała teraz przy sobie kogoś, kto by mnie kochał, czułabym ciepło, pomimo wszechobecnego śniegu. Ale nie mam. Musze wziąć się w garść, bo jest już zupełnie ciemno, a księżyc może w każdej chwili zupełnie zniknąć.
Próbuję nie myśleć o tym, ile drapieżnych zwierząt żyje w tym lesie, a to sprawia, że myślę tylko o tym.
Wstaję. Sukces. Satysfakcja. Ból. Upadam. I tak w kółko. Kiedy wreszcie udaje mi się pewnie stanąć, orientuję się, że nie wiem, co robić dalej. Przed sobą mam las, za sobą dość stromą górkę, po lewej pustą i ogromną przestrzeń, prawdopodobnie pole albo łąkę. Gdzieś daleko, po przeciwnej stronie, dostrzegam samochody. To chyba mój jedyny ratunek.
Noga boli jak nigdy.
Jestem obolała, bezradna, zrozpaczona. I sama. W dodatku nie jadłam nic przez cały dzień. To by wyjaśniało, dlaczego tak bezradnie turlałam się z tamtej górki. Po prostu brak mi sił. Nie mogę tak dłużej. Muszę do kogoś zadzwonić. Nie mam telefonu. Zaciskam dłonie w pięści i zaczynam wrzeszczeć. Krzyczę nieprawdopodobnie głośno. Może ktoś mnie usłyszy. Drę się. Wniebogłosy. Przeklinam wszystko i wszystkich. Totalnie nie wiem dlaczego. Jestem wściekła.
Na siebie, bo zgubiłam telefon.
Na Jane, bo chyba nie przejęła się tym, że nie wróciłam do domu o czasie.
Na dyrektora, bo gdyby nie on, mogłabym teraz normalnie chodzić.
Na Boga, bo mój los jest tragiczny.
To zdecydowanie za dużo jak na jeden dzień.
Moje nudne, monotonne życie zostało przerwane.
Teraz jest jeszcze gorsze. I to jest chyba najbardziej nieprawdopodobne.
Nie mogę bezczynnie stać na śniegu i czekać na cud. Musze się ruszyć. Nie chcę tu umrzeć. Po prostu nie chcę.
Zaczynam więc iść w stronę samochodów. To teraz moja jedyna szansa. Nagle coś odwraca moją uwagę. Między drzewami dostrzegam cień. Bez właściciela. Jak w moich koszmarach. Podążam za nim wzrokiem, ale on znika. Mrugam dwa razy. Jestem tak zmęczona, że zaczynam majaczyć. Znów zwracam się ku autom. Pomimo wyczerpania i rwącego bólu w nodze, idę w ich stronę. Jest coraz gorzej. Żałuję. Żałuję. Żałuję, że nie wróciłam do Jane.
Nade mną nieskończoność gwiazd. Pode mną nieskończoność płatków śniegu. We mnie nieskończoność myśli. Boję się, że zaraz eksploduję. Jedyne, czego chcę, to znaleźć się w ciepłym domu. Z mamą. Tęsknota wypełnia każdy minimetr mojego ciała. Niemal ją widzę, jest tak rzeczywista. Za wszelką cenę próbuję poukładać sobie w głowie wszystkie dzisiejsze wydarzenia. Na marne. Pamiętam tylko, że się zagapiłam i pojechałam za daleko. Teraz jestem tutaj. I nie mam pojęcia, gdzie jest „tutaj”. Jakieś pola, łąki, lasy. Pustka. Na całe szczęście zbliżyłam się do samochodów. Choć ta podróż trwała wieki.
Chyba umieram. Tracę zmysły. Dłonie zamarzły. Usta pieką. Oczy łzawią. Czoło płonie. Pewnie mam gorączkę. Powoli przyzwyczajam się do irytującego bólu nogi. Zaczynam go znosić.
Modlę się o każdy kolejny oddech.
O każdy kolejny krok.
Mam przed sobą trzy samochody. Prawdopodobnie mi odbiło, ale odnoszę wrażenie, że gdzieś daleko za nimi płonie ogień. Widzę tańczące płomienie.
Nie zastanawiam się długo. Podchodzę do pierwszego samochodu. Szarpię za klamkę, usiłując otworzyć drzwi. Nic z tego. Jest zamknięty. Łzy spływają mi po policzkach. Mam dreszcze. Idę do drugiego samochodu. Albo szczęście mi sprzyja, albo właściciel jest totalnym idiotą. Auto jest otwarte. A ja po prostu do niego wchodzę. Nie myślę o konsekwencjach ani o tym, co zrobię później. Działam pod wpływem emocji. Boję się, że zamarznę. Ogrzanie się w samochodzie to chyba jedyne wyjście.
W środku pachnie miętą. Lubię ten zapach. Jest taki świeży. I kojarzy się z czystością. W ogóle jest tu czysto. Całkiem ładnie i nawet miło. Przez chwilę trzęsę się z zimna, ale po kilku minutach zasypiam na tylnym siedzeniu.

Siedzę na kolanach mamy, wpatrzona w tańczący w kominku ogień. Jego języki wolno liżą kolejne bale drewna, dając nam ciepło i światło. Żyje, oddycha, żeruje. Tak jak ja. Tak jak wszyscy. Ogień jest jak bijące w nieustającym rytmie serce. Jak życie, które pragnie przetrwać, żywiąc się wszystkim, co napotka na drodze. Jest niesamowity.
- Powinni już wrócić – mamrocze mama pod nosem i nerwowo zaczyna gładzić moje włosy. Zawsze tak robi, kiedy jest naprawdę zdenerwowana. – Mieli pójść tylko do sklepu, nic więcej.
- Spokojnie, mamusiu – odwracam twarz ku niej i uśmiecham się szeroko. – Sav i tatuś z pewnością zaraz wrócą.
Wiem, dlaczego tak długo ich nie ma i obiecałam, że nic nie powiem. To w końcu ma być niespodzianka, a przecież każdy uwielbia niespodzianki. Są takie niesamowite!
Mama wzdycha jeszcze raz, poczym odpowiada mi uśmiechem. Lubię, kiedy się uśmiecha. Wtedy naprawdę widać, że jest szczęśliwa. Śmieją się jej usta, oczy, głos i duch. Jakby to była jej magiczna moc, którą potrafi obdarzać innych. Kiedy ona się uśmiecha, uśmiechają się wszyscy. Taka właśnie jest. Jak znajduje się w pobliżu, to jej radość udziela się otoczeniu, w jakim akurat przebywa. Zawsze chciałam się dowiedzieć, jak to robi.
Nagle drzwi w korytarzu otwierają się gwałtownie, na co obie podskakujemy na fotelu.
- Sto lat, sto lat! – do salonu wpada Sav, ściskając w dłoniach bukiet czerwonych róż. Pomimo tego, że za oknami liście są już pożółkłe, to kwiaty wyglądają niemal jak z bajki. Za chłopakiem w pokoju pojawia się tata z ogromną paczką w ręce. Ja dyskretnie zsuwam się z kolan mamy i biegnę do kuchni. Mama nie była dzisiaj w kuchni, więc nie mogła zobaczyć, że w lodówce znajduje się przepiękny, upieczony przez przyjaciółkę tatusia tort. Truskawkowy! Ostrożnie wyciągam go z jednej z półek i kieruję się z powrotem do salonu. Cały czas z uśmiechem wypatruję twarzy mamusi, żeby móc zobaczyć jej reakcję. Na pewno będzie przeszczęśliwa!
Tuż w progu pomieszczenia przyspieszam, żeby natychmiast dać jej ciasto. Na moje nieszczęście potykam się o odstający koniec dywanu i tracę równowagę. Zanim zdążę zareagować, leżę na ziemi z twarzą w bitej śmietanie. Szybko podnoszę się, z przestrachem rozglądając dookoła. Mama błyskawicznie znajduje się obok mnie, pyta, czy wszystko w porządku. Sav stoi z boku, wzdycha ciężko, przewraca oczami. Tatuś chowa twarz w dłoniach. Wszystko zepsułam. Słone łzy zmywają krem z moich policzków, a ja uciekam do swojego pokoju. Znowu to zrobiłam, znowu zawiodłam tatusia. Za każdym razem, kiedy bardzo się staram, to mi nie wychodzi. Jakby śledził mnie pech, którego nie mogę się pozbyć. Nie chcę go. Nie chcę już na żadnej twarzy widzieć tego rozczarowania. Nie wiem, czy będę miała taką możliwość.

- Obudź się!
Krzyczy, ale nie mam pojęcia kto. Boję się otworzyć oczy. Jego głos sprawia, że dreszcze wracają. Serce bije tak mocno, że mam wrażenie, iż zaraz przebije się na zewnątrz. Moje życie to ciągły strach.
Czuję papierosy. Mężczyzna potrząsa mną jak lalką. W końcu otwieram oczy.
Widzę niebo.
- No nareszcie! – Wytłumaczysz się jakoś? Wracam do auta, a tu zastaję obcą dziewczynę, która śpi w najlepsze. W dodatku zaplamiłaś krwią siedzenie. Dużo tu bezdomnych.
Jest zakłopotany. Ja też. Jego natarczywy wzrok wypala dziury w moim ciele. Przeszywa mnie na wylot.
Nie jestem w stanie wydusić z siebie słowa.
- Zostawiłem otwarty samochód? No nieźle, jestem idiotą – mówi, a ja śledzę ruch jego ust przy każdej wypowiadanej przez niego literze. Są niesamowite.
- I co ja mam z tobą zrobić? – pyta bezradnie. Nie czuję nic. Przede wszystkim minął ból.
- Ja już pójdę – zapewniam, poczym wstaję, niemalże uderzając głową o dach. Zapomniałam, że jestem w aucie.
Wysiadam.
Fakt, że noga przestała boleć nie znaczy, że mogę na niej swobodnie stąpać. Uginam ją lekko w kolanie, starając się zachować równowagę i przejść parę kroków. Mijam chłopaka, odwracając wzrok.
- Hej! A ty dokąd? – woła za mną. Po jego głosie zgaduję, że nie ma pojęcia, co robić. Ignoruję go i powoli idę przed siebie.
- Może po kogoś zadzwonić? – pyta po chwili. Zatrzymuję się. Czy mogę go o to prosić? Niepewnie spoglądam w jego stronę. – Może po taksówkę? Albo karetkę? Spokojnie, mogę za to zapłacić, jeśli nie masz pieniędzy.
Nadal uważa, że jestem bezdomną. Myśli, że mnie uraził. Uraził chęcią pomocy. Śmieszne. Głos więźnie mi w gardle, ale zmuszam się, żeby mu odpowiedzieć.
- Tak, dziękuję. Chętnie skorzystam z telefonu.
Chłopak z wahaniem wyciąga komórkę z kieszeni kurtki. Jest niepewny i ostrożny. Też bym była. Kiedy telefon trafia do moich rak, szybko wstukuję numer Jane. Mam gdzieś to, jak wściekła będzie. Tu liczy się moje życie. Po kilku sygnałach słyszę w słuchawce jej głos.
- Tak, słucham?
- Jane! To ja. Jestem w lesie gdzieś na obrzeżach miasta.
- Gdzie jesteś? – ledwo nad sobą panuje.
- Autobus wywiózł mnie za miasto, a ja zgubiłam się w lesie.
Szczerze powiedziawszy, dźwięk jej głosu napawa mnie przeogromną radością. Znika ona jednak po kilku sekundach.
- Co ty tam w ogóle robisz? Miałaś wracać po lekcjach prosto do domu. Już na policję chciałam dzwonić! Masz natychmiast tutaj wrócić.
- Nie słyszałaś? Jestem w l e s i e.
- To zamów taksówkę!
Jane wydziera się jeszcze chwilę, wymieniamy parę nerwowych zdań, poczym rozłącza się. Chłopak zdążył już odpalić silnik samochodu. Podchodzę do niego.
- I co? Przyjedzie karetka? – a on cały czas swoje. Jak ja mam mu to wszystko wytłumaczyć?
- Dzwoniłam do mojej… matki
Już dawno ustaliłam z Jane, że wszystkim, którzy będą zadawać pytania odnośnie mojej matki, mam mówić, że to Jane nią jest. Unikam tym niepotrzebnego współczucia.
- Przyjedzie po ciebie? – ten chłopak chyba za bardzo interesuje się moją osobą.
- Nie, ale raczej trafię sama do domu. Jakoś.
- Wątpię, skoro znalazłem cię w lesie. Jak ty tutaj w ogóle trafiłaś. Masz dom, a sypiasz w czyichś samochodach.
Patrzę na niego spod przymrużonych powiek. On zdaje się tego nie zauważać.
- Choć z drugiej strony to cię rozumiem. Moi starzy to kompletni idioci.
Mam ochotę dać mu w twarz. Co on sobie, do cholery, myśli? Gniew wybucha we mnie i rozprzestrzenia się po całym ciele. Ale muszę się stąd wydostać, a rzucenie się na niego z pięściami z pewnością tego nie ułatwi.
- Może cię gdzieś podwieźć? Nigdzie się nie spieszę. To jak będzie?
Rozum każe mi uciekać. Wola przetrwania wsiąść i pojechać do domu. W końcu okrążam samochód i zajmuję miejsce pasażera. Chłopak nie wygląda na kogoś z niecnymi zamiarami. Poza tym, kto chciałby porywać kogoś takiego, jak ja? Nagle uderzają we mnie obrazy z minionego dnia i nogę przeszywa ostry ból.
- Tylko nie ubrudź krwią tapicerki, bo zatłukę.
Chłopak rozciąga się na siedzeniu obok  i podkręca ogrzewanie.
- To dokąd jedziemy?
Waham się, ale podaję mu adres domu Jane. Po chwili wyjeżdżamy z lasu. W pierwszej chwili boję się, że on znów będzie próbował zacząć rozmowę, ale siedzi cicho. Jakby nie chciał nawiązywać ze mną niepotrzebnego kontaktu. Zerkam na niego kątem oka. Jest skupiony na jeździe. Teraz przynajmniej mam szansę lepiej mu się przyjrzeć. Wydaje się starszy ode mnie. Może o dwa lata. Ciemna karnacja idealnie komponuje się z lekko rozczochranymi czekoladowymi włosami. Na pierwszy rzut oka jest przesadnie chudy, lecz to tylko pozory. Jest szczupły, ale jednocześnie dobrze zbudowany. Normalnie uważałabym go za przeciętnego chłopaka, gdyby nie jego oczy. One zmieniają wszystko. Są duże i uważne. Do tego kolor bursztynu sprawia, że kiedy w nie spojrzę, nie mogę oderwać wzroku. Te oczy, wspólnie z cudownymi ustami i zmysłowym zapachem wanilii, unoszącym się wokół niego, czynią mnie jego więźniem. Mrugam kilkakrotnie. W głowie wciąż słyszę ten głos. Męski, uspokajający. Sam jego dźwięk sprawia, że przechodzą mnie dreszcze rozkoszy.
Zaraz, chwila! O czym ja myślę? Spotkałam go w lesie. Nawet nie wiem, jak ma na imię. Poza tym zniknie z mojego życia, jak tylko wysiądę z tego samochodu.
Odwracam wzrok. Staram się skupić spojrzenie na czymkolwiek: na drzewach, mijanych za oknem, na pojawiających się co chwilę latarniach, na własnych rękach. Nic to nie daje. Nie zauważam nawet, kiedy docieramy na miejsce. Chłopak zatrzymuje się przed willą Jane. Ze zdziwieniem patrzy na dom, ale na szczęście nic nie mówi. Sięgam do pasa i otwieram drzwi.
- Sky - mówi nagle chłopak, uśmiechając się do mnie, w jego policzkach pojawiają się dołeczki.
- Co? – pytam zdezorientowana. Czuję, jak na twarzy wykwita mi rumieniec.
- Nazywam się Sky.
Sky. Nigdy nie słyszałam o takim imieniu. Patrzymy sobie w oczy przez siedem, osiem, dziewięć sekund. W końcu spuszczam wzrok.
- Jestem Layla.
Wychodzę z auta. Zamykając drzwi, ostatni raz na niego spoglądam, poczym idę w kierunku willi. Słyszę, jak chłopak stoi jeszcze chwilę na podjeździe, a potem odjeżdża w sobie tylko znanym kierunku. Odwracam się ku jezdni, żeby mieć pewność, że pojechał. Gdzieś głęboko w sercu mam cichą nadzieję, że czeka. Że zostanie tu na zawsze. Że wystarczy słowo, a zabierze mnie stąd jak najdalej. On jednak zniknął. Odszedł. Tak jak wszyscy.
Wzdycham ciężko. Teraz czeka mnie spotkanie twarzą w twarz ze wściekłą Jane. Ale co ja mam jej powiedzieć?
Drżącą dłonią naciskam dzwonek. Z głębi domu dochodzi przytłumiony, denerwujący odgłos. Słyszę go zawsze, kiedy pod dom przychodzi dostawca wegetariańskiej pizzy, czyli co jakieś dwa tygodnie. Czekam trzy minuty, zanim Angela otwiera drzwi.
- To ty? - udaje śmiertelnie zdziwioną. - Myślałyśmy, że przygarnęła cię rodzina wilków. Mama już zamawiała ci miejsce na cmentarzu...
- Angelika! - Za dziewczyną staje rozzłoszczona Jane. - Nie miałaś przypadkiem iść spać?
- Ale mamo...
- Do łóżka! Ale już!
Angela waha się chwilę, aż w końcu posłusznie idzie na górę, do pokoju.
- Wejdź - mówi do mnie Jane, a ja wchodzę do środka. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak mi zimno, dopóki nie weszłam do domu. Moje ręce są czerwone, jak jeszcze nigdy, nogi potwornie się trzęsą, a o uszach to nawet nie wspomnę. Zęby zaczynają mi cicho dzwonić. Obejmuję się ramionami, próbując się w jakiś sposób rozgrzać. Niewiele to jednak daje, ponieważ nadal stoję przy drzwiach, od których aż bije zimnem.
Jane zamyka szybko wejście  i prowadzi mnie w głąb domu. Siadamy w salonie, przed kominkiem, na ogromnej i nieco podstarzałej kanapie. Kobieta mierzy mnie poważnym spojrzeniem.
- Laylo, posłuchaj mnie. Wiesz, że nienawidzę cię karać – zawsze to mówi, zanim zacznie się na mnie wydzierać i da mi szlaban na wszystko, oprócz oddychania. – Tym razem jednak posunęłaś się za daleko. Jesteś jeszcze za młoda, żeby szwendać się w środku nocy po lesie. Miałaś wracać do domu zaraz po lekcjach. Co się stało? Martwiłam się. Dlaczego mnie nie posłuchałaś?
- To nie moja wina! – zaczynam się bronić. W takich chwilach zwykle mam napady złości lub nawet agresji. Tym razem jednak łagodne podejście do sprawy od strony Jane trochę zbija mnie z tropu.
- Nie twoja? W takim razie czyja? 
Waham się. Jeśli powiem jej o incydencie w szkole, to mi nie uwierzy. Milczę więc dłuższą chwilę. W końcu Jane wzdycha.
- Wiem, że w tym wieku trudno ci postępować zgodnie z prośbami innych. Rozumiem, że przechodzisz okres buntu, ale musimy ustalić parę reguł, których nie możesz łamać. Ale na początek - gdzie jest twój telefon? Wspominałaś, że ci się rozładował i nie odbierałaś, jak dzwoniłam.
Nie powiedziałam jej prawdy o telefonie. Staram się patrzeć wszędzie, tylko nie w jej oczy.
- Pewnie wypadł mi z kieszeni, jak zabłądziłam w lesie.
- Nie masz go?
- Nie.
Jane zamyka oczy i masuje nasadę nosa. Mam ochotę schować się w moim pokoju i to jak najszybciej. Nie lubię, kiedy tak ze mną rozmawia. Zawsze czuję się winna, nawet jeśli wiem, że osądza mnie niesłusznie. Właśnie teraz się tak czuję.
- Idź już - mówi kobieta, starając się uspokoić.
Nie zastanawiam się długo. Wbiegam na schody i zostawiam Jane sam na sam z własnymi myślami. W pokoju niemal upadam na ziemię i gwałtownie chwytam się za nogę. Ból powrócił, kiedy się ogrzałam. Dziwne, że Jane nie zauważyła zakrwawionych spodni ani już czerwonej od krwi apaszki. A może zauważyła, tylko je zignorowała. Na razie jednak ważne jest to, że muszę opatrzyć ranę. Z szeroko rozwartymi powiekami i przerażeniem w sercu powoli zaczynam ściągać spodnie. Krew zdążyła zaschnąć, a prowizoryczna opaska uciskowa zdołała w większej mierze zatamować krwawienie. Gdyby nie ona, pewnie zemdlałabym w lesie. Każdy najlżejszy ruch skutkuje kolejną falą bólu. Odrywam zaschniętą krew od skóry, tłumiąc krzyk. Gdy w końcu ściągam spodnie, z radością przyjmuję powiew powietrza, wpadającego z otwartego okna i okalającego moją nogę. Odrzucam materiał w kąt i z wahaniem spoglądam na ranę. Głośno syczę i zamykam powieki, żeby odgonić ten obraz. Miałam nadzieję, że będzie lepiej. Noga jest cała w siniakach, większych lub mniejszych w kolorach od ciemnej zieleni po śliwkowy fiolet. Od kolana aż do kostki biernie podłużna rana. Moje tętno przyspiesza, oddech też. Chyba nie wytrzymam dłużej nawet myślenia o tym. Otwieram oczy, ale szybko odwracam wzrok, co jednak wcale nie pomaga. Po całym pokoju wciąż skacze mi obraz zakrwawionej nogi, która będąc tyle czasu pod spodniami, mogła się już zakazić. Czas staje w miejscu. Słyszę jedynie mój świszczący oddech i szybkie bicie serca. Jak to mogło się stać? Uciekając przez okno w szkole, tylko lekko zahaczyłam nogą o parapet.
Gdy myślę, że nie może być gorzej, drzwi mojego pokoju lekko się otwierają. Bez powietrza w płucach szybko patrzę w tamtą stronę. To na szczęście jedynie Angelika. Ma na sobie koszulę nocną w małe, różowe słoniki. Nawet teraz przypomina księżniczkę. Pełne wyższości spojrzenie i arogancki uśmieszek wzbudzają we mnie wściekłość. Już ma coś powiedzieć, kiedy jej wzrok przenosi się na moją nogę, na zakrwawioną podłogę i dywan. Uśmiech powoli znika, a wraz z nim jej pewność siebie. Z twarzy Angeli odpływa cała krew, jej skóra ma teraz lekko szarawy odcień. Jeszcze nigdy nie widziałam jej tak zszokowanej. Wygląda jak upiór albo zjawa z horrorów, które często oglądamy z Sam. Jakbym co najmniej zabiła jej całą rodzinę, a ciała rzuciła z pomostu do rzeki.
- Dlaczego milczysz? – zaczynam gniewnie i staram się zakryć ranę. Jeśli zaraz zemdleje, to wpadnie tu Jane i będzie domagała się wyjaśnień.
Dziewczyna nie odpowiada. To do niej niepodobne. Marszczę brwi.
- Dalej, dowal mi. Powiedz coś. Za mało cierpię – szepczę. Jest przerażona. Przynajmniej mam taką nadzieję. Nienawidzę jej. Za dużo razy się na niej zawiodłam. To tylko córka kobiety, która okazała mi litość i mnie przygarnęła. Jest dla mnie nikim. Tak, jak ja dla niej.
Angelika nadal się nie odzywa. Może to taka zaplanowana akcja. Postoi chwilę, a zaraz wybuchnie śmiechem. Jestem tego niemal pewna.
Powoli siadam na łóżku, starając się ją ignorować. Wzrok wlepiam w ścianę.
- Potrzebujesz pomocy? – zaczyna drżącym głosem, a mi ponownie tego dnia zaczyna brakować tlenu.
Pomoc od Angeli? Ona jest ostatnią osobą, którą bym o cokolwiek poprosiła. Aż mnie mdli na samą myśl, że stoi tak blisko mnie. Głód rozrywa mój żołądek. Jestem zmęczona. Potrzebuję snu.
- Nie – odpowiadam sucho po dłuższym czasie.
- Przyniosę ci coś do picia – upiera się. Nie mam pojęcia, dlaczego jest taka miła. Z pewnością udaje.
- Nie – powtarzam. Pewnie uzna mnie za znieczulicę. Może ma rację. Nadmiar emocji sprawia, że nic nie czuję. Jestem obojętna na otaczający mnie świat. Ale tylko przez chwilę, za moment mi przejdzie. Wrażliwość zwycięży i znów będę sobą.
Mogę uciec od Jane, problemów, szkoły, Angeli. Ale nie od samej siebie.
- Może zrobić ci kakao? – Angelika się nie poddaje. Tracę nad sobą kontrolę.
- Nie, rozumiesz? Niczego od ciebie nie chcę. Niszczysz mi życie. W ogóle to co tak nagle zależy ci na tym, żeby mi pomóc? Nie było cię przy mnie wtedy, gdy dławiłam się łzami. Mam ci teraz zaufać? Nie ma mowy – przesadzam. Jestem bardzo rozdrażniona. Trzęsą mi się ręce. Może gdyby nie zmęczenie po całym dniu, to postąpiłabym inaczej.
Angela nie odpowiada. Chwilę stoi nieruchomo, po czym wychodzi. Bez słowa. Z kamienną twarzą.
Gaszę światło. Jedyne, o czym teraz marzę, to sen. Jest koło drugiej w nocy. Wydaje mi się, jakby minął tydzień od kiedy zasnęłam w samochodzie tamtego chłopaka.
Mija kilka minut. Wiercę się niespokojnie i zerkam w stronę drzwi. Ktoś wchodzi do mojego pokoju. Udaję, że śpię. Uznałam, że tak będzie najlepiej. Chcę uniknąć jakichkolwiek rozmów.
Słyszę tylko, że ktoś kładzie coś na moim biurku, stoi chwilę w miejscu, wzdycha i po chwili wychodzi. Gdy jestem pewna, że minęło wystarczająco dużo czasu, aby móc się poruszyć bez obawy, że ten ktoś mnie usłyszy, zrzucam z siebie kołdrę. Wolno podchodzę do biurka, żeby sprawdzić, co to jest. Niemal upadam ze zdziwienia, kiedy to zauważam. Taca pełna jedzenia. Talerz tostów, pokrytych ketchupem. Kawałek tortu czekoladowego z orzechami i polewą karmelową. Jane zawsze go piecze, gdy ktoś ma urodziny albo wtedy, kiedy w domu panuje napięta atmosfera. Tylko ono potrafi sprawić, że wszystkie zmartwienia na chwilę znikają. Jest nawet gorące kakao. Nie zastanawiam się długo. W ciągu kilku minut całe jedzenie znika, talerze są niemal zupełnie czyste. Już nie burczy mi w brzuchu, sen ponownie wkrada mi się po powieki. Znowu siadam na łóżku. Chcę teraz zasnąć i spać jak najdłużej, ale wiem, że nie mogę. Moja noga tego nie wytrzyma.
Idę powoli do łazienki i wchodzę pod prysznic. To na pewno będzie nieprzyjemne, ale nie mam wyboru. W momencie, kiedy ciepła woda dotyka mojej rozciętej skóry, piekło, które czuję, przechodzi na wyższy poziom. Gryzę się w język, żeby nie krzyknąć. Cofam nogę, by po chwili znów wejść pod strugę wody. Siadam na dnie i zaczynam delikatnie obmywać ranę z krwi i brudu. Ból nieustannie mi towarzyszy. Jakbym sama zdzierała z siebie skórę i wbijała paznokcie w powstałą ranę. Dobrowolne tortury, niszczące moje ciało z każdej możliwej strony. Po kilku minutach wychodzę z łazienki. Noga jest czystsza, a ja czuję wyraźną ulgę. Rana nadal wygląda paskudnie, skóra jest rozcięta i teraz nawet powietrze sprawia mi ból. Jednak taka jest moja cena za.. właściwie to za nic. Ale to jednak nie ma żadnego znaczenia. Za jakiś czas siniaki znikną i po tym wydarzeniu pozostaną jedynie niemiłe wspomnienia i podłużna blizna.
Kiedy wchodzę do pokoju zauważam, że zniknęła taca z biurka, z podłogi spodnie i zakrwawiony dywan. Zamiast tego pojawiła się buteleczka z kartką. Na papierze rozpoznaję pismo Angeliki.

„Zdezynfekuj ranę i postaraj się nie ruszać. Niedługo przyjdę. Muszę zszyć ci nogę, bo inaczej się nie zagoi. Przepraszam.”

A ja myślałam, że już nic mnie nie zdziwi. Angela, moja młodsza, wredna, przyrodnia siostrzyczka mnie przeprasza. I co jeszcze? Może zaraz do pokoju wejdą moi rodzice i z uśmiechem oznajmią, że wszystkie dni, które wycierpiałam w tym domu były jedynie żartem.
Mimo wszystko Angelika ma rację. Nie mogę tak zostawić tej rany. Drżącą dłonią sięgam po buteleczkę z wodą utlenioną i powoli wylewam na nogę. Tym razem nie jestem w stanie powstrzymać wrzasku. Z mojego gardła wyrywa się nieludzki krzyk. Nagle znikąd pojawia się przy mnie Angelika z chusteczkami w ręce. Najpierw zakrywa mi usta dłonią i nasłuchuje przez chwilę jakby w obawie, że zaraz wpadnie tu zaspana Jane. Kiedy jednak do jej uszu nie dochodzi żaden dźwięk, wzdycha z ulgą. Ostrożnie wyciera ranę z wody utlenionej. Doskonale wie, dlaczego krzyknęłam. Po chwili ból przechodzi. Dziewczyna zabiera rękę z mojej twarzy i polewa nogę jeszcze raz. Zaciskam powieki i wbijam paznokcie w dłonie, żeby nie krzyknąć po raz drugi.
- Będziesz musiała wytrzymać, jak będę ci ją zszywać – mówi z powagą Angela. Jest zimna i wyrachowana. Jak nie ona. – Nie jestem w stanie dać ci znieczulenia.
Marszczę brwi.
- O nic cię nie prosiłam..
- Wiem – ucina dziewczyna i przenosi wzrok na moją twarz. Nasze spojrzenia na chwilę się krzyżują, a ja już nie protestuję.
- Dziękuję – tylko tyle mogę z siebie wydobyć. Angela wprawdzie nie odpowiada, ale widzę, że jest usatysfakcjonowana. Ona nigdy nie dziękuje, nigdy nie przeprasza, nigdy nie okazuje ludzkich emocji. A przynajmniej tak myślałam.
Aż do teraz.
Od zawsze bałam się bólu. Następne dwadzieścia minut jest dla mnie męczarnią i tylko siłą woli powstrzymuję się od ucieczki z pokoju. Mimo, że Angela zszywa ranę najdelikatniej, jak potrafi, to i tak ból rozrywa mi nogę. Robię wszystko, żeby nie zacząć krzyczeć. Angelika mówi coś do mnie, stara się rozmawiać, odwrócić moją uwagę. Podnoszę rękę do ust i mocno ją gryzę. Po moich policzkach zaczynają płynąć łzy, a ja nie mogę ich powstrzymać.
Gdy Angela kończy, ostrożnie chwyta moją dłoń i mówi, że mogę otworzyć oczy. Zerkam na moją nogę. Jest cała obandażowana, a ból powoli przechodzi. Obok zauważam stos zakrwawionych chusteczek.
- Gdzie się tego nauczyłaś? – pytam ochryple, podnosząc się z ziemi. W pierwszej chwili myślę, że nigdy nie będę mogła stawać na lewej nodze.
- W harcerstwie – oznajmia dziewczyna i sadza mnie na łóżku. Patrzę na nią ze zdziwieniem.
- Jesteś harcerką?
Mogłabym powiedzieć o niej wiele rzeczy, ale na pewno nie to.
Angela kiwa głową i schyla się, żeby posprzątać chusteczki.
- Przyjdę jutro, żeby zmienić ci bandaż. Za kilka dni będziesz mogła normalnie biegać – mówi cicho i uśmiecha się do mnie. – Pójdę już.
Nie odpowiadam. Dziewczyna podchodzi do drzwi i po chwili znika na korytarzu. Powoli wstaję i idę za nią do wyjścia z pokoju. Nasze sypialnie znajdują się daleko od siebie. Dom Jane jest naprawdę ogromny. Przypomina nowoczesny pałac, serio.
Odprowadzam Angelę wzrokiem do czasu, aż znika w swoim pokoju. Potem wracam do łóżka i nieprzytomnie wczołguję się pod kołdrę.
Zasypiam w ciągu kilkunastu sekund.



Promienie słońca łaskoczą mój nos. Zapowiada się wyjątkowo ciepły dzień, pomimo wszechobecnego śniegu. Słońce wkrótce go stopi i pozostanie po nim tylko błoto. Zimne błoto. Szczerze mówiąc, wyspałam się. Nie mam pojęcia, która jest godzina. Nie mam w pokoju zegara. Nie lubię czasu i tego, że płynie. Gdy dzieje się coś dobrego – szybko, a gdy siedzę w szkole – przeraźliwie długo. Nie cierpię zegarów, wskazówek, godzin i innych rzeczy związanych z czasem.
Mój pokój jest naprawdę ładny. Dominują w nim moje ulubione kolory: szary, lawendowy i perłowy. Jane zaprojektowała cały dom. Muszę przyznać, że jest w tym świetna. Brzydzę się jej willą, ale jednocześnie bardzo mi się podoba. Przyznaję się do tego tylko dlatego, że mam dość dobry humor. Pierwszy raz od bardzo dawna.
Próbuję nie myśleć o przykrościach.
Muszę żyć niezależnie od tego, ile razy runęło niebo.
Nie zamierzam tu siedzieć Samotność mnie dobije. Jane, o ile się nie mylę, dziś wyjeżdża. Angela na pewno pójdzie do Clary, z którą się przyjaźni, a jeśli nie do niej, to znajdzie sobie inne towarzystwo. A ja? Nie mam wielu znajomych. Osoby, z którymi jako tako rozmawiam, mogę policzyć na palcach.
Jane, Angelika, Sam oraz zmarli rodzice i brat. Ewentualnie mama Sam.
Moje życie jest cholernie nudne, a jednocześnie niebezpiecznie (wczorajszy dzień jest tego idealnym przykładem).
Ubieram się i wychodzę z pokoju. Nie jest to proste, bo noga nadal pulsuje tępym bólem
Dzisiaj pierwszy dzień przerwy świątecznej. Wszędzie dookoła widać świecące lampki, ludzie z uśmiechem ubierają choinki, a dzieci odliczają dni do Gwiazdki. Mimo wszystko dla mnie ten czas jest jeszcze bardziej dołujący niż większość dni w roku. Na każdej ulicy można zobaczyć wtulone w siebie pary, chłopaków, którzy z czułością obejmują dziewczynę swojego życia. Strasznie mnie to boli.
W kuchni zastaję Angelikę, robiącą sobie kanapki. Jane chyba jeszcze śpi. Kiedy Angelika zauważa, że przyszłam, uśmiecha się do mnie. Teoretycznie powinnam być na to przygotowana. Jej uśmiechy zawsze są wredne, złośliwe lub na pozór niewinne. Tym razem jestem pewna, że uśmiecha się szczerze. Jest na prawdę ładna. Prawie tak jak Sam. Sam nikt nie przebije. Jest moim przeciwieństwem. Dosłownie. Ma długie blond włosy, które w słońcu wydają się być niemal złote. Zawsze zaczynam od włosów, gdy ją opisuję, ponieważ to one od razu przychodzą mi na myśl. Są cudowne. Jej oczy z resztą też. Mają kolor kawowy, a w prawym oku po lewej stronie tęczówki znajduje się mała, czarna plamka. Usta same proszą się o namiętne pocałunki. Teraz, gdy wszystko poukładałam sobie w głowie, nie dziwię się, dlaczego chłopcy tak na nią lecą. Ona może wybierać. Ja nie. Ja czekam, aż to ktoś wybierze mnie. To podstawowa różnica między nami.
Jedyną wadą Sam, o ile mogę to tak nazwać, jest wzrost. Jestem o głowę od niej wyższa. I mam dłuższe nogi. Gdyby połączyć mój wzrost i nogi z jej resztą – byłoby idealnie. W każdym razie kiedyś, do teraz moja lewa noga wygląda tragicznie.
Nie mam pojęcia, gdzie pójść. Pomimo to wychodzę z domu. Na cmentarz nie mam zamiaru iść. Nie dziś albo przynajmniej nie teraz. Do lasu tym bardziej. Poza tym noga nadal mnie boli. Co mi pozostaje? Centrum handlowe – nie jestem w nastroju na zakupy. Park – nie mam zamiaru siedzieć tam sama, jak skończona kretynka. Dom Sam – w sumie, czemu nie? Dawno u niej nie byłam. Muszę jej przecież zdać relację z całego poprzedniego dnia.
Zaczynam więc iść wzdłuż ulicy. Dom Sam znajduje się kilka domów ode mnie, więc docieram tam w parę minut. Sam również mieszka w willi. Jest trochę mniejsza od willi Jane, ale równie imponująca, w lekko różowawym odcieniu. Podchodzę do drzwi i delikatnie w nie pukam. Nagle otwierają się i staje w nich matka Sam. Mimo iż ma swoje lata, to nadal wygląda lepiej niż ja. Falowane blond włosy, piękne błękitne oczy i mocny makijaż – to wszystko sprawia, że wygląda niesamowicie. Delikatne zmarszczki zamiast postarzać, dodają jej uroku. Do tego wszystkiego jeszcze szczupła sylwetka i olśniewający uśmiech. Nic dziwnego, że pracowała jako modelka.
- Layla! Witaj. Przyszłaś do Samanthy? – Pani Norfield zawsze cieszy się, gdy mnie widzi. Traktuje mnie jak własną córkę.
- Tak. Czy jest w domu?
- Oczywiście. Wejdź, proszę. Chcesz może coś do picia?
- Nie, dziękuję.
Kobieta uśmiecha się do mnie słodko i wprowadza do środka.
- Jest u siebie – oznajmia i oddala się w głąb domu.
Matka Sam jest strasznie opiekuńcza. Nie jest w stanie przejść obok bezdomnego i nie dać mu paru groszy. To czasami strasznie irytuje Sam.
Wchodzę po schodach na pierwsze piętro. Cały dom jest cudownie ozdobiony świątecznymi dekoracjami: łańcuchami, lampkami i świeczkami. Pod sufitem wisi jemioła, a choinka w salonie jest dwa razy wyższa ode mnie. Nawet biegający wokół moich nóg pies ma na głowie czapeczkę Świętego Mikołaja.
Nagle słyszę trzask otwieranych z impetem drzwi i na korytarzu staje Sam.
- Layla? – jest autentycznie zdziwiona. – Co ty tu robisz?
- Nie cieszysz się? – pytam wymijająco.
- Cieszę, ale myślałam, że Jane dała ci szlaban za tą godzinę w kozie.
- Jane wyjeżdża na dwa dni. Ma gdzieś, co będę robić przez ten czas. A propos kozy, muszę ci coś powiedzieć.
Kto jak kto, ale Sam nie przepuści żadnej okazji, żeby zdobyć gorące ploteczki o… o kimkolwiek. Raz nawet wysłała do kina z Jimem Harysonem, żebym wyciągnęła od niego, czy sekretarka naprawdę kręci z nauczycielem biologii. Chłopak zmył się w połowie filmu, wciskając mi, że zapomniał, że musi opiekować się młodszą siostrą. Nic mi nie zdradził.
Sam ciągnie mnie do pokoju, zamyka drzwi i zasłania okna.
- Czy ty czasem nie przesadzasz? – pytam z niedowierzaniem, ale ona jedynie podwija pod siebie nogi i przytula do piersi poduszkę.
- Mów – rzuca.
Opowiadam jej więc o próbie gwałtu przez dyrektora, rozcięciu nogi i zabłądzeniu w lesie. Już mam jej opowiedzieć, jak spotkałam tajemniczego chłopaka, kiedy ta nie wytrzymuje i wybucha.
- Allons pedofilem? Jezu. Ja mam z nim historię! Mógł mnie przecież zgwałcić. Trzeba to zgłosić policji, straży miejskiej, wszystkim…
- Uspokój się – nakazuję przyciszonym głosem i niepewnie patrzę w stronę drzwi. Niespecjalnie chcę, żeby wszyscy o tym wiedzieli. – Teraz mamy przerwę świąteczną. Poza tym raczej nikt nie weźmie tego na poważnie.
- Słusznie. Trzeba to jakoś sprytnie zaplanować. Nagle do pokoju wchodzi mama Sam, a wraz z nią szczekający, mały piesek.
- Samantho. Ile razy ci już powtarzałam, żebyś nie robiła z pokoju takiej ciemnicy. No już, odsłoń okna. A może zrobisz sobie i Layli kakao, które tak uwielbiacie?
Mama Sam jest w stanie przerwać nam rozmowę pod każdym pretekstem. Może wpaść do pokoju tylko po to, żeby przypomnieć nam o jej cotygodniowym wypadzie do Spa. Czasem mnie strasznie denerwuje. Zupełnie różni się do Jane i bardzo ją lubię, ale czasami potrafi być zbyt nachalna.
- Mamo! – Sam jest rozdrażniona. Nienawidzi swojego pełnego imienia. Nie wiem czemu. Mi bardzo się podoba. Zazdroszczę Sam wszystkiego, co ma. – Jak będziemy chciały pić, to coś nam przyniosę. Spokojnie, wiem gdzie jest kuchnia. A teraz wyjdź. I łaskawie ucisz Carla – Sam wskazuje na skomlącego psa. Jej mama nic nie odpowiada, tylko bez słowa bierze zwierzę na ręce i wychodzi z pokoju. Zawsze zaskakiwał mnie sposób, w jaki Sam odnosi się do pani Norfield i to, że ta znosi to w całkowitym milczeniu i bez jakiegokolwiek sprzeciwu. W każdym razie nie kiedy jestem w pobliżu. Sam może na nią nakrzyczeć, a jej matka nie zareaguje.
To wydaje się być trochę podejrzane.
Sam ciężko wzdycha i rzuca się na łóżko.
- Allons pedofilem – powtarza, jakby pani Norfield w ogóle tu wcześniej nie było. – Trudno mi w to uwierzyć.
- Mi też, uwierz. Ale nie wyciągałabym z takiej sprawy pochopnych wniosków. On naprawdę chciał mnie zgwałcić.
Sam lekko kiwa głową, jakby myślami była daleko stąd.
Rodzina Sam jest na swój sposób dziwna. Córka, która może robić co jej się żywnie podoba; matka, zamknięta jakby w swoim własnym świecie; ojciec, którego nigdy na oczy nie widziałam. Wydają się być zwykłą rodziną z codziennymi problemami. Zastanawia mnie jednak, dlaczego odnoszą się do siebie w ten sposób. Sam często sprawia wrażenie nawiedzonej. Czasem się jej wręcz boję. Między innymi dlatego odwiedzam ten dom tylko od czasu do czasu.
- Wszystko w porządku? – pytam z niepokojem. Sam wydaje się nieobecna. Wpatruje się w ścianę niewidzącym wzrokiem.
- Nie – mówi cicho, a potem podrywa się z miejsca i powtarza głośniej: - Nie! Nic nie jest w porządku. Właśnie się dowiedziałam, że dyrektor mojej szkoły jest cholernym pedofilem. Wiesz, co by się mogło stać, gdyby…
- Wiem – przerywam jej i również wstaję. – Wiem o tym lepiej niż ty. To mnie próbował zgwałcić, więc nie masz się o co martwić.
Sam jest na skraju załamania nerwowego. Bierze do ręki poduszkę, którą z impetem ciska w ścianę. Na ziemię z głuchym łoskotem spada zdjęcie w ramce. Szklana szybka rozbija się na kilkadziesiąt małych kawałeczków i rozsypuje się po całym pokoju. Sam stoi nieruchomo, jak gdyby nic nie zrobiła. Powoli podchodzę do zdęcia i podnoszę je z ziemi. Wiem, że ona nie ruszy się, żeby posprzątać, więc postanawiam zrobić to za nią. Po cichu wychodzę z pokoju i zamykam za sobą drzwi. W kuchni powinna być miotła.
Sam jest specyficzną osobą. Czasem ma wrażenie, że wiem o niej znacznie mniej niż mi się wydaje. Znam tylko niektóre z jej twarzy. Tej jeszcze nie poznałam.
Wracam do pokoju z miotłą. Sam nie ma. Pewnie poszła do łazienki albo po prostu nie ma ochoty na moje towarzystwo. Szybko zamiatam szkło, odkładam miotłę na miejsce i zbiegam po schodach na parter. Nie mam ochoty na zabawę z Sam w kotka i myszkę. Jeśli nie chce rozmawiać, to nie będę jej do tego zmuszać.
- Do widzenia, pani Norfield! – krzyczę przez ramię i opuszczam ich posesję. Powinnam była przewidzieć, że Sam się tak zachowa. Jest jednak nieprzewidywalna, poznanie jej całej może zająć kilkanaście lat. Oto kolejna z jej nielicznych wad: cholernie ciężko ją rozgryźć.
Stojąc na chodniku zastanawiam się, co robić dalej. Miałam odwiedzić Sam, a teraz zupełnie nie wiem, co zrobić. Nie mogę jednak stać tutaj cały dzień. Wracam więc do domu. Angela zdążyła już wyjść, po Jane również nie ma ani śladu. Tym lepiej dla mnie. Zamykam się w pokoju, siadam na łóżku, szczelnie okrywam się kołdrą i kładę sobie na kolanach laptopa. Cieszę się, że ktoś wynalazł Internet, komputer i tak dalej. Czasem dobrze jest odciąć się od rzeczywistości. A przynajmniej w pewnym stopniu.
Po kilku minutach odkładam komputer i podchodzę do stojącego na komodzie magnetofonu. Puszczam płytę od pierwszego utworu i wracam do laptopa. Nie jestem jednak w stanie nawet w drobnym stopniu skupić się teraz na tym , co robię.
Tonę.
Muzyka przenosi mnie w zupełnie inny świat. Utożsamiam się z bohaterką śpiewanych historii. Już nie jestem Laylą. Choć na chwilę mogę się od tego uwolnić.
Czuję na plecach delikatny dreszcz.
Noga znów daje o sobie znać, a ja przytomniej.
Mam cel – muszę odnaleźć Sky’a.
Mam nadzieję, że posiada konto na którymś z serwerów społecznościowych. To chyba jedyna opcja.
Już mam wpisać jego dane w wyszukiwarce znajomych, gdy nagle orientuję się, że nie wiem o nim zupełnie nic.
S k y
Z wahaniem wstukuję na klawiaturze to anielskie słowo. Nic. Nie znajduję nikogo o takim imieniu. Najwyraźniej robił sobie ze mnie jaja. No cóż. Muszę się przyzwyczaić.
Był zbyt idealny.
Zbyt idealny dla mnie.
Nie wiem, co powinnam teraz zrobić. Chcę go znaleźć. Chociaż przez chwilę na niego popatrzeć. Chcę znów spojrzeć mu prosto w oczy. Nie zrobię tego. Prawdopodobnie nigdy.
Może ktoś z moich znajomych go zna? Gdybym jeszcze tylko miała znajomych. I właśnie w tym momencie ktoś puka do drzwi.
- Spadłaś mi z nieba – krzyczę. Dobrze wiem, że to Sam. Ona puka w specyficzny sposób. Nikt inny tego tak nie robi. – Gdzie ty wtedy poszłaś? – pytam , kiedy siada na moim łóżku.
Włosy idealnie uczesane.
Lekko przypudrowane policzki.
I zmieniła ubranie.
Cała Sam.
- Jestem tak strasznie podekscytowana – zaczyna, wymigując się od odpowiedzi na moje pytanie. – Kojarzysz Joviego z trzeciej c?
- No tak – odpowiadam, kompletnie niezainteresowana.
- Wiesz, tego przystojniaka – oczy Sam zaczynają się świecić. – Zaprosił mnie na imprezę!
Zerkam na nią znad monitora komputera. Sam opisuje mi dokładnie wygląd chłopaka, którego czasem mijam obojętnie na korytarzach szkoły.
- Impreza ma się odbyć w Nowy Rok, pierwszego stycznia. Jak dla mnie nie ma znaczenia, kiedy ją zrobią. Mogłaby być nawet w Wigilię.
Sam jest chrześcijanką tylko ze względu na rodzinę. Ani razu nie widziałam jej w kościele. Dla niej Wigilia nie ma żadnego specjalnego znaczenia.
- Chciałabym z tobą porozmawiać – mówię cicho, spuszczając głowę. Ku mojemu zdziwieniu Sam milknie. Czuję na sobie jej intensywne spojrzenie. – Poznałam… chłopaka.
- Chłopaka? – na twarzy mojej przyjaciółki wykwita radosny uśmiech. – Mogłaś od razu mówić! Jak jest? Przystojny?
- Jest jak anioł.
- Ma kaloryfer?
- Jego oczy są niesamowite.
- Zabrał cię do kina, a potem do siebie?
- To było najcudowniejsze kilka minut na świecie.
Sam patrzy na mnie krytycznie.
- Oj, kochana. Nic nie wiesz o życiu – stwierdza i kręci głową. – Jak ja spotykam chłopaka, to od razu zaprasza mnie na kolację i jakiś dobry film.
Znów odwracam wzrok. Wbijam spojrzenie w okno i wzdycham dyskretnie. Staram odgonić od siebie wszystkie nieproszone myśli związane z Sam. Czasami przeraża mnie to, w jaki sposób myślę o mojej jedynej przyjaciółce. Sam spogląda ukradkiem na moje ręce. Szybkim ruchem opuszczam rękawy, które niemal zawsze noszę podwinięte. Tak po prostu lubię.
- Ej! Co to ma być? – pyta wyraźnie zdenerwowana.
- Najwidoczniej turlając się z górki, zahaczyłam o jakieś gałęzie. – Sama do końca nie wiem, skąd wzięły się te zadrapania. Tak, czasem się okaleczam, ale na pewno nie na nadgarstkach, nie w tak oczywistych miejscach. Ja nie robię tego, żeby wzbudzić litość. Nie chcę, żeby ktokolwiek o tym wiedział. To pamiątki po ludziach i chwilach, o których chcę zapomnieć, a jednocześnie pragnę pamiętać. One świadczą o mojej sile, o odwadze i wytrwałości. Życie jest znacznie trudniejsze od umierania.
- Okej – rzuca Sam Widzę w jej minie, że odpowiedź nie była wystarczająco satysfakcjonująca. Ona pragnie sensacji. Typowa egocentryczna nastolatka. Rozmawia ze mną tylko dlatego, że nie opowiadam jej o sobie. Wiem, że by nie usłyszała, więc nawet nie próbuję.
Chcę, żeby ktoś się mną przejął. Nie z litości, tylko tak naprawdę.
Chcę, żeby ktoś mnie kochał.
- Znasz może kogoś o imieniu – tu urywam na chwilę, przełykam ślinę, po czym dokańczam – Sky?
- Nie wzdryga się gwałtownie. – Nigdy nie słyszałam równie głupiego imienia. No, może z wyjątkiem swojego.
- Może to nie jest imię – szepczę pod nosem.
- Chodzi ci właśnie o niego? To ten chłopak o którym mówiłaś? – Sam wygląda na podekscytowaną.
Zawsze interesuje się sprawami sercowymi, ale na tym koniec.
- Nie – kłamię. Nie mam zamiaru jej się teraz zwierzać.
- Przestań się zgrywać. To irytujące. Opowiedz mi – jest nieugięta. Niemal słyszę w jej głosie błaganie. Ton jej głosu zmusza mnie do tego, abym uległa. To niesamowite.
- Po prostu się zgubiłam. No i… Do domu podwiózł mnie chłopak, który przedstawił się jako Sky. Nic nadzwyczajnego.
- Boże! – Sam szaleje. Rzuca we mnie jedną z włochatych poduszek. Dostaję prosto w twarz. – Obudź się, dziewczyno.
Ona często rzuca poduszkami. Już się przyzwyczaiłam. Całkiem śmieszne.
- Uspokój się – karcę ją. Nie mogę się jednak powstrzymać. Wybucham niekontrolowanym śmiechem. Czasem zmuszam się do śmiechu, żeby nie płakać.
- Nie spieprz takiej okazji – Sam jest całkowicie poważna. Domyślam się, że tylko udaje. Chyba żałuję, że jej o tym powiedziałam. Mogłam trzymać język za zębami.
- Masz jego numer? Dzwoń do niego, dalej – prawie krzyczy.
- Sam! Ja nawet nie znam jego nazwiska – topię twarz w dłoniach. Albo dłonie w twarzy. Można na to spojrzeć z różnej perspektywy.
- Zależy Ci? – pyta stanowczym głosem.
- Ale…
-Zależy Ci?
- Sam…
- Zależy Ci?
- No…
- Zależy Ci?
- Tak.



Drugi dzień przerwy świątecznej.
Nie sądziłam, że ból nogi może być jeszcze silniejszy. Mimo szwów i bandaża nadal czuję się, jakby lewa noga miała mi za chwilę odpaść.
Muszę zmienić bandaż i to jak najszybciej. Powoli siadam na łóżku i zaczynam zdejmować opatrunek. Jest lekko zabarwiony na czerwono. Rzucam go daleko w kąt i oglądam dokładnie nogę. Opuchlizna w większej mierze zeszła. Zostały siniaki i zszyta niewielkimi szwami rana. Kręcę głową z niedowierzaniem. Naprawdę nie mam pojęcia, jak mogłam do tego dopuścić.
- Pomóc Ci?
W pokoju zjawia się Angela. Nie zauważyłam, kiedy wchodzi. Ona nigdy nie puka i czasem jest to naprawdę irytujące. Patrzę na nią spod przymrużonych powiek. Tym razem dowiem się, o co  jej chodzi.
- Czego ode mnie chcesz? – pytam prosto z mostu, spuszczając wzrok. Muszę się dowiedzieć, co tak naprawdę sobie myśli.
Angelika milczy, a między nami nastaje krępująca cisza. Nie odpowiedziała na moje pytanie, ale nie będę jej wypytywać. Jeszcze tak nisko nie upadłam.
Wyciągam spod łóżka bandaż i powoli zaczynam go owijać wokół nogi. Kiedy ciągnę zbyt mocno i głośno wciągam powietrze, Angela zabiera mi z dłoni opatrunek i sama bandażuje mi nogę. Jest w tym cholernie dobra. Nie sądziłam, że aż tyle potrafi.
- Miałaś nie robić tego sama – mówi cicho i tępym wzrokiem wpatruje się w moje kolano. W pierwszej chwili chcę je czymś zakryć, ale się powstrzymuję. – Następnym razem poproś, żebym ci pomogła.
- Jak mam prosić, skoro nawet nie wiem, czemu mi pomagasz? – wypalam, ale od razu tego żałuję. Jestem dla niej strasznie wredna. Nie powinnam tak się na niej wyżywać.
- Źle zrobiłam.
Te słowa kompletnie mnie zaskakują i odbierają mowę.
- Wszystko, co mówiłam względem ciebie, było złe – stwierdza Angelika i podnosi się z podłogi. – I nawet nie było prawdziwe.
Nie daję rady zapytać, co miała przez to na myśli, bo dziewczyna błyskawicznie wybiega z pokoju i zamyka za sobą drzwi.
Ciężko opadam na łóżko i zamykam oczy. Czy wszystkie osoby wokół mnie są inne niż mi się wydawało?



Myślę o nim. Często. Nie wiem, gdzie jest ani czy mnie pamięta. Wiem tylko, że cholernie mi go brakuje. Zaprząta mój umysł, nawiedza mnie w snach. Nie mam pojęcia, co teraz robi. Kiedy go sobie, widzę jedynie jego oczy. Nic więcej.
To boli.
Bardzo.
Tęsknię za nim, mimo, że w ogóle go nie poznałam. I nie wiem, czy poznam. Nie wiem… Nic nie wiem… Całe moje życie to jedna wielka niewiadoma.
Mam nadzieję, że o mnie myśli. Nawet, jeśli mnie nie zna. Że tak, jak ja czeka na nasze spotkanie. Że naprawdę marzy o kimś takim, jak ja. Czyli o nikim ważnym. O dziewczynie, która każdego dnia wypatruje go na ulicy.
Nie myśli o mnie. Nie w ten sposób. Robię sobie tylko bezsensowną nadzieję. Nie zna mnie. Jest wiele dziewczyn i może marzyć o każdej. Ale ja wciąż czekam. Wciąż mam nadzieję. Głupią, ślepą nadzieję, że zjawi się jeszcze w moim życiu. Choć na kilka krótkich chwil…
Czasami marzenia bolą bardziej niż rzeczywistość.


***


23 grudnia. Przeddzień Wigilii. Jane wcześnie rano wróciła z wyjazdu i razem z Angelą dekoruje dom na święta. Ja, jak co roku, robię dla Sam kartkę świąteczną. Lubię to robić. I mimo że od niej nigdy takiej kartki nie dostałam, to ciepło mi się robi na sercu, kiedy moja przyjaciółka cieszy się, kiedy jej ją daję. Rysuję na kartce śmiesznego renifera i piszę czerwonym pisakiem „Wesołych Świąt!”. Sam uwielbia moją twórczość. O ile mogę tak powiedzieć. I chyba ona jedyna. Lubię rysować. To moja jedyna pasja. Przenoszę na kartkę moje uczucia. Tak samo, jak wszyscy wielcy artyści. W swojej twórczości zawierają głębsze myśli i własne emocje. Przez to, że się odosobniają wielu ludzi uważa ich za osoby o zimnych sercach.
Dla mnie artysta to ktoś, kto czuje.
Ktoś, kto nie jest obojętny na cierpienie.
Ktoś, kto sam cierpi.
Ktoś, kto myśli głębiej.
Ktoś, kto potrafi kochać.
Ktoś, kto stara się odnaleźć ludzkie uczucia w otaczającym go świecie.
Nie każdy człowiek jest artystą, ale każdy artysta jest człowiekiem.

Gotową świąteczną kartkę odkładam na biurko. Dam jej ją na naszym dzisiejszym, corocznym maratonie filmowym. Tuż przed Wigilią zawsze spotykamy się, żeby pogadać, złożyć sobie życzenia, porozdawać prezenty i obejrzeć jakiś dobry film. Co miesiąc dostaję do Jane kieszonkowe i większość z tego zachowuję na gwiazdkowe prezenty. Rzadko udaje mi się znaleźć coś, co zadowoli Sam, ale przynajmniej się staram.
Wychodzę z pokoju dopiero około południa. Cała willa jest teraz w czerwono-złotych barwach. W domu aż roi się od małych, czekoladowych mikołajków, porozstawianych na parapetach, stolikach i szafkach. Tuż przy drzwiach stoją dwa renifery o świecących oczach, a wokół poręczy schodów zawinięte są włochate łańcuchy. Uśmiecham się sama do siebie. Wszystko to wygląda inaczej niż zwykle. Nawet taka zmiana może pozytywnie wpłynąć na człowieka.
Nagle na korytarz wybiega Angela. Jej uśmiech i wesołe iskierki w oczach błyskawicznie znikają. Dziewczyna patrzy na mnie niepewnie. Wygląda, jakby zaraz miała się rozpłakać. Mimo, że to o n a, wredna, zła i bezduszna, to moje serce zaczyna topnieć. I to właśnie moja największa słabość. Zbieram się więc w sobie i posyłam jej delikatny uśmiech. A w każdym razie próbuję, bo pewnie grymas, który pojawił się na mojej twarzy w żadnym stopniu nie przypominał uśmiechu. Angelice to jednak wystarcza. Od razu odzyskuje swój dziewczęcy urok i radość. Zaczyna się nawet śmiać. Nie sądziłam, że to aż tyle dla niej znaczy. Ale to jeszcze nie wszystko. Angela bez żadnych skrupułów rzuca się w moją stronę, obejmuje mnie ramionami i wtula twarz w bluzę, którą zdążyłam na siebie narzucić przed wyjściem z pokoju.
Nie wierzyłam w coś takiego, jak „świąteczne cuda”. A jednak takie istnieją! Jeśli istnieje na świecie moc, która potrafi zmienić Angelikę w aniołka, to dla każdego jest jeszcze nadzieja.
- Angela! Gdzie te bombki? – z pokoju Angeliki wychodzi Jane. Ma na sobie czerwony sweter w renifery i malutkie prezenciki. Już ma zbiec po schodach, kiedy nagle staje w miejscu. Mruga kilkakrotnie, żeby się upewnić, że nie mam omamów.
- Angelika?
- Już, mamo – odpowiada dziewczyna odsuwając się ode mnie. – Bombki i ozdoby są już w moim pokoju. Chodźmy.
Jane stoi dłuższą chwilę w miejscu, po czym, kręcąc głową, wchodzi do pokoju Angeli. Blondynka skocznym krokiem podąża za nią. Zanim jednak znika, odwraca się w moją stronę.
- Do zobaczenia, siostrzyczko.
I wchodzi do pokoju.
Powoli analizuję to, co się właśnie stało. Awansowaliśmy z cudów do rzeczy paranormalnych. Angelika nazwała mnie siostrą. Nie ironicznie, nie złośliwie, tylko szczerze.
Opieram się o ścianę, żeby się nie przewrócić.

Nie chcę tu siedzieć. Atmosfera świąt jest przecudowna. Choinka. Kolędy w telewizji i radiu. Śnieg za oknem. Życzliwość. Ciepło. Świąteczne zakupy. Biały. Czerwony. Zielony. Naprawdę to wszystko kocham. Ale po prostu muszę wyjść. Przewietrzyć się. Od rana boli mnie głowa, nawet leki nie pomagają. Może świeże i rześkie powietrze choć trochę złagodzi ból.
W domu pięć razy pięć razy upewniam się, że mam w kieszeni pieniądze i pożyczony od Sam telefon. Pięć razy sprawdzam, czy telefon jest naładowany. Może pięć, a może więcej razy powiedziałam Jane, że zamierzam przed wieczorem wrócić do domu. Do jej domu, bo przecież swojego nie mam.
Idę. Mroźne powietrze głaszcze oba moje Poliki. Nos w ciągu dwóch minut robi się zimny. Mam na sobie czarny, elegancki płaszczyk, ciemna dopasowane dżinsy i kozaki. Buty w pewnym stopniu zakrywają wybrzuszenie na lewej nodze. Nie mam Anie rękawiczek, ani czapki czy szala. Dam radę. Tym razem się nie zgubię. Po prostu nie mogę.
Mam dość adrenaliny. Zdecydowanie.
Mijam przedszkole, przystanek, park. Wszędzie pusto, a jednocześnie pełno wspomnień. Dobrze pamiętam, jak Jane zabrała kilka lat temu do parku. Było lato. Piękne lato. Bawiliśmy się w berka. Jane była wtedy jak dziecko. Śmiała się, tańczyła w blasku słońca. Beztrosko. A ja naiwnie myślałam „Cieszę się, że to moja mama”. Przecież to dla mnie obca osoba. Nic nas nie łączy poza papierami. Niedługo, gdy już skończę osiemnaście lat i teoretycznie będę dorosła, wyprowadzę się. Nic się nie zmieni.
I tak wciąż muszę sobie radzić sama.
Pójdę na studia, znajdę pracę, a później, gdy już się wykształcę, zostanę prawnikiem. Zawsze chciałam nim zostać. Jeśli chcę się uwolnić od Jane i jej życie, to musze mieć dobrą pracę. Praca prawnika zapewni mi przyszłość, a teraz tylko to mi zostało. Idąc przed siebie, zaczynam myśleć o Angeli. Nazwała mnie siostrą. Zwracała się już do minie w ten sposób, ale tylko w żartach. A teraz jestem przekonana, że powiedziała to szczerze. Jakby cieszyła się, że ma taką siostrę lub wręcz była z tego d u m n a.
Mijam kolejny przystanek. Właśnie tu czekałam na autobus tego cholernego dnia, o którym nigdy nie zapomnę. Byłam wtedy niczym trup, ale udało mi się zauważyć pobliskie jezioro. Założę się, że gdyby wtedy było jasno, nie zważając na brak telefonu, zmęczenie i ból – poszłabym tam. Uwielbiam takie miejsca. Z dala od ludzi i problemów.
Nie zatrzymuję się ani nie zawracam. Pójdę do lasu i znajdę to miejsce. Chcę znowu zobaczyć jezioro, tym razem w świetle dnia. I j e g o. Wciąż o nim myślę. O chłopaku, którego wtedy spotkałam. Po co jednak tworzyć złudne nadzieje? Tylko sama sobie wbijam nóż w plecy. Dość często mi się to zdarza.
Idę. Posuwam się przed siebie. Metr za metrem, centymetr po centymetrze. Niepewny, nieprzerwany marsz. Mijam cmentarz i dalej idę. Nagle skręcam w prawo. Znad dachów drzew dostrzegam czubki drzew. Jeśli moja orientacja w terenie mnie nie myli, to wiem, jak dojść do lasu na skróty.
Krajobraz zaczyna się zmieniać. Budynki znikają, a zamiast nich pojawiają się pojedyncze drzewa. Błoto i szary, brudny śnieg ustępują miejsca czystemu, nienaruszonemu, białemu puchowi. Wkładam zmarznięte ręce do kieszeni i wbijam wzrok w niewyraźną ścieżkę, wijącą się przede mną. Dźwięki uliczne powoli zostawiam w tyle, wkraczam w świat ciszy i spokoju. Z radością wdycham świeże powietrze i pozwalam, by spłynęły ze mnie wszystkie nieprzyjemne myśli.
Uśmiecham się do siebie. Z Sam często wychodzimy na dwór i spacerujemy, gadając w zasadzie o wszystkim. Czasem obgadujemy mijające nas dziewczyny, innym razem idziemy do parku i zajmujemy dwie huśtawki. Mimo tylu różnic są jednak rzeczy, które nas łączą. Jesteśmy inne, a jednocześnie takie same. Dręczy mnie tylko jedno pytanie: czy nasza przyjaźń przetrwa, mimo tych różnic? Czasami bolą mnie te różnice. Boli mnie, kiedy oddalamy się od siebie. Dzieje się tak, gdy ona rozwija swoje życie towarzyskie, a ja siedzę w domu, czekając na jej powrót. Ona ma setki przyjaciół i przyjaciółek. Boję się, że ma inną najlepszą przyjaciółkę. Że w każdej chwili może mnie opuścić. Strata rodziców bolała, choć tak naprawdę ich nie pamiętam.
Ból po stracie sam będzie nie do zniesienia.
Wyciągam z kieszeni telefon i zerkam na godzinę. Po trzynastej. Jeśli się nie pospieszę, moja wizyta nad jeziorem ograniczy się do kilku minut. Przyspieszam więc kroku. Po chwili ścieżka zakręca i prowadzi do lasu. Zatrzymuję się przed linią drzew. Są pozbawione liści, zimne i zastygłe. Las zwykle kojarzy mi się z cichym, uspokajającym szumem. Teraz rozbrzmiewa tu jedynie głucha cisza.
Rozglądam się dookoła. Kilkanaście metrów ode mnie zauważam przystanek autobusowy. To tu rozstałam się z tym dziwnym chłopcem. W okolicy nie ma żadnego domu czy nawet chatki. Chłopiec nie mógł przecież tak po prostu zniknąć. Czego mógł tutaj szukać?
Nie zastanawiam się nad tym długo. Musiał wiedzieć, co robi, skoro przyjechał aż tutaj. Pewnym krokiem wchodzę do lasu, starając się nie myśleć o tajemniczym chłopcu. Przez gołe gałęzie przedziera się zimowe słońce i oświetla wszystko wokół. W dzień jest o wiele mniej strasznie niż w środku nocy. Pnie drzew, pokryte szronem przypominają ogromne kolumny, podpierające wysoki gmach nieba. Ośnieżone ścieżki są ledwo widoczne, więc poruszam się intuicyjnie. Gdyby jednak nie śnieg z pewnością bym się zgubiła. Zostawiając za sobą ślady będę miała pewność, że uda mi się stąd wyjść.
Od kilku dni nie padało, więc zauważam swoje ślady, które zostawiłam tu jakiś czas temu. Są zatarte i ledwo widoczne, ale doprowadzają mnie do skarpy, z której spadłam tamtego dnia. Omijam ją szerokim łukiem, wspominając tamten upadek. Turlałam się w śniegu przez jakiś czas, a potem znalazłam się na polanie. Gdyby nie ten upadek, nie spotkałabym Sky’a. Przechodzę jeszcze kawałek i moim oczom ukazuje się jezioro. Jego gładka, zamrożona tafla ciągnie się, znikając za lasem. Cienka warstwa lodu w każdej cicho trzeszczy, kiedy idę brzegiem jeziora w kierunku przechylonego drzewa. Nad ziemią unosi się delikatna mgła przez co mam wrażenie, że przeniosłam się do innego świata.
Staję w miejscu i nie mogę oderwać wzroku od tego krajobrazu. Chcę tu zostać na zawsze. Jest tak błogo, spokojnie i bezpiecznie. To chyba najpiękniejsze miejsce na świecie. Nie bywałam w wielu miejscach, więc zachwycam się jeziorem i drzewami. Może to dziwne, ale przynajmniej nikogo nie udaję. Taka już przecież jestem. Inna.
Kiedy przyjdę tu następnym razem, muszę zabrać zeszyt i ołówek. Wtedy będzie idealnie. Tylko ja i moja pasja. Czy jest jakikolwiek lepszy sposób na spędzanie wolnego czasu? Wątpię w to. Jestem swoją własną przyjaciółką. I choć tak często się kłócimy, wyzywamy, krytykujemy i prawie nic o sobie nie wiemy – będziemy razem na zawsze. Bo nie mogę odejść od samej siebie. Podchodzę bliżej tafli. Staję tuż obok pochylonego nad nią drzewa i uważnie mu się przyglądam. Wygląda solidnie. Po chwili wahania wspinam się na nie. Nie jest to trudne, mimo wciąż bolącej nogi. Opieram się o jego pień i wbijam spojrzenie w niebo. Mogę być dumna ze swojego wyczynu. Satysfakcja mija wraz z czasem. Tak samo, jak każda chwila. Pozostają po nich tylko wspomnienia. Więc wspominam. Te dobra chwile. Te złe.
Kiedyś podobał mi się pewien chłopak. Nadal nie jestem pewna, czy t y l k o podobał. To było chyba w pierwszej klasie gimnazjum. Zauroczył mnie zupełnie. Był mądry i niesamowicie przystojny. Nie zwracał na mnie uwagi. Płakałam każdej nocy. I marzyłam o tym, żeby odezwał się choć słowem, żeby wreszcie na mnie spojrzał. Nigdy żadne z moich marzeń się nie spełniło. Może potrzeba czasu, a może po prostu nie jest mi to pisane. Czasem tak bywa. W każdym razie, ten chłopak był smutny. Nie tak zwyczajnie smutny i nie na pokaz czy żeby się nad nim litowali. On był prawdziwie smutny. Niby uśmiechnięty, wciąż sobie żartował. Ale jego oczy ujawniały, że kłamał. Świetny był z niego aktor – potrafił śmiać się w dzień. Naprawdę dużo się śmiał. I miał mnóstwo kolegów.
Pamiętam, że miał szare oczy.
Chyba tylko ja widziałam, że wewnątrz błagał o pomoc. Bo nikt mu nie pomógł.
 Gdybym tylko miała odwagę coś zrobić…
Popełnił samobójstwo.
Już chyba nigdy nikt mi się nie spodoba.
To boli.
Przyglądam się skutej lodem tafli jeziora. Staram się opisać jego kolor, bez skutku. Odcienie błękitu i zieleni mieszają się z delikatną bielą śniegu. Idealnie się uzupełniają, tworząc cudowną barwę. Przytrzymuję się gałęzi i nachylam niżej, żeby dokładniej przyjrzeć się zamarzniętej wodzie.
- Czy ty naprawdę nie znasz fajniejszych miejsc?
Upadek trwa kilka sekund. Opierając cały ciężar na ręce, odwracam się, żeby spojrzeć na intruza. Drzewo jednak nie wytrzymuje tak gwałtownego ruchu. Załamuje się i leci w dół. A ja razem z nim. Lód niebezpiecznie trzeszczy i pęka pod naporem moim i gałęzi. Lodowata woda moczy moje ubranie, zamrażając połowę ciała. Szybko wstaję i wychodzę na brzeg. Trzęsę się z niewyobrażalnego zimna, ale i z upokorzenia. Zawstydzona spoglądam w górę. Tuż nade mną stoi Sky z kpiącym uśmieszkiem na twarzy. Szok jest niemal tak duży, ze nawet zapominam o zimnie. Jest tutaj. Naprawdę tu przyszedł. Mógłby być teraz wszędzie, ale jest tu, obok mnie.
Odbiera mi mowę.
- Zawsze jesteś taka niezdarna? – pyta w końcu chłopak z błyskiem w oku. To zdanie grzebie całą nadzieję, jaka mi jeszcze pozostała.
Wkurzam się.
- A ty jeszcze nie zauważyłeś, że przynosisz pecha? – pytam, pierwszy raz odzyskując pewność siebie.
Uśmiecha się zawadiacko.
- To nie moja wina, że jestem tak nieziemsko przystojny, że aż z zachwytu łamią się drzewa.
Nie mogę się powstrzymać. Wybucham śmiechem. Miałam być obojętna na każde jego słowo.
- Widzisz? Nie jestem aż taki zły. Uśmiechasz się.
Dziwnie się czuję. Mam ochotę uderzyć samą siebie w twarz. Uszczypnąć się. Bo to sen. Koszmar.
- Co ty tu robisz? – pytam zdecydowanie za szorstkim głosem. Nie miało być aż tak wrednie. On nie zauważa albo nie chce zauważyć tego, że cała się trzęsę. Ma też totalnie gdzieś ton mojego głosu.
- Może to przeznaczenie? – odpowiada pytaniem na moje pytanie. Irytujące. Jak cały on.
Ciągle się uśmiecha.
- Śledzisz mnie? – Już trzy sekundy po wypowiedzeniu tych słów żałuję, że w ogóle się odzywałam.
Teraz to Sky wybucha śmiechem. Zauważyłam, że nieważne, co robi – i tak wciąż jest przystojny. Jestem wściekła na siebie, że to zauważyłam. Nie powinnam o nim myśleć. Nie w taki sposób. Spotkaliśmy się przypadkiem dwa razy i tyle. Koniec. Oboje zapomnimy po kilku dniach. Może nawet godzinach. To kwestia czasu.
A mi znów pozostaną tylko wspomnienia.
- Masz u mnie dług – odzywa się po dłuższej chwili. Stoi niemal nieruchomo, patrząc raz na mnie, raz na złamane drzewo. Co jakiś czas wkłada rękę do kieszeni kurtki.
- Mogłeś mnie nie powozić, przecież nie wpakowałam ci się do samochodu i nie kazałam ci zawieźć mnie do domu. – Po chwili orientuję się, że to co powiedziałam, nie miało żadnego sensu. Przecież wpakowałam mu się do samochodu.
- Faktycznie. To ja siłą zaciągnąłem cię do mojego samochodu. W środku nocy. Tuż przy lesie.
Na początku zdaje się być całkowicie poważny. Dopiero później mruga raz lewym okiem i posyła mi uśmiech. Gwałtownie miękną mi nogi.
Wygląda groźnie.
1.                  Czarna kurtka
2.                  Potargane, ciemne włosy
3.                  Wzrost
4.                  Zabójczy urok
5.                  Niezwykła czujność
W dodatku jego bursztynowe oczy są bardzo specyficzne. Nie do opisania. Są żywe. Obecne. Pełne myśli, uczuć. Inne. Wyjątkowe. Z blaskiem.
- Pójdę już – rzucam oschle. Ze wszystkich sił staram się na niego nie patrzeć. Moje oczy są niezwykle złośliwe. – Powoli się ściemnia.
- Odprowadzę cię – Sky podbiega do mnie. NA całe szczęście nie podchodzi za blisko. Trzyma dystans. I dobrze.
- Nie, nie. Poradzę sobie, dziękuję – odpowiadam trochę zbyt szybko. Jakbym się bała lub coś ukrywała. Nie miało tak wyjść.
- Ja nie pytałem, tylko stwierdziłem. Odprowadzę cię.
Znów to uczucie. Ponownie uginają się pode mną obie nogi. Jakbym na moment straciła siły.
Jakbym przez chwilę była całkowicie nieobecna.
Zupełnie nie wiem dlaczego. Co tak na mnie wpływa? Zmęczenie? Prawdopodobnie. A może jestem na coś chora?
- To wytłumaczysz mi, dlaczego kolejny raz spotykam cię w pobliżu tego lasu? – pozostaje nieugięty.
Milczę. On przecież nie odpowiedział na podobne pytanie.
- Nie udawaj takiej niedostępnej. Tylko pytam.
- Jezu, jak ty mnie wkurzasz! – wybucham w końcu. Musiałam to z siebie wydusić. Niech wie. Jeśli chce, może się nawet obrazić. Mam to gdzieś. Przysięgam.
 - Lubię takie zadziorne dziewczyny. Serio – Nie muszę na niego patrzeć, żeby wiedzieć, że się uśmiecha.
- A ja nie lubię takich pewnych siebie idiotów, którzy nie widzą świata poza sobą.
Wcześniej bałam się mówić o tym, co tak naprawdę sądzę. On mnie onieśmielał. Teraz też mnie onieśmiela, ale odrobinę mniej.
- I bardzo dobrze. Tak trzymaj – odpowiada tylko. Znowu słyszę w jego głosie, że w głębi duszy się śmieje. Ze mnie.
- Nie musisz mnie odprowadzać. Mieszkam dość daleko, więc… - tu mi przerywa głośnym i stanowczym „nie”.
- Nie obchodzi mnie to, jak daleko mieszkasz. Naprawdę. Chcę tylko mieć pewność, że wrócisz prosto do domu. Coś często uciekasz.
W tym momencie moje serce zaczyna bić dwa razy szybciej niż minutę temu. Czy ktoś może mi wytłumaczyć, co się ze mną dzieje?
Nadal śnię?
- No dobra, nie chcę się wtrącać – wyprzedza mnie. A już chciałam coś powiedzieć.
- Cieszy mnie to niezmiernie – mówię zamiast tego i uśmiecham się szeroko.
Chłopak odwraca wzrok. Wiem, że jest bliski wybuchnięcia śmiechem.
- A już myślałem, że skorzystasz z pierwszej lepszej okazji, żeby cię odprowadzić. Pomyśl tylko. Twoje koleżanki zieleniałyby z zazdrości.
- Po pierwsze: nie chwalę się przed innymi. Zwykle dlatego, że nie mam czym. Nie jestem taka jak ty. A po drugie: nie mam nikogo, komu mogłabym się czymś pochwalić – wypalam i od razu czerwienieję.
Uśmiech Sky’a się poszerza. Na początku nie bardzo wiem, co go tak cieszy. Dopiero po chwili zdaję sobie sprawę z ogromnego błędu, który popełniłam. Nasze spotkanie trwa niecałe 10 minut, a on wie o mnie już prawie wszystko. Przygryzam wargę i marszczę brwi. Czuję się, jakby mógł czytać ze mnie, jak z otwartej księgi. A może ja zawsze taka byłam? Może ludzie wiedzieli, kim jestem jeszcze zanim się do nich odezwałam?
- Nie masz koleżanek? Miałem wrażenie, że każdy marzy o takiej przyjaciółce jak ty – błysk w oku oznajmia jego złe zamiary.
- Nie. Wyobraź sobie, że nie każdy – mówię lekko wyzywającym tonem. Dlaczego ja w to brnę? Muszę jak najszybciej zakończyć rozmowę, bo jeszcze powiem mu coś, co doszczętnie mnie zrujnuje. Jest w nim coś, co karze mi się z nim kłócić. Jakby sam wyraz jego twarzy wyzywał mnie na pojedynek, a kpiący uśmieszek stawiał na przegranej pozycji. – A teraz, jeśli pozwolisz, wrócę do domu.
Mijam chłopaka, za wszelką cenę starając się na niego nie spojrzeć i ruszam w głąb lasu. Modlę się w duchu, żeby tam został i dał mi spokój. Po chwili jednak słyszę za sobą skrzypienie śniegu. Zaciskam dłonie w pięści. On na serio nie wie, kiedy odpuścić. Zatrzymuję się i gwałtownie odwracam za siebie. Sky oczywiście również staje. W jego pozornie niewinnym wzroku dostrzegam iskierki rozbawienia.
Powoli zaczynam tracić cierpliwość.
- Przecież mówiłeś, że nie chcesz się wtrącać – mówię w jego stronę. Nawet nie staram się przemówić mu do rozsądku. Wiem, że nie ma to żadnego sensu.
- Ja tylko idę w tą samą stronę, co ty. To jedynie czysty przypadek – odpowiada Sky, ale jego uśmiech mówi sam za siebie.
- A dokąd się wybierasz?
- To akurat moja sprawa.
Mierzę go poważnym spojrzeniem jeszcze przez kilka sekund, po czym znów ruszam w kierunku przystanku, przeklinając się w duchu za drżenie nóg. Nieważne, jak bardzo się staram, nie mogę zagłuszyć dochodzącego zza moich pleców śmiechu chłopaka. On irytuje mnie jeszcze bardziej niż kiedyś Angela, a myślałam, że to niemożliwe. Kiedy wreszcie przyzwyczajam się do jego chichotu, mogę się jako tako skupić. Co on chce osiągnąć? I co robi w lesie dzień przed Wigilią? To wszystko jest odrobinę podejrzane. W końcu nie wytrzymuję.
-  Z czego ty się śmiejesz? – odwracam się gwałtownie. Przyłapuję go na tym, ż na mnie patrzył.
- Z sytuacji – odpowiada tylko. – A ciebie to nie śmieszy?
Teraz już nie chcę dać sobie w twarz. Chcę uderzyć jego i to tak, żeby zabolało. Ale przecież tego nie zrobię.
- Nie.
- Czemu jesteś taka niemiła? Wyluzuj trochę.
On wciąż mnie ocenia. Zaciskam dłonie w pięści, starając się nie dać mu sprowokować.
- Nie znasz mnie. Nie masz pojęcia, jaka jestem.
Idziemy na skróty. Jeszcze chwilę i miniemy las. Nie wiem, jakim cudem, ale zaczęło się ściemniać. Przecież nie byłam nad jeziorem długo. A w każdym razie mam takie wrażenie. Muszę się pospieszyć. Przecież jestem umówiona z Sam. Przeskakuję leżący na drodze kamień i mało co się nie przewracam. Ból przeszywa moją lewą nogę, niemal zwalając mnie z nóg. Syczę przez zaciśnięte zęby i zmuszam się do dalszego marszu. Nie zatrzymam się przecież i nie dam chłopakowi kolejnego powodu do szydzenia ze mnie. Zastanawiam się krótką chwilę, po czym skręcam w kierunku przystanku autobusowego. Nie umyka to uwadze Sky’a.
- Wiesz, że mógłbym cię podwieźć? Wyszło by taniej. I szybciej.
- Wolę zapłacić za bilet niż znaleźć się z tobą w jednym samochodzie.
Chłopak znowu się śmieje, ale nie zatrzymuje się. Jest strasznie zawzięty. Dlaczego?
Zatrzymuję się przy krawężniku, a on kilka metrów ode mnie. To trochę krępujące, kiedy czuję na sobie jego gorące spojrzenie. Na szczęście autobus przyjeżdża po kilku minutach. Wchodzę, nie obracając się za siebie i zajmuję miejsce na samym końcu pojazdu. Nie chcę siedzieć obok Sky’a. Wiem, że jego bliskość mogłaby wywołać u mnie niechciane emocje. Śledzę go wzrokiem i patrzę, jak siada dwa rzędy przede mną. Staram się go ignorować na wszelkie możliwe sposoby i nie zwracać uwagi na jego każdy najmniejszy ruch. Mimo najszczerszych chęci zerkam na niego co kilka sekund, nie mogąc się powstrzymać. Nim zdążę się zorientować mijamy przystanek koło cmentarza. Na następnym wysiadam. Jestem ciekawa, czy Sky też. Wyglądam za okno, kiedy mijamy willę Sam. Musze się pospieszyć i jakoś pozbyć się tego natręta. Przecież nie zostało mi dużo czasu. Gdy wreszcie zatrzymujemy się na przystanku, wyskakuję z pojazdu jak oparzona. Nie musze się odwracać, żeby wiedzieć, że o n też wysiadł.
- Ty na serio masz nudne życie – rzucam z nutą ironii. Mam go już serdecznie dosyć.
- Nie ma nic nudnego w śledzeniu ładnej dziewczyny – stwierdza chłopak, nadal za mną idąc.
- Czyli przyznajesz, ze mnie śledzić – mówię i uśmiecham się triumfalnie. – A poza tym, masz rację. To nie jest nudne. Raczej zboczone.
Sky śmieje się cicho, jakby samo wypowiedzenie słowa „zboczone” było niewyobrażalnie śmieszne.
- Aż tak cię to bawi?
- Nie – odpowiada Sky, ale doskonale słyszę, że z trudem powstrzymuje śmiech. – Po prostu strasznie niepoważnie brzmisz, mówiąc coś takiego.
Wzdycham przeciągle i wchodzę na posesję Sam. Powoli podchodzę do drzwi, ale zamiast zadzwonić, odwracam się w kierunku Sky’a. Stoi na chodniku, patrząc na willę ze zdziwieniem. Potem przenosi wzrok na mnie.
- No co? – pyta. – Już ci mówiłem, że chcę mieć pewność, że pójdziesz prosto do domu. A to raczej nie jest twój dom – dodaje, zauważywszy moją zdziwioną minę.
- Tu mieszka moja przyjaciółka. Dzisiaj, jak co roku, organizujemy sobie maraton filmowy.
- Mało mnie to interesuje – odpowiada. Ton jego głosu wydaje się być poważny i stonowany. Jednak po chwili się uśmiecha.
Jego uśmiech sprawia, że boli mnie brzuch.
On jest przeklęty.
Ten chłopak źle wpływa na mnie, moją psychikę, a nawet na moje zdrowie.
- Idź już. Wiesz, ja nie chcę cię wyganiać, ale… - w tym momencie drzwi za mną gwałtownie się otwierają. W nich staje lekko podirytowana Sam. Ma na sobie różową piżamę ze złotymi wstawkami. Rozpuszczone, lekko poczochrane włosy i brak makijażu sprawiają, że na początku jej nie poznaję.
- Co tak długo? – pyta, lecz po chwili wyraz jej twarzy się zmienia. Pewnie orientuje się, że coś jest nie tak.
Czekam na lawinę pytań.
Czekam na najgorsze.
Jestem pewna, że się zorientowała. Ja to mam pecha.
- David? – Sam niemal krzyczy. Zamieram. Mija sekunda. Druga. Trzecia.
- Sam? O matko! – Sky wydaje się być prawie podniecony.
Czuję się: zdezorientowana, oszukana, zagubiona, zdziwiona i przede wszystkim ciekawa.
- To wy się znacie? – pytam niemal załamanym głosem.
Patrzę raz na Sam, raz na tego dupka z lasu.
Nie wiem, o co chodzi.
Samanta podbiega do Sky’a i rzuca się mu na szyję. Czy moje oczy kłamią? Jakoś nie mogę uwierzyć w to, co widzę.
- Jaki ten świat jest mały – stwierdza Sam. Zdaje mi się, że zauważam łzę w jej oku. Czy ona się wzruszyła?
Jestem nieobecna. Obca. Niewidzialna. Oni nie pamiętają, że wciąż tu stoję.
- Pójdę już. Fajnie, że się zobaczyliśmy – chłopak ściska dłoń zrumienionej Sam. – Hej, mała – odwraca się w moją stronę. Mruga raz prawym okiem i odwraca się na pięcie.
- Nie! – Sam najwyraźniej bardzo go lubi. – Nie miałbyś może ochoty zostać na maratonie horrorów?
Chcę ją udusić.
- Oh, jak miło. Niestety, pora już na mnie.
I bardzo dobrze.
Chyba.
- Nie daj się prosić – Sam pozostaje nieugięta. Serio jej na tym zależy.
- No dobra. Jeśli niebieskooka się zgodzi – patrzy na mnie tym swoim złowieszczym wzrokiem.
Nie odpowiadam. Sam mnie wyprzedza.
- Wejdźmy już. Jest cholernie zimno.
Wchodzimy.
Sam.
Ja.
I Sky.
Chłopak, który wciąż mi się śni.
Sam wbiega po schodach, ciągnąc za sobą chłopaka. Ja wlokę się za nimi. Moja przyjaciółka niemalże skacze ze szczęścia.
Powstrzymuję się od zbędnych uwag.
- To naprawdę niesamowite – powtarza w kółko. – Wieki cię nie widziałam A teraz nagle stajesz przed moim domem. To musi być jakiś cud!
- Tak. To z pewnością cud – przytakuje Sky, zerkając w moją stronę. Ignoruję go.
Sam wchodzi do pokoju, a my zaraz za nią. Wszystko jest już perfekcyjnie przygotowane: łóżko pełne włochatych poduszek, popcorn, czekolada i stos najróżniejszych horrorów. T miał być nasz wieczór, mój i Sam. A nie jest.
Spoglądam na wiszący w pokoju Sam zegar. Jest wpół do osiemnastej. A na dworze ciemno jak w grobie.
- Myślałam, że przed rozpoczęciem trochę pogadamy, ale skoro Sky zrobił nam tą przyjemność i dołączył do nas, to możemy zaczynać od razu.
Dziewczyna nie czeka na moje zdanie, tylko ciągnie Sky’a na łóżko i przysuwa się jak najbliżej. Posyłam chłopakowi mordercze spojrzenie. Jeszcze nigdy miedzy mną a Sam nie stanął jakiś chłopak. Naburmuszona wciskam się w drugi róg łóżka i przyciskam do piersi pomarańczową poduszkę. Staram się skupić na filmie, ale po kilku minutach zaczyna się nudzić. Sam włączyła horror, który niedawno oglądałyśmy. Ona jednak zdaje się tego nie zauważać. Udaje przerażenie i mocno wtula się w ramię Sky’a. Trochę mnie to denerwuje.
Główna bohaterka filmu właśnie ma zejść do piwnicy, żeby odnaleźć tam martwe ciało swojego brata, kiedy wychodzę z pokoju pod pretekstem pójścia do łazienki.
Sky wybiega za mną.
Chyba nienawidzę ich oboje. Nie wiem tylko, kogo bardziej.
- Leci na mnie, co? – szepcze chłopak, przyciskając mnie do ściany. Jest cholernie blisko mnie. Wdycham jego zapach. Jest jak narkotyk. Słodki i niewyobrażalnie świeży.
Jakbym wdychała niebo.
Chcę mu powiedzieć, że ładnie pachnie. Zamiast tego odpycham go od siebie.
Ma na sobie białą koszulę z podwiniętymi rękawami i dżinsy. Wygląda seksownie. Nie wiem, czemu wciąż komplementuję go w myślach. To chore.
- Też nie chcę tam siedzieć – ponawia Sky, nadal szeptem. Jesteśmy na korytarzu. Nie ma mowy, żeby Sam nas usłyszała. Drzwi są zamknięte, a telewizor zagłusza wszystko. Wiem z doświadczenia. Więc dlaczego on szepcze?
- Byłoby całkiem fajnie, gdyby… - tu urywam.
Nie powiem mu przecież, że gdyby nie on – Sam zachowywałaby się zupełnie inaczej.
- Powiem ci coś. W sekrecie… - jeszcze bardziej ściszył głos.  Muszę się bardzo wysilić, aby odróżnić to, co mówi od krzyków z horroru.
- Nigdy jej nie lubiłem – wyznaje, jak zwykle kończąc uśmiechem. To dobrze, że często się uśmiecha. Robi to niesamowicie.
- Co takiego? Jesteś fałszywy – wyzywam go. Przecież tak się ucieszył na jej widok.
- Czasem się zgrywam – jest pewny siebie, ale w tym momencie trochę zwątpił – a czasem bywam śmiertelnie poważny – dodaje po dłuższej chwili. Przez cały czas patrzy prosto na mnie. Unikam jego wzroku. Boję się, że źle wyglądam. Niewystarczająco dobrze dla niego. To krępujące.
- Idziemy gdzieś? – pyta zalotnym głosem. Ma delikatną chrypę.
- Zgrywasz się czy śmiertelnie poważnie? – droczę się z nim. On dobrze o tym wie, jest bystry.
- Muszę się poważnie nad tym zastanowić – odpowiada sarkastycznie. Chyba zawsze jest sarkastyczny. – To jak? – Podchodzi bliżej mnie. I jeszcze bliżej. Patrzy na mnie z góry. Niemal czuję jego ciepło.
Bada wzrokiem każdy minimetr mojej twarzy. To mnie zawstydza, a jednocześnie sprawia, że serca zaczyna mi bić niczym młot.
Mam ochotę zapaść się pod ziemię.
- Ja… Nie wiem – odpowiadam półszeptem.
 Nagle drzwi do pokoju Sam otwierają się.
- Co wy robicie? – pyta. Doskonale widzę, że jest zła. I trochę zawiedziona.
- Sam – zaczyna Sky najseksowniejszym głosem, jakim słyszałam dotąd w jego wykonaniu. – Pójdę już – podchodzi niebezpiecznie blisko niej. Patrzy prosto w oczy dziewczyny i posyła jej szczery uśmiech. Samanta zbladła, a jej policzki zaczerwieniły się. Również się uśmiecha. Chyba nigdy ich nie zrozumiem.
- Musisz? Okej… Nie będę cię zatrzymywała – udaje, że ma totalnie gdzieś to, czy zostanie, czy nie. W rzeczywistości jest wręcz przeciwnie. To moja przyjaciółka, trochę ją znam.
Razem schodzimy na parter. Tym razem to Samatha trzyma się z tyłu.
- Matka zadzwoniła. Chce gdzieś jechać, a nie ma kto zostać z siostrą – on też udaje.
Oboje się okłamują. Ona, że jej nie zależy. On, że mu zależy.
Pułapka.
- Lay, chodź. – Sam uśmiecha się do mnie, jakby miała jakiś inny plan. Ale go nie ma.
Dziewczyna szybko znika na piętrze, a ja mimo wszystko zostaję z chłopakiem.
Zakłada kurtkę. Obserwuję każdy jego ruch. Zapina ją. Zakłada buty. Przeczesuje ręką włosy. W tym czasie mrugnął siedem razy. Wkrótce orientuje się albo przez cały czas wiedział, że na niego patrzę. Rumienię się. Sky wskazuje palcem na mnie, a później na wyjściowe drzwi. Bez słowa wychodzi.
Gdy tylko znika na dworze, biegnę do Sam i przytulam ją z całych swoich sił. Jest zapłakana. Nawet nie muszę pytać, o co chodzi.
- Zepsułam – zaczyna. – Zepsułam wszystko – głos jej się łamie. Chwytam jej rozgrzaną dłoń.
W powietrzu unosi się zapach popcornu.
- Co zepsułaś? – domyślam się, że chodzi o Sky’a.
- Spotkałam go po tylu latach, a zachowuję się tak, że ucieka. Mam na myśli Davida – żali się tonem małego dziecka, które usiłuje się wytłumaczyć
- Sam – mówię cicho. Nie wiem, jak ją pocieszyć. Nie wiem, co mam jej powiedzieć. Prawdę? – To przecież nie twoja wina.
- Już tu więcej nie przyjdzie – policzki dziewczyny błyszczą od łez. W tle wciąż słychać odgłosy z horroru. – Zapomni o mnie. Zignoruje moje telefony. Zniknie z mojego życia. Znowu.
- Sam, posłuchaj mnie…
- Zostaw mnie samą – mówi nagle. Zaskakuje mnie tym. – Proszę, odejdź.
Sam zawsze była osobą, która potrafi zmienić swój nastrój w ciągu kilku sekund, przez co naprawdę ciężko ją zrozumieć. Wiem, że już nic tutaj nie pomogę. Sama musi się pozbierać.
Powoli się od niej odsuwam. W żadnym stopniu nie przypomina dziewczyny, która siedziała tu kilka minut temu. Czerwona od płaczu twarz, potargane włosy, wygnieciona piżama. Kiedy tylko opuszczam jej pokój, zamyka mi drzwi przed nosem z głośnym hukiem. Po chwili dźwięki telewizora cichną, a światło gaśnie. W końcu dochodzę do wniosku, że lepiej będzie dać jej spokój. Przynajmniej na razie. Potrzebuje tego. Cicho schodzę na parter i ubieram się. Jutro przyjdę i postaram się jej jakoś wytłumaczyć, że Sky jest skończonym idiotą. Boję się jednak, że może mnie nie posłuchać.
Wychodzę przed dom i wzdycham przeciągle, gdy dostrzegam stojącego na chodniku Sky’a. Jego bezczelny uśmiech doprowadza mnie do wściekłości. Szybkim krokiem podchodzę do chłopaka, a jego uśmiech jeszcze bardziej się poszerza.
- No nareszcie. Zawsze karzesz tak długo na siebie czeka…
- Co ty sobie wyobrażasz? – wcinam mu się w zdanie. – Masz pojęcie, jak strasznie ją zraniłeś? Jesteś zwyczajny dupkiem, który nic sobie nie robi z uczuć innych!
Sky milczy. Ale iskierki w jego oczach mówią same za siebie. Wybuch śmiechu był tylko kwestią czasu.
- Czemu tak się jej trzymasz? – pyta, kiedy w końcu się uspokaja, a uśmiech znów wraca na jego usta. – Jest przecież dziewczyną jak każda inna. Pozbiera się i za kilka dni zapomni.
- Wydaje ci się, że zapomnienie o kimś, kogo się kocha jest takie proste?
Sky zamyśla się na chwilę.
- Rzeczywiście. Ciebie zapominałbym bardzo długo.
Już mam coś odpowiedzieć, kiedy dodaje:
- Sam w ogóle mnie nie obchodzi.
- To moja przyjaciółka – cedzę przez zęby. – Nie daruję ci tego, że ją skrzywdziłeś. Czemu jej to robisz?
W oczach chłopaka znów dostrzegam niebezpieczny błysk.
- Bo dzięki temu się nie nudzę – mówi po prostu. – Patrzenie na innych ludzi i problemy, z jakimi muszą się zmierzyć jest świetną zabawą.
Patrzę na niego wrogo. Zabawą? On uważa, że śmianie się z czyichś uczuć jest zabawne? Zdecydowanie pomyliłam się co do niego. Miałam nadzieję, że jednak jest inny. Teraz doskonale widzę, że jest taki sam jak reszta.
Bez słowa odwracam się i ruszam wzdłuż ulicy w kierunku willi Jane. Mam już dość towarzystwa kogoś, kto nawet nie stara się zrozumieć Sam.
- A ty co? Focha strzelasz? – rzuca za mną Sky i dogania mnie ze śmiechem. – Myślałem, że jesteś inna niż wszystkie dziewczyny.
- To samo myślałam o tobie – odpowiadam słodkim głosem, który aż ocieka ironią.- Wygląda na to, że oboje się pomyliliśmy.
- Jesteśmy do siebie bardzo podobni – stwierdza chłopak. Kątem oka zauważam, że się uśmiecha. – Kiedyś przyznasz mi rację.
- Zostaw mnie, Sky – po raz pierwszy wypowiadam jego imię. Cóż za ironia. Ten chłopak nie ma nic wspólnego z niebem.
Sky parska śmiechem.
- Na imię mam David, Sky to jedynie ksywka – chłopak zerka na mnie co jakiś czas.
Wbijam wzrok w drogę przed sobą. Sam mi powiedział, że nazywa się Sky. Czemu nie powiedział mi od razu swojego prawdziwego imienia?
- Niezbyt trafna – zauważam zimno, a David znowu się śmieje. Powoli zaczyna mnie to irytować.
- Widziałem, że jesteś warta mojego czasu – mówi z jakąś chorą dumą.
- Co to niby miało znaczyć? – zatrzymuję się na chwilę. Czy on właśnie przyznał, że w jakiś sposób się mną interesuje? Czy naprawdę myśli, że się na to nabiorę?
- Nie chodziłbym za tobą jak pies, gdybym nie miał w tym konkretnego celu – Sky nachyla się nade mną. Jego hipnotyzujące oczy są coraz bliżej mnie. – Ludzie stawiają sobie w życiu cele, wyzwania. Obecnie moim wyzwaniem jesteś ty.
On myśli, że to jakaś cholerna gra. Że jestem tylko pionkiem, który posłusznie będzie robił, to co rozkaże mu jego król, którym obecnie jest Sky. Podnoszę na niego rozwścieczone spojrzenie. Jest  szalenie zadowolony z siebie.
Przygryzam lekko wargę. Jest niedobrze. Dyskretnie rozglądam się dookoła. Robi się coraz ciemniej, a w pobliżu nie ma żywej duszy. Gdybym zaczęła krzyczeć, nikt by mnie nie usłyszał. Przez moment przechodzi mi przez myśl, że gdyby chciał, mógłby mnie zgwałcić. Jak najszybciej odpędzam ją, powstrzymując narastające mdłości. Gdybym teraz się rozkojarzyła, mogłoby być o wiele gorzej. Bardziej jednak przeraża mnie fakt, że ta myśl mnie od niego nie odpycha. Wręcz przeciwnie.
Jak gdyby nigdy nic ruszam dalej przed siebie.
- Jesteś kretynem – wypowiadam te słowa z niezwykłą lekkością. Wiem, że do nikogo innego bym tego nie powiedziała.
- Dziękuję – odpowiada dumnie, z jakąś chorą satysfakcją. Idziemy ramię w ramię, każdy krok przybliża chwilę naszego rozstania.
- Robisz sobie ze mnie jaja, prawda?
Musiałam spytać. Dręczyło mnie to od chwili, gdy przyłapałam go na przyglądaniu się mojej osobie.
On – jak większość chłopców z mojej szkoły. Wysportowani, przystojni, pewni siebie. Szukający ofiary.
Ja – wiecznie odpychana.
Dlaczego ktoś taki miałby się ze mną zadawać? Nigdy mu nie zaufam.
- Możliwe – odpowiada.
Znów mam nieodpartą ochotę uderzyć go w twarz, choć wiem, że sobie żartuje.
- To ty odprowadzasz mnie do domu. To ty wciąż na mnie patrzysz. Przyglądasz mi się. Uśmiechasz się. Ty. Nie ja – niepotrzebnie się nakręcam. Wkurza mnie jego przekonanie, że mnie pociąga. Przecież on mi się nie podoba.
- Bo wiem, że to lubisz – szepcze tuż przy moim uchu.
Jego głos mnie paraliżuje, a oddech mrozi krew w żyłach. Jest bardziej świeży od otaczającego nas powietrza. Jak on to robi?
- Nie lubię tego prawie tak bardzo jak ciebie – nie zamierzam mu ulec. Ktoś musi mu się w końcu postawić. Inaczej nadal będzie się uważał za niewiadomo kogo. Sky uśmiecha się i ledwo zauważalnie spuszcza wzrok.
- Siebie możesz okłamywać, ale mnie nie oszukasz. Nie ważne, co zrobisz, ja i tak wyczytam prawdę z twoich oczu.
- Nie bądź taki pewny siebie – rzucam oschle.
Niezmiernie denerwuje mnie jego przekonanie o swojej niezwykłości.
- Ale co ja poradzę na to, że szybko rozkochuję w sobie dziewczyny? – odpowiada, jakby nie słyszał o czym przed chwilą mówiłam.
Przewracam oczami.
- Daję ci tydzień – mówi po dłuższym milczeniu.
Jesteśmy już niemal przy moim domu. Minimalnie przyspieszam kroku.
- Na co? – pytam, całkowicie skupiona na drzwiach wyłaniającej się zza zakrętu willi.
- Na całkowite zakochanie się we mnie.
Wybucham śmiechem, na chwilę zapominając o jak najszybszym dotarciu do domu. Poważnieję, kiedy zauważam, że Sky wcale się nie śmieje. Rumienię się, czuję to. Moje policzki osiągnęły maksymalną temperaturę.
- Śnisz – odpowiadam krótko.
- Poznaję to miejsce – mówi, znów kompletnie mnie ignorując.
- Gratuluję spostrzegawczości – prycham. – Dziwi mnie, że tak późno się zorientowałeś.
- Lubię, kiedy jesteś wredna – stwierdza z przekąsem, ale nie zaszczyca mnie nawet spojrzeniem. – Teraz pamiętam. To tutaj kazałaś mi się podwieźć po spotkaniu w lesie.
- Nie kazałam – oburzam się i odwracam wzrok. – Zaproponowałeś mi pomoc, to się zgodziłam.
- Od tamtej pory jedna myśl nie daje mi spokoju – kontynuuje w zamyśleniu. – Skoro mieszkasz w takiej chacie, to czemu chodzisz w środku zimy na spacery do lasu? I jeszcze się w nich gubisz. To nie ma żadnego sensu…
- Nie znasz mnie – przerywam mu. – Nie wiesz, co ma dla mnie sens.
Chłopak milczy. Zostawiam go na chodniku, a sama podchodzę do drzwi domu Jane.
- Przyjdę po ciebie jutro – mówi nagle. Zaczyna irytować mnie sposób, w jaki ignoruje wszystko, co powiem.
- Nie mam czasu – odpowiadam cierpko. – Dla twojej informacji, jutro jest Wigilia. Nie każdy ma tyle wolnego czasu, co ty.
Czuję na sobie jego natarczywe spojrzenie, kiedy sięgam do dzwonka.
- To nie była propozycja. Spotkamy się, czy tego chcesz, czy nie – mówi beznamiętnie Sky. – Będę o dwunastej. I tym razem nie każ mi czekać.
Zanim zdążę cokolwiek powiedzieć, chłopak odwraca się na pięcie i odchodzi. Nie powiedział nawet głupiego „cześć” na pożegnanie. W pierwszej chwili chcę za nim krzyknąć, ale w ostatniej chwili rezygnuję.
Sprawdzam jeszcze, czy odwróci się i spojrzy w moją stronę.
Nie robi tego.

Jane i Angela pieką pierniki. W całym domu pachnie korzennymi przyprawami i gorącym ciastem. Zapach wiedzie mnie do kuchni. Już w samych drzwiach zostaję zaatakowana przez masę pytań.
- Już wróciłaś? Coś się stało? – Jane ma wyjątkowo dobry humor. Aż promienieje. Przez cały czas uśmiecha się szeroko, szczerze. Wałkując ciasto, nuci pod nosem melodię kolędy.
- Wszystko dobrze – odpowiadam tylko. Nie będę jej opowiadała o przewrażliwionej Sam i spotkaniu Sky’a. Nie musi przecież o tym wiedzieć.
Na stole leży dwanaście foremek. Dzwoneczki, bałwanki, choinki i tak dalej. Typowo świąteczne motywy.
- Pokłóciłyście się z Sam? – pyta Jane, ale w ogóle nie wygląda na zainteresowaną. Pyta z grzeczności.
Angela wykrawa z ciasta choinkę.
- Nie – zaprzeczam po chwili. – Mogę wam pomóc? – pytam, żeby szybko zmienić temat. Przecież i tak powinnyśmy spędzać więcej czasu razem.
- Oczywiście – odpowiada powoli Jane. Mam wrażenie, jakby jej uśmiech jeszcze bardziej się poszerzył.
Angelika posyła mi znaczące spojrzenie.

***

Długo leżę w łóżku, nie mogąc zasnąć. Ostatnio moje życie zaczęło toczyć się zbyt szybko. Próba gwałtu przez dyrektora. Spotkanie Sky’a w lesie. Na co dzień niewzruszona Sam, doprowadzona do łez przez chłopaka. Jane miła jak nigdy przedtem. Wszystko zaczyna się mieszać.
Przewracam się na drugi bok. Przez okno mojego pokoju wpada blask ogrodowych, świątecznych lampek. Zielony, czerwony, niebieski, żółty. I tak w kółko. Z westchnieniem zamykam oczy, starając się przywołać sen. Nadaremnie. Niepokój, spowodowany dziwnym zachowaniem Sam nie daje mi spać. Po dłuższym bezruchu sięgam po telefon. Jest jeszcze przed północą. Drżącymi palcami wstukuję numer przyjaciółki. Długo się waham, z palcem uniesionym nad zielonym przyciskiem. Patrzę na zdjęcie roześmianej Sam na moim wyświetlaczu. Jest szczęśliwa. W końcu opuszczam rękę i kładę telefon obok. Tak bardzo chciałabym jej pomóc. Więc co mnie od tego powstrzymuje? To ona zawsze mnie wspierała. To ona była przy mnie, kiedy nie miałam już na nic siły. To na jej ramieniu wypłakiwałam tysiące łez, nie wiedząc, co dalej robić. A teraz, gdy to ona mnie potrzebuje, ja nie mam odwagi nacisnąć jednego guzika. Dlaczego nie mogę tego zrobić? Co mnie powstrzymuje? Strach. Tylko przed czym?
Zbieram się w sobie, odrzucam kołdrę i wybiegam z pokoju. Już po chwili mam ochotę wrócić do ciepła i błogości, którą zostawiłam w łóżku. Powstrzymuję się jednak i idę korytarzem w kierunku schodów. Ciemność pochłania całą mnie. Jedynie słabe światło wyświetlacza telefonu, który wzięłam ze sobą w ostatniej chwili, oświetla mi drogę. Ten dom wygląda przerażająco w biało-niebieskim świetle ekranu telefonu. Postacie ze starych obrazów uważnie śledzą każdy mój ruch, a ja nie mam odwagi, by spojrzeć w ich stronę. Skrzypiąca podłoga i czerwona wykładzina czyni ze mnie bohaterkę jednego z tysiące razy oglądanych przeze mnie horrorów. Zaraz z pokoju Angeliki wyskoczy zombie albo zamaskowany mężczyzna z nożem w ręce. Karcę się w myślach, starając się nie zwracać uwagi na moją wybujałą wyobraźnię.
Po jakimś czasie w końcu docieram do schodów. Nie mam pojęcia, co chciałam osiągnąć, opuszczając mój pokój. Niepewnie stawiam nogę na pierwszym stopniu. Zamieram w bezruchu i zastanawiam się, czy to ma jakikolwiek sens. Zaciskam dłonie w pięści, żeby przestały drżeć. Zaczynam powoli schodzić na parter. Mam złe przeczucia, sama nie wiem dlaczego.
Jest 23 godzina. 23 grudnia. Biorę 23 wdechy i tyle samo wydechów. Mam na sobie płaszcz, a pod nim piżamę. Nie czuję teraz nic, z wyjątkiem zimnej determinacji. Jest tak silna, że czuję ją w każdym minimetrze mojego ciała. I duszy.
Wychodzę z domu. Idę. A potem biegnę. Biegnę ile sił w nogach. Jakbym straciła rozum. Nie myślę teraz o niczym, zmartwienia odkładam na bok. Teraz liczy się jedynie Sam. Jej szczęście jest ważniejsze od czegokolwiek. Biegnę, popędzana miłością. Mocą przyjaźni. Już po chwili zmęczenie pozera każdy najmniejszy kawałek mnie. Ostatnio bardzo szybko się męczę. Odnoszę wrażenie, że jestem chora. I tak jest już od dłuższego czasu. Jakby coś albo ktoś wysysał moją energię. Wyciągam z kieszeni stary telefon Sam, który teraz należy do mnie. Musze do niej zadzwonić, muszę usłyszeć jej głos.
Pierwszy sygnał. Drugi sygnał. Trzeci. Czwarty.
- Halo?
Ulga gwałtownie ogarnia moje ciało i sprawia, że jeszcze bardziej chcę przyspieszyć.
- Wyjdź z domu – proszę zdesperowanym tonem.
Rozłącza się.
Mrugam kilkakrotnie, jakbym potrzebowała chwili na przyswojenie informacji o odrzuceniu.
Zostawiła mnie. Zostawiła mnie tak samo, jak ja zostawiłam ją.
Zaciskam dłoń na telefonie. Nie mogę się poddać. Nie ma takiej opcji. Choć jest to pewnie szalone i niegrzeczne. Może trochę głupie i nie na miejscu.
Zatrzymuję się przed drzwiami i zaczynam w nie pukać. A raczej walić. Z całych swoich sił. Z niewyobrażalnie wielką śmiałością.
Tracę połowę odwagi, gdy drzwi się otwierają, a drugą, kiedy staje przede mną matka Sam. Wygląda strasznie. Nie potrafię nazwać tego dziwnego uczucia, które zupełnie mną zawładnęło. Czuję, jakby adrenalina połączyła się ze zmęczeniem i determinacją.
- Wiesz, która godzina? – pyta pani Norfield, o ile to na pewno ona. W jej pozbawionych blasku oczach dostrzegam nieudolnie ukrywany gniew. Nie ma się co dziwić.
- Ja… Czy mogę u was przenocować? – odpowiadam pytaniem na pytanie, a obcy głos szepcze mi do ucha, że totalnie zwariowałam. Ma rację.
Matka Sam kręci głową, lecz najwyraźniej nie w celu odmowy, bo po chwili odpowiada „oczywiście” i wpuszcza mnie do domu.
Jane z pewnością zdziwi się, gdy zobaczy, że nie ma mnie w domu. O ile w ogóle zajrzy do mojego pokoju. W każdym razie pani Norfield zdecydowanie jest w dużym szoku.
- Czuj się jak u siebie – cedzi przez zęby. Przez cały czas sztucznie się uśmiecha. Przysięgam, że wcale mnie to nie dziwi. Gdyby ktoś zapukał w drzwi mojego domu i wprosił się na nockę, nie skakałabym ze szczęścia. Ona lituje się nade mną i pozawala mi zostać tylko ze względu na nasze dobre stosunki.
- Przepraszam – mówię, gdy matka Sam powoli kieruje się do kuchni. Przyglądam się, jak wyciąga z lodówki kartonik mleka.
- Sam nie powiedziała mi o tym, że wyszłaś. Przez cały czas byłam przekonana, że jesteś u niej.
Cholera.
Zapomniałam.
Tak właściwie, to powinnam dziś tutaj nocować. Dlatego pani Norfield patrzyła na mnie jak na idiotkę. Nie mogę jej teraz powiedzieć, co się wydarzyło kilka godzin temu.
W sumie to nie mogę nic powiedzieć. Jakby odebrało mi mowę.
Milczę.
Mama Sam podaje mi niebieską szklankę, wypełnioną mlekiem. Wypijam je w ciągu kilku sekund. Dopiero po jakimś czasie orientuję się, że mleko jest zimne. Czuję, jak zamraża się moja dusza.
- Dziękuję, pójdę już do Sam – oznajmiam. – Naprawdę bardzo pani dziękuję – dodaję jeszcze, a kobieta uśmiecha się lekko i odbiera ode mnie pustą szklankę. Po raz kolejny imponuje mi swoim spokojem i opanowaniem.
Gdy wchodzę po schodach, przed oczami pokazują mi się różne sceny, jak może zareagować Sam, gdy mnie teraz zobaczy. Boję się tej chwili bardziej niż tego, że Jane ukaże mnie za „ucieczkę” z domu.
Delikatnie, lecz zdecydowanie pukam do drzwi.
Gdy Sam je otwiera, czuję jakby tysiąc karabinów zostało skierowanych w moją stronę.
- Layla? Co ty tu robisz?
Nie jest w szoku. Nie jest nawet zdziwiona. To dotknęło mnie jeszcze mocniej. Stoi przede mną i patrzy prosto w moje oczy. Jakby czekała, aż zniknę i okaże się, że byłam tylko jej wyobrażeniem.
Jak gdyby nigdy nic wchodzę do jej pokoju i zamykam za sobą drzwi.
- Przepraszam – rzucam się jej na szyję tak niespodziewanie, że dziewczyna robi kilka kroków w tył. Zaczynam cicho płakać.
- Ale… - wydusza z siebie tylko tyle.
- Nie powinnam była cię tak zostawić – mówię przez łzy, wciąż tuląc się do niej. – Już nigdy tego nie zrobię, obiecuję.


***

24 grudnia. Jedno z najważniejszych świąt w roku. Wszyscy przez cały dzień sprzątają, gotują i przygotowują się, by wieczorem w rodzinnym gronie zasiąść do stołu. Wszędzie słychać podniecone okrzyki małych dzieci, które z utęsknieniem czekają na przybycie Świętego Mikołaja i by wreszcie dostać długo wyczekiwane prezenty. Inni czekają jedynie na tą niezwykłą atmosferę, która jak zwykle towarzyszy świątecznym przygotowaniom. Z daleka przyjeżdżają dawno nie widziani wujek i ciocia, tuląco do siebie dzieciaki i ze łzami wzruszenia witając się z rodziną. Nie każdy jednak wiedzie takie życie.
Gdy wracam do domu, Jane wita mnie histerią.
- Gdzie byłaś? Masz pojęcie, jak się martwiłam? Chcesz znów zarobić szlaban?
- Byłam u Sam Co roku u niej nocuję dzień przed Wigilią – odpowiadam z niepodobnym do mnie stoickim spokojem. Taka prawda.
- Wróciłaś wcześniej do domu, więc myślałam… - tu urywa. Bierze głęboki oddech po czym siada w fotelu obok. Wygląda jakby właśnie przebiegła maraton. Jakby straciła wszelkie siły. Tę energię, która zawsze gdzieś głęboko w sobie tłumiła. W jej oczach dostrzegam ból. Nagle trafia we mnie piorun. Coś roztrzaskuje moją czaszkę. Coś wypala mi oczy. Coś popycha do przodu tak mocno, że niechcący wpadam w ramiona Jane. Wtulam się w nią jak nigdy przedtem. I w dodatku zaczynam płakać. Żal ściska moje serce. Tyle zła jej wyrządziłam, tyle razy ją zawiodłam. A gdyby nie ona, najprawdopodobniej gniłabym teraz w Domu Dziecka. Albo zostałabym bezdomną sierotą bez nadziei na jakąkolwiek przyszłość.
Chcę ją przeprosić, ale nie potrafię znaleźć żadnych słów. Obie płaczemy, przytulając się nawzajem. Naprawdę nie wiem, co mi odbiło. Nie poznaję samej siebie. Poczułam się winna. Chyba po raz pierwszy miałam tak wielką potrzebę pojednania z Jane. Cholernie tego potrzebowałam.
Godzina jedenasta siedem. Nie zostało wiele czasu. Niedługo przyjedzie po mnie Sky. Biorę głęboki wdech. Przyjedzie po m n i e. Wciąż nie mogę w to uwierzyć. I wydaje mi się, że to jeden z tych snów, przez które płacze się po przebudzeniu.
Chcę zrobić na nim dobre wrażenie. Tak po prostu. Tylko dobre wrażenie. Nic więcej.
Przeczesuję ręką włosy. To nie wystarczy. Biorę więc małą, różowo-niebieską szczotkę, którą Sam kupiła mi na urodziny. Moje włosy, choć gęste i dość grube, są krótkie. Czesanie nie trwa zbyt długo. Nie zamierzam ich jakoś szczególnie układać. Nigdy tego nie robię z prostego powodu – podobają mi się takie, jakie są.
Szybko pudruję twarz i wydłużam rzęsy. Wprawnym ruchem podkreślam usta. Patrzę w lustro… i nie wierzę własnym oczom. To naprawdę jestem ja? Uśmiecham się delikatnie, nieśmiało. Nie wyglądam aż tak źle, jak przez cały czas myślałam. Wręcz przeciwnie, jest dobrze. Sięgam po ciemne dżinsy, które kupiła mi Jane. W dzieciństwie nawet nie marzyłam o takich spodniach. Nie marzyłam też o pożarze, a jednak był. Powoli zakładam spodnie, uważając na wciąż obandażowaną nogę. Na szczęście nie odkształca ona spodni. Wybieram pierwszą lepszą bluzkę, przecież i tak będę miała na sobie kurtkę. Jane oczywiście nie jest przekonana co do tego, czy powinnam wyjść w Wigilię, ale jednak po długotrwałych naleganiach w końcu się godzi. Zgodę wyraziła dopiero wtedy, gdy powiedziałam, że wrócę za godzinę i pomogę jej w przygotowaniach.
Wychodzę z domu dwie minuty po dwunastej. Drżą mi dłonie. Czuję się beznadziejnie. Nogi uginają się pode mną, jakbym ważyła z dwieście kilo. Dlaczego tak bardzo się stresuję? Boję się odrzucenia, wyśmiania, krytyki. Jedno krzywe spojrzenie potrafi mnie zniszczyć. Jestem strasznie wrażliwa. Doskonale pamiętam, jak dwa lata temu ubliżała mi Angela. Nazywała mnie sierotą lub przybłędą. Do dziś bolą mnie te słowa. Chciałam się z nią zaprzyjaźnić. Znaleźć wspólny język. Ona błagała Jane, by wyrzuciła mnie z domu.
Wiem, że to było dawno i ludzie się zmieniają. Mogę wszystko wybaczyć, ale nigdy nie zapomnę. Choćbym chciała tego najbardziej na świecie.
Sky wygląda jak milion dolarów. Możecie mi nie wierzyć, ale jeszcze nigdy nie widziałam kogoś tak atrakcyjnego. Gdy do niego podchodzę czuję się, jakbym umierała.
Z każdym krokiem jestem bliżej nieba.
- Cześć piękna – rzuca, a ja gryzę wewnętrzna stronę prawego policzka, by przekonać się, że nie śnię.
- Cześć – odpowiadam. – I nie jestem piękna – dodaję. Staram się na niego nie patrzeć. Zaczęłam się krępować i jest mi wstyd za ostatnie zachowanie.
Sky lekko się uśmiecha. Widzę, że ledwo nad sobą panuje.
- Zwykle dziewczyny po prostu dziękują za komplement, a nie zaprzeczają mu – unosi jedną brew, przez co moje serce dostaje skrzydeł.
- Jeszcze nie zauważyłeś, że różnię się od innych? – mruczę pod nosem. Chłopak zdaje się jednak słyszeć, bo jego uśmiech się poszerza.
- Oczywiście, że zauważyłem. I tylko dlatego teraz z tobą rozmawiam.
Nie wiem dlaczego, ale ten drobny gest doprowadza mnie do wściekłości. Jeśli ma zamiar być taki oschły przez cały czas, to równie dobrze mogę od razu wrócić do domu. Sky nie wygląda na skorego do rozmowy. Jest jakby przygaszony. Jeszcze nigdy nie widziałam, żeby się tak zachowywał. Stoi, lekko odchylając się na piętach i mierząc mnie uważnym spojrzeniem bursztynowych oczu. Na twarzy ma wypisaną obojętność.
- Będziemy tu tak stać czy zaplanowałeś na to spotkanie coś oryginalniejszego? – pytam nerwowo, starając się nie patrzeć w jego stronę.
- Sądziłem, że może ty coś zaproponujesz – mówi to takim tonem, jakbym to ja była odpowiedzialna za zaplanowanie naszego spotkania. Wbijam paznokcie w dłoń, powstrzymując się od komentarza. Jakbyśmy znajdowali się Niceo dalej od willi Jane, to z pewnością walnęłabym go w twarz.
- Czyli mogę cię tu zostawić i wrócić do domu, tak? – pytam i odwracam się do chłopaka plecami. Nie sądziłam, że zrobi to na nim jakiekolwiek wrażenie, ale jednak robi. Sky łapie mnie za nadgarstek i zmusza do zostania w miejscu. Patrzę na niego pytająco, a on natychmiast puszcza moją rękę i zwiesza głowę. Czy on się… rumieni?
- Nie odchodź – mamrocze, a jego wzrok jest wbity w chodnik pod nami. – Ja po prostu nie jestem zbyt dobry w planowaniu takich rzeczy – pociera dłonią kark. Śledzę każdy najdrobniejszy ruch jego ciała, chcąc poznać każdą jego część. Po raz pierwszy od naszego poznania wydaje się jakby mniej pewny siebie. Ale ten moment trwa zaledwie kilka sekund. Po chwili odzyskuje dawną śmiałość i patrzy na mnie wyzywająco. Jakby to wszystko było moją winą. Marszczę brwi.
- To w końcu co robimy? – pytam ponownie, starając się choć minimalnie zrozumieć stojącego przede mną niesamowitego chłopaka.
- Możemy się przejść – rzuca luźną propozycję, cały czas unikając mojego wzroku. Nie mogę wymyślić nic innego, więc się nie sprzeciwiam. Ruszamy wolnym krokiem wzdłuż ulicy. David ma czas, żeby się jakoś pozbierać, a ja mu w  tym nie przeszkadzam. Wbijam wzrok w ogromny niebieski budynek przed nami. Dziwne, że nigdy wcześniej nie zwróciłam na niego uwagi, choć znajduje się tak blisko.
- Zamierzasz nie odzywać się do końca dnia? – pyta nagle Sky, a ja zerkam na niego niepewnie. Nie bardzo wiem, co mam zrobić.
- Milczenie jest złotem – odpowiadam w końcu. On jednak nie daje się tak łatwo zwieźć.
- A mowa srebrem – stwierdza niemal błyskawicznie. – Jak na mój gust, to do ciebie bardziej pasuje srebro. Nie uważasz? – dodaje i uśmiecha się z tryumfem.
- Nie stać cię ani na pierwsze, ani na drugie, więc może zakończmy ten temat – odparowuję, nawet na niego nie patrząc. Kiedy tylko go widzę, onieśmiela mnie i nie mogę wydusić z siebie słowa. Muszę się na to jakoś uodpornić.
Nagle słyszę jego cichy śmiech.
- No proszę. Ktoś tu ma poczucie humoru – kładzie mi rękę na ramieniu, a ja niemal natychmiast ją strzepuję. Śmiech chłopaka się urywa. – Co jest? To tylko przyjacielski gest.
Na chwilę się zapominam i zerkam w jego stronę. Chłopakowi chyba właśnie o to chodziło, bo gdy tylko nasze spojrzenia się krzyżują, on uśmiecha się zwycięsko. Błyskawicznie spuszczam głowę, żeby nie zauważył moich płonących zza żenowania policzków. W milczeniu dochodzimy do skrzyżowania. W momencie, kiedy chcę zawrócić w kierunku, z którego przyszliśmy, Sky mnie powstrzymuje. Zaciska dłoń na moim ramieniu i wbija wzrok coś po drugiej stronie ulicy.

- Sky, co ty… - zaczynam niepewnie, ale on zasłania mi dłonią usta i jednym stanowczym spojrzeniem nakazuje mi milczenie. Nie mam czasu, żeby zareagować, kiedy chłopak mocno pcha mnie w kierunku pobliskich krzewów. Twardo ląduję na śniegu, a on zaraz obok mnie. Wstrzymuję oddech, serce mi zamiera. Zrobi to. Naprawdę to zrobi. Właśnie teraz, kiedy zaczynałam wierzyć, że nie jest taki jak reszta. W rzeczywistości chodziło mu tylko o jedno. Najpierw mnie zwiódł, by wreszcie dopiąć swego. Zamykam oczy, czekając na najgorsze. Mogłabym zacząć krzyczeć, ale jestem zbyt przerażona i zawiedziona, żeby wypowiedzieć jakiekolwiek słowo.